Reklama
  • ANALIZA
  • WIADOMOŚCI

Orka bez rakiet. MON tłumaczy się w Sejmie

Według posłów opozycji możliwości bojowe nowych, polskich okrętów podwodnych bez rakiet manewrujących nie są warte pieniędzy, jakie zostaną wydane na program Orka.

Autor. M.Dura
Są klasyczne okręty podwodne z rakietami manewrującymi czy też ich nie ma? Po co Polsce okręty podwodne na Bałtyku? Jak porównywano oferty przemysłowe w ramach programu Orka? Wojsko traktuje rakiety manewrujące jako priorytet, a Marynarka Wojenna nie

W dniu 15 kwietnia 2026 roku odbyło się specjalne posiedzenie Sejmowej Komisji Obrony Narodowej dotyczące programu Orka na wniosek grupy posłów opozycji reprezentowanych przez posła PiS Michała Jacha (który w poprzedniej kadencji był przewodniczącym SKON). Posłowie ci chcieli w ten sposób uzyskać więcej informacji na temat sposobu pozyskiwania nowej generacji okrętów podwodnych dla Marynarki Wojennej RP, które zgodnie z informacją przekazaną 26 listopada 2025 roku, mają być kupione w szwedzkiej stoczni Saab Kockums.

Reklama

W rzeczywistości chodziło przede wszystkim o wyjaśnienie, dlaczego polskie siły morskie chcą pozyskać okręty podwodne bez rakiet manewrujących. Informacja o rezygnacji z tego rodzaju uzbrojenia została bowiem przekazana przez przedstawicieli Agencji Uzbrojenia na SKON 25 lutego 2026 roku. Wtedy jednak ta decyzja nie spotkała się w Sejmie z natychmiastową, negatywną reakcją. Takie reakcje ze strony wielu specjalistów pojawiły się natychmiast w mediach i jak widać, zostały one zauważone.

Do sprawy więc wrócono, przygotowując na dyskusję odpowiednie argumenty. Były one na tyle trafne, że przedstawiciele Ministerstwa Obrony Narodowej w pewien sposób zaczęli się wycofywać ze swoich wcześniejszych, bardzo jednoznacznych deklaracji. Wiceminister Obrony Narodowej Stanisław Wziątek stwierdził nawet, że jeżeli „nasze oczekiwania i złożone wcześniej dokumenty określające ofertę strony szwedzkiej nie będą satysfakcjonujące, być może nie będzie podpisanej tej umowy i przejdziemy do dalszego procedowania innych ofert”.

Minister Wziątek przypomniał także, że na stole są nadal oferty z innych państw, w tym z Niemiec, Francji, Włoch i Korei Południowej. Co ważne, oferty te zostały już ocenione i uszeregowane przez zespół zadaniowy złożony m.in. z przedstawicieli MON, Sztabu Generalnego Wojska Polskiego, Agencji Uzbrojenia oraz szefów resortów: finansów publicznych, gospodarki i aktywów państwowych. To właśnie ten zespół zarekomendował Radzie Ministrów Szwecję jako państwo pierwszego wyboru – dostawcę okrętów podwodnych Orka dla Marynarki Wojennej.

Problem polega na tym, że przez takie ewentualne zmienianie decyzji tracony będzie czas i zdolności, jakie obecnie jeszcze posiada polska Marynarka Wojenna. Obecnie dysponuje ona bowiem tylko jednym okrętem podwodnym ORP „Orzeł”, który został zbudowany w Związku Radzieckim jeszcze w 1985 roku. Nie ma więc już szans, by zachować ciągłość szkolenia bojowego wśród podwodniaków, nawet jeżeli dojdzie do skutku przekazanie przez Szwecję tzw. gap-fillera, a więc starszego okrętu podwodnego typu A-17.

Po wprowadzeniu nowych okrętów podwodnych takie szkolenie trzeba będzie po prostu rozpocząć od początku.

Są klasyczne okręty podwodne z rakietami manewrującymi czy też ich nie ma?

