- OPINIA
- POLECANE
- WIADOMOŚCI
Wojenna katastrofa na skalę globalną
Wojna z Iranem powoduje coraz większy chaos globalny z szybującymi cenami ropy, paraliżem bliskowschodnich lotnisk i groźbą wzajemnego niszczenia infrastruktury krytycznej, w tym stacji desalinacyjnych. Tymczasem Donald Trump zdaje się tym nie przejmować i wysyła sprzeczne komunikaty, świadczące o decyzyjnym bałaganie. Z drugiej strony Iran, choć ponosi coraz większe straty, konsekwentnie realizuje swoją strategię. Coraz wyraźniej na wojnie zyskuje też Rosja.
Irańczycy liczyli na wolność, a dostali bombardowania. Trump rozwiał już wszelkie wątpliwości, stwierdzając, że wprowadzenie demokracji w Iranie nie jest jego celem. Chce po prostu, by reżim był wobec USA uległy i realizował amerykańskie interesy, a Najwyższy Przywódca był wybierany za zgodą Trumpa.
Hans Morgenthau pisał, że państwo, które wprost twierdzi, że zależy mu tylko na potędze i nie zasłania się żadnym ideologicznym uzasadnieniem swojej polityki, stawia się w niekorzystnej, a być może nawet skazanej na klęskę pozycji. Trump pewnie nie czytał Morgenthaua, a jego otoczenie zachowuje się jak patrycjusze za Nerona: klaszcz albo giń! Towarzyszą temu tak absurdalne wypowiedzi jak ta, że można było przejąć irański okręt „Dena” ale jego zatopienie przyniosło więcej „funu”. Okręt ten był nieuzbrojony i nie należał do Sepah (Korpus Strażników Rewolucji Islamskiej), nie zmierzał do Iranu, lecz szukał azylu w porcie w Sri Lance. W Iranie obowiązuje też powszechna służba wojskowa, więc służący na nim marynarze to po prostu zwykli Irańczycy, których rodziny być może były przeciwnikami reżimu.
Trump zabija Irańczyków, a nie reżim
Zresztą w innych nalotach zginęło już około 1,5 tys. irańskich cywilów, niszczona jest infrastruktura, która służy nie tylko reżimowi, ale zwykłym Irańczykom. To na nich spadł czarny deszcz, gdy bombardowane były rafinerie, i to ich dotknie bombardowanie stacji desalinacyjnych, takich jak na wyspie Keszm. Amerykański prezydent zbył pytanie o ten nalot absurdalną sugestią, że „Irańczycy obcinają niemowlakom głowy, a kobiety przecinają na pół”, co, obok opowieści o strasznych prześladowaniach chrześcijan w Iranie (również fałszywych), wpisuje się w coraz bardziej kuriozalną propagandę wojenną USA i Izraela.
Jedno jest pewne, w takiej sytuacji Trump zabija sympatie proamerykańskie w irańskim społeczeństwie, jego nadzieję na wolność i pomaga reżimowi konsolidować naród wokół idei obrony ojczyzny (a przy okazji ustroju). Garstki monarchistów krzyczących, że zabicie 150 dziewczynek w nalocie na szkołę w Minab to cena warta poniesienia za obalenie reżimu, tego obrazu nie zmienią. Wiadomo już zresztą, że żadnego powrotu Rezy Pahlawiego do Iranu nie będzie i Trump nie jest tym w ogóle zainteresowany.
Nie będzie też żadnej ofensywy Kurdów na Iran. Trump wycofał się z tego, bo myślał, że jak obieca Kurdom broń i pieniądze, to ci z ochotą będą umierać w starciach z Sepah. Tymczasem postawili oni konkretne żądania polityczne i domagali się gwarancji ich spełnienia. Trump nie miał zamiaru niczego takiego dawać, więc ogłosił, że to on nie chciał udziału Kurdów. Problem też w tym, że z wszystkich amerykańskich przywódców Trump budzi najmniejsze zaufanie Kurdów. Festiwal niemądrych pomysłów nie skończył się jednak na Kurdach, bo dywagowano również o zaangażowaniu Beludżów, Azerów i Arabów z Ahwazu. Pomysły te porażały ignorancją i oczywiście zostały zarzucone.
Wojna, której nikt nie chce
Oznacza to jednak, że USA nie będą miały żadnych „boots on the ground”, jeśli nie wyślą tam swoich żołnierzy (lub sojuszników). Tyle że wojna z Iranem już od pierwszego jej dnia jest niepopularna w USA. Według sondażu CNN 60% Amerykanów jest przeciwnych tej wojnie, a tylko 27% uważa, że USA wyczerpało środki dyplomatyczne, by jej zapobiec. Z kolei w sondażu Quinnipiac 62% ankietowanych uznało, że Trump i jego administracja nie przedstawiły wystarczającego uzasadnienia dla wojny, a 74% jest przeciwko zaangażowaniu sił lądowych.