Kontrola całego procesu podejmowania decyzji w sprawie wyboru dostawcy Orki jest o tyle trudna, że Ministerstwo Obrony Narodowej nie chce przekazywać na jawnych posiedzeniach komisji sejmowych informacji na temat przebiegu negocjacji - do czasu ich zakończenia (do czerwca 2026 roku). Szczególnie chronionym tematem ma być właśnie uzbrojenie polskich, przyszłych okrętów podwodnych, co jest o tyle dziwne, że nikt przecież nie wymaga przekazywania niejawnych danych taktyczno-technicznych.  

W ten sposób posłowie nieznający się na okrętach podwodnych nie mogą merytorycznie odnieść się do argumentów przedstawianych przez stronę wojskową - argumentów, które często są zresztą bardzo dyskusyjne. Tak było również na ostatnim posiedzeniu SKON, kiedy Inspektor Marynarki Wojennej admirał Ziemiański stwierdził, że na rynku nie ma obecnie klasycznego okrętu podwodnego z rakietami manewrującymi, który można kupić z półki.

De facto to nie ma klasycznego okrętu podwodnego z rakietami manewrującymi, który można kupić z półki. Praktycznie wszędzie będzie to wymagało znalezienia producenta uzbrojenia [rakietowego] i przejścia bardzo trudnego i złożonego procesu integracji z systemem walki, z uzbrojeniem, z systemem okrętu... Nie możemy mówić, że kupimy gdzieś gotowy okręt i on ma już w sobie zaszyty niejako system rakiet manewrujących”
wiceadmirał Jarosław Ziemiański - inspektor Marynarki Wojennej w Dowództwie Generalnym Rodzajów Sił Zbrojnych>

Żaden z posłów nie zwrócił mu jednak uwagi, że Marynarka Wojenna w programie Orka wcale nie chciała kupić okrętów podwodnych z półki i wszystkie oferowane nam jednostki miały być integrowane pod polskie, szczególne wymagania. Takim okrętem „nie z półki” jest również szwedzki A26. Nikt nie zwrócił też uwagi, że dwa kraje oferują nam okręty podwodne już ze zintegrowanymi rakietami manewrującymi (Francja i Korea Południowa. Co więcej, Francja zaproponowała nam taki system już sprawdzony w działaniu, w komplecie z okrętem i bez konieczności prowadzenia jakichkolwiek dodatkowych negocjacji rządowych.

Co więcej, francuskie rakiety manewrujące MdCN nie wymagają żadnego procesu integracji, są już na uzbrojeniu francuskiej marynarki wojennej i były faktycznie wykorzystywane na okrętach podwodnych z napędem atomowym typu Barracuda. Rezygnacja z tego uzbrojenia nie wynika więc z tego, że jest ono niedostępne, ale z konkretnego wyboru naszej Marynarki Wojennej.

Reklama

Po co Polsce okręty podwodne na Bałtyku?

Poseł Jach wysuwał konkretne argumenty za wyposażeniem przyszłych Orek w rakiety manewrujące. Wskazywał m.in., „że jest to bardzo istotny i silny atut bezpieczeństwa strategicznego Rzeczpospolitej” oraz że pozwala to stworzyć „realne zagrożenie dla strategicznych rosyjskich obiektów znajdujących się w zasięgu tego oddziaływania” (ponad 1000 km). Zwrócił także uwagę, że ewentualne doposażenie naszych okrętów podwodnych w przyszłości w takie uzbrojenie będzie bardzo trudne i kosztowe, związane np. z koniecznością włożenia dodatkowej sekcji kadłuba (jeżeli zostanie wybrany system uzbrojenia strzelany z wyrzutni pionowego startu).

Jest to decyzja zła… Przyjmując opcję bez tego uzbrojenia, kupujemy marynarzom zabawkę za ponad pięć miliardów dolarów. Rzeczpospolitej na to nie stać. My potrzebujemy wyposażenia Marynarki Wojennej w taki sprzęt i w takie jednostki, z których każda będzie miała znaczący wpływ na bezpieczeństwo militarne Rzeczpospolitej, że będzie miała istotny wpływ na podniesienie potencjału odstraszania Polski.”
Michał Jach – poseł PiS

Poseł Jach zadał przy tym trzy pytania:

  • Jaką konkretną wartość operacyjną i odstraszającą będą posiadały okręty w obecnej konfiguracji, a więc bez rakiet manewrujących?
  • W jaki sposób zakup okrętów podwodnych A26 w obecnej konfiguracji wpisuje się w długofalową strategię odstraszania Sił Zbrojnych?
  • Czy przeprowadzono analizy dotyczące różnicy w potencjale odstraszania i wartości operacyjnych przy porównaniu okrętów podwodnych z rakietami manewrującymi i bez rakiet manewrujących?

Jednak nie miał możliwości, by dyskutować z wiceadmirałem Jarosławem Ziemiańskim, który stwierdził, że „okręt podwodny nawet z tzw. klasycznym uzbrojeniem torpedowo-minowym jest naprawdę dużym zagrożeniem” na Bałtyku. Tymczasem wystarczyło tylko zadać pytanie: Zagrożeniem dla kogo? Marynarka Wojenna, wprowadzając Morską Jednostkę Rakietową, przecież już wyeliminowała jakikolwiek ruch rosyjskich nawodnych jednostek pływających na Morzu Bałtyckim w czasie ewentualnego konfliktu zbrojnego.

Autor. M.Dura

Jedynym zagrożeniem pozostają więc rosyjskie okręty podwodne, które jednak z łatwością można zablokować w portach, wykorzystując do tego miny morskie i to niekoniecznie stawiane przez polskie Orki. Trzeba bowiem pamiętać, że od polskiej granicy do wyjścia z bazy rosyjskiej Bałtijsk jest tylko 26 km. Miny morskie można więc postawić w tamtym akwenie za pomocą innych środków, niż kosztujące prawie miliard dolarów okręty podwodne. I Rosjanie „spędzeni z powierzchni” polskimi rakietami nadbrzeżnymi nie będą mogli tych min usunąć, stosując nawodne okręty zwalczania min.

Okręt podwodny nawet z tak zwanym klasycznym uzbrojeniem torpedowo-minowym jest naprawdę dużym zagrożeniem na tak złożonym akwenie i tak dogodnym do działania okrętów podwodnych, jakim jest Morze Bałtyckie.
wiceadmirał Jarosław Ziemiański - inspektor Marynarki Wojennej w Dowództwie Generalnym Rodzajów Sił Zbrojnych

Wybieg, jakim jest niewątpliwie utajnienie rodzaju uzbrojenia planowanego do pozyskania wraz ze szwedzkimi okrętami podwodnymi A26, praktycznie ucina jakąkolwiek dyskusję w tym temacie. Nie można więc polemizować ze stwierdzeniem admirała Ziemiańskiego, że Marynarka Wojenna robi wszystko, by pozyskać uzbrojenie zapewniające „odpowiednie oddziaływanie na wszelkie zagrożenia, które w tej chwili przewidujemy i te przyszłe również”.

W rzeczywistości, bez rakiet manewrujących i przeciwokrętowych nie powinno się mówić, tak jak wiceminister Wziątek, że przyszłe polskie okręty podwodne „będą wyposażone w najnowocześniejsze systemy uzbrojenia, które są dostępne”. W przypadku wybranej obecnie Orki nie można też mówić, tak jak wiceminister Wziątek, że „okręty podwodne rozwijają zdolność do rażenia z morza celów powietrznych, nawodnych, naziemnych, podwodnych i że wszystko to wzmacnia nasze bezpieczeństwo”. Ale z takimi deklaracjami trudno jest merytorycznie polemizować, ponieważ za niejawne uznano nawet generalną informację o wyposażeniu przyszłych, polskich okrętów podwodnych.

Wszystkie te dane oczywiście poznamy prawdopodobnie wtedy, gdy konfiguracja Orek zostanie już uzgodniona i kontrakt zostanie podpisany. Problem polega na tym, że wtedy nie będzie już można podjąć jakiejkolwiek merytorycznej dyskusji, pytając np. jak wybraną w Szwecji Orką można będzie atakować cele powietrzne i naziemne. I być może właśnie o to w tym wszystkim chodzi.

Reklama

Jak porównywano oferty przemysłowe w ramach programu Orka?