W przypadku wszystkich poprzednich wojen, w tym wojny w Afganistanie i Iraku za George’a Busha juniora, działał efekt gromadzenia się wokół flagi i wzrostu poparcia dla prezydenta po rozpoczęciu wojny. W tym wypadku tego nie ma – wręcz przeciwnie, mnożą się kpiny z nieprzygotowania Trumpa i jego ekipy, co było nie do pomyślenia w przypadku poprzednich wojen. Wzrost cen benzyny oraz inne koszty gospodarcze wywołane wojną z każdym dniem będą dodatkowo zwiększać jej niepopularność, prowadząc Republikanów do klęski wyborczej w listopadzie. Demokraci bowiem jednoznacznie są jej przeciwni. Bezpośredni koszt wojny to ok. 900 mln USD dziennie, nie licząc wartości strat wywołanych atakami odwetowymi. Wątpliwe, by dla amerykańskiego wyborcy pocieszający był fakt, że straty Irańczyków są większe.
Zobacz też

Wojna na wyniszczenie
Na tym zresztą opiera się strategia Iranu. Chodzi o maksymalizację globalnych kosztów wojny, tak by wywołać presję na jej zakończenie. W szczególności wzrost jej niepopularności wśród amerykańskich wyborców ma doprowadzić do tego rezultatu. Póki co, to działa, a Trump samymi tweetami o tym, że USA „uderzy 20 razy mocniej”, jeśli Iran będzie blokował Zatokę Perską, nic nie zdziała, bo i tak naloty są już prowadzone na maksymalną możliwą skalę. Islamska Republika pokazała ponadto, że nie boi się gróźb USA i zamierza konsekwentnie realizować swoją strategię.
Tymczasem próba rozwiązania sytuacji poprzez udzielanie gwarancji państwowych USA w miejsce ubezpieczeń nie powiodła się, a kraje Zatoki alarmują – że sytuacja staje się krytyczna. W związku z wypełnieniem zbiorników konieczne jest wstrzymywanie produkcji, a zapasy w wielu krajach uzależnionych od importu ropy szybko się kończą (w Pakistanie oceniane są na 30 dni). USA mogą zdecydować się na konwoje, ale jest to bardzo ryzykowne, gdyż wystarczy niewielka jednostka pływająca Sepah (np. żywa torpeda realizująca misję samobójczą), by doprowadzić do gigantycznej eksplozji statków wypełnionych LNG albo tankowców pełnych ropy. USA mogą również ponieść znaczące straty osobowe, realizując misje tego rodzaju w takich warunkach.
Rosja wraca do gry
Dlatego już widać, że USA sięgają po to, co uznały za alternatywę – dostawy rosyjskie. W pierwszej kolejności udzieliły Indiom wyłączenia z sankcji na kupno rosyjskiej ropy. Co prawda na 30 dni, ale już wiadomo, że ten okres możez ostać przedłużony. Smaczku dodaje tu fakt, że raptem miesiąc temu wysokimi cłami Trump zmusił Indie do przerwania kupowania ropy od Rosji. To jednak może być dopiero początek – zwłaszcza że Trump we wtorek 10 marca stwierdził, że odbył „bardzo dobrą” rozmowę z Putinem w sprawie Iranu. Zatem sytuacja obróciła się o 180 stopni w stosunku do tej, która była po JCPOA, bo wówczas to Iran deklarował gotowość zastępowania dostaw z obłożonej sankcjami za zajęcie Krymu Rosji. Teraz coraz więcej wskazuje na to, że Trump będzie gotów na ustępstwa wobec Rosji, zniesienie nałożonych na nią sankcji, co przy wysokich cenach ropy będzie dla niej ogromnym zastrzykiem regenerującym. To Iran, a nie Rosja, został zdefiniowany przez Trumpa jako główny problem i wszystko zostanie temu podporządkowane, choć nie jest to bynajmniej w interesie USA.
Wzajemnie sprzeczne wypowiedzi Trumpa nie pozwalają na stwierdzenie tego, pod jakimi warunkami gotowy będzie on przerwać wojnę – zwłaszcza że zapowiedział on, że decyzję podejmie w uzgodnieniu z Netanjahu. Tymczasem izraelski premier chce, by trwała ona permanentnie (bez względu na to, co deklaruje publicznie), bo wtedy będzie można zawiesić wybory parlamentarne, które, w razie wygranej opozycji, zaprowadziłyby go do więziennej celi. Zainteresowany byłby również eskalacją, jaką byłoby wciągniecie w konflikt innych państw oraz doprowadzenie do interwencji lądowej. Natomiast Trump z jednej strony deklaruje, że właściwie to już można ogłosić zwycięstwo, a z drugiej – iż oczekuje bezwarunkowej kapitulacji, w tym uzgodnienia z nim wyboru Najwyższego Przywódcy.