Według wiceministra Wziątka ważnymi argumentami za wyborem szwedzkiej oferty było również to, że:

  • „Saab ma ustanowić w polskim przemyśle potencjał umożliwiający obsługę, naprawę i przeglądy";
  • Saab ma „włączyć podmioty polskiego przemysłu obronnego w łańcuch swoich dostaw i w inwestycje w projekty badawczo-rozwojowe";
  • oraz że rząd szwedzki planuje „zakupy sprzętu z ofert polskiego przemysłu obronnego";
  • Tymczasem każda oferta, jaka była złożona w programie Orka, zawierała praktycznie takie same propozycje (albo i szersze), co potwierdzano przez kilka lat w czasie specjalnych konferencji, podczas podpisywania umów o współpracy z różnymi firmami z polskiego przemysłu, poprzez listy intencyjne oraz w czasie wielu wizyt w poszczególnych stoczniach, organizowanych dla wojska, przemysłu, polityków i również dziennikarzy.

Wojsko traktuje rakiety manewrujące jako priorytet, a Marynarka Wojenna nie

Niepriorytetowe traktowanie rakiet manewrujących w programie Orka jest o tyle dziwne, że w całych Siłach Zbrojnych „zdolność do głębokiego, precyzyjnego rażenia” była zawsze stawiana na pierwszym miejscu, jako ważny element polskiego systemu odstraszania. „Dominacja w powietrzu, głębokie precyzyjne rażenie – klucz do odstraszania poprzez karę” to był np. jeden z siedmiu priorytetów rozwoju Sił Zbrojnych RP na lata 2025-2039 zaprezentowanych w lutym 2025 roku.

Rezygnacja z rakiet manewrujących oznacza, że okrętowe inwestycje realizowane w Marynarce Wojennej nie znajdują się w żadnym z kluczowych kierunków modernizacji Sił Zbrojnych, które rok temu nazwano „wielką siódemką” (poza obroną przeciwlotniczą, którą mają zapewnić trzy fregaty budowane w Gdyni w ramach programu Miecznik).

Co więcej, nasze siły morskie miały doskonałą okazję, by jako pierwsze stać się filarem polskiego, rakietowego systemu odstraszania, ponieważ mogły skorzystać z systemów uzbrojenia, które już są gotowe i zintegrowane na okrętach podwodnych. Tymczasem plany pozyskania przez Wojska Lądowe rakiet manewrujących są dopiero na papierze i mało co wskazuje, by udało się je szybko zrealizować.

Generał dywizji Adam Rzeczkowski – dyrektor Departamentu Zwierzchnictwa nad Siłami Zbrojnymi w Biurze Bezpieczeństwa Narodowego przypomniał zresztą o różnicach, jakie są między lotniczymi, lądowymi i okrętowymi nosicielami rakiet manewrujących. Wskazał np., że okręt podwodny działa skrycie i bliżej wielu celów niż z terenu Polski. A to oznacza, że tylko w tym przypadku przeciwnik nie będzie miał żadnych informacji o wystrzeleniu rakiety, aż do momentu, gdy ona się pojawi nad jego terytorium. Dodatkowo i teoretycznie okręt podwodny może uderzyć z kierunku, na którym przeciwnik będzie do tego zupełnie nieprzygotowany – np. z północy. Tego nie zagwarantują: ani wyrzutnie lądowe, ani również statki powietrzne.

Najdziwniejsze w tym wszystkim jest to, że admirał Ziemiański poinformował o „szerokich” analizach prowadzonych w Siłach Zbrojnych, w których porównywano ewentualne pozyskanie okrętów bez i z rakietami manewrującymi. To więc sami wojskowi wydedukowali, że lepiej dla Polski jest kupić okręty podwodne bez rakiet manewrujących.

Ostatnim elementem, który powinien wywołać zdziwienie wśród posłów, na ostatnim posiedzeniu SKON, było umiejscowienie bazy dla nowych okrętów podwodnych. Minister Wziątek stwierdził bowiem, że będzie to Gdynia. Admirał Ziemiański ocenił jednak, że taka decyzja byłaby „mocno nieroztropna” i dlatego w Marynarce Wojennej pracuje się intensywnie również nad innymi planami. Jednak gdzie mogłyby jeszcze bazować polskie Orki, na posiedzeniu SKON nie wskazano.

Reklama
WIDEO: Offset czy „offset”? Miliony na Jelcza, miliardy na Apache | Defence24 Week #153
Reklama