Amerykanie radykalizują Iran
Ta ostatnia deklaracja mogła przyczynić się do wyboru Modżtaby Chameneiego na Najwyższego Przywódcę, gdyż zwolennicy tego wyboru mogli podkreślać, że tylko tak pokażą, że całkiem odrzucają naciski amerykańskiego prezydenta. A wybór ten nie wróży dobrze. Oznacza on bowiem wzmocnienie roli Sepah, z którym Modżtaba Chamenei jest blisko związany. Jest to też zaprzepaszczenie szansy na pokojowe przemiany ustrojowe, które mogły nastąpić po naturalnej śmierci Alego Chameneiego. Od dawna wiadomo bowiem, że w elitach religijnych w Qom wielu ajatollahów kontestuje obecny ustrój, widząc, że prowadzi on do ateizacji dużej części społeczeństwa. Teraz można się jednak spodziewać zaostrzenia kursu wewnętrznego, zwiększenia represji, mocniejszego zorientowania na współpracę z Rosją i Chinami, a być może również zmianę podejścia do irańskiego programu nuklearnego.
W tym kontekście warto zwrócić uwagę na całkowicie sprzeczne deklaracje Trumpa: jeśli bowiem twierdzi on obecnie, że Iran był bliski uzyskania broni nuklearnej, to znaczy, że USA (wbrew twierdzeniom tego samego Trumpa) nie zdołały poważnie zaszkodzić temu programowi w czasie wojny 12-dniowej (i nie mają takich zdolności). Zabicie Alego Chameneiego może stać się pretekstem do uznania nieważności jego fatwy uznającej broń nuklearną za niezgodną z islamem. Wpisuje się to zresztą w pewien wzorzec, bo gdyby Netanjahu z Trumpem nie doprowadzili do upadku porozumienia w sprawie irańskiego programu nuklearnego (JCPOA), to problemu by w ogóle nie było. Podobnie jest zresztą z arsenałem balistycznym – póki Iran nie został zaatakowany, to nie atakował swoimi rakietami ani Izraela, ani USA, ani żadnego innego państwa. Tymczasem teraz Islamska Republika już wie, że jej egzystencja jest uzależniona od arsenału balistycznego i dronowego, i będzie je za wszelką cenę rozwijać. Nawet jeśli USA uda się anihilować obecne zasoby Iranu w tym zakresie, to nie będzie miał on problemu z szybką ich odbudową. W tym sensie prezentowane przez administrację Trumpa „cele” są pozbawione sensu.
Trump nie ma obecnie dobrych opcji. Może wycofać się z wojny za tydzień lub dwa, twierdząc, że Iran został całkowicie rozbrojony. Ale dla państw regionu ten przekaz będzie niewiarygodny. Jeśli Islamska Republika przetrwa, to nie będą one chciały ryzykować powtórki i zaczną się zastanawiać, czy opłaca im się mieć amerykańskie bazy na swoim terenie, skoro musiałyzapłacić za to słoną cenę. Znamienne jest to, że po wyborze na Najwyższego Przywódcę Modżtaba Chamenei dostał gratulacje od wielu liderów państw regionu, np. prezydenta Azerbejdżanu Ilhama Alijewa oraz sułtana Omanu Hajtama ibn Tarika, którzy zapewnili Islamską Republikę o swojej przyjaźni i powtórzyli kondolencje z powodu zabicia poprzedniego Najwyższego Przywódcy.
Inną opcją jest eskalacja. Już obecnie wojna rozlała się na Liban, a Iran wciąż nie sięgnął po wszystkie swoje możliwe środki asymetryczne. Nie jest jasne, czy jemeńscy Huti nie chcą angażować się w tę wojnę, czy też raczej trzymani są w odwodzie. Oczywiście – nie można wykluczyć również, że Trump zdecyduje się na inwazję lądową, choć nawet to nie daje gwarancji obalenia Republiki Islamskiej. Nawet jeśli by to się jednak stało, to koszt będzie tak gigantyczny, że pogrąży to całkowicie Trumpa i jego prezydenturę, a Rosja i Chiny będą robić, co będą chciały na flance wschodniej i na Dalekim Wschodzie. To byłby koniec globalnej hegemonii USA, a świat stałby się znacznie gorszym miejscem.





WIDEO: F-35 vs. JAK-130 | Fregata tonie | Kuwejt strąca F-15 - Defence24Week #151