Reklama
  • WIADOMOŚCI
  • ANALIZA
  • POLECANE

Historia jako broń: Zełenski, UPA i realne ryzyko polsko-ukraińskiego konfliktu

Po ewentualnym zawieszeniu broni szczególne znaczenie będzie miał powrót weteranów. Ludzie, którzy przez lata żyli w warunkach frontowych, widzieli śmierć kolegów, doświadczyli okaleczeń, traumy i rozpadu normalnego życia, mogą nie zaakceptować łatwo powrotu do państwa, w którym nadal funkcjonują korupcyjne układy, dekownicy, oligarchiczne interesy i politycy próbujący przepisać historię wojny na własną korzyść. W takim scenariuszu gniew społeczny może zostać skierowany przeciwko złodziejom, urzędnikom, ludziom uchylającym się od służby, biznesmenom powiązanym z władzą i politykom odpowiedzialnym za decyzje wojenne. Nie musi to oznaczać rewolucji, ale może oznaczać to gwałtowną destabilizację życia publicznego, falę rozliczeń, radykalizację części środowisk kombatanckich i wzrost przemocy politycznej.

ukraina wojna wojsko
Autor. CyberDefence24/Canva
Ekshumacje jako zagrożenie dla heroicznej narracji Ukrainy Zbiorowe mogiły kontra mit niepodległościowy Test dojrzałości państwowej Ukrainy Polska jako możliwy adresat frustracji Najważniejsze pytanie po zawieszeniu broni

Część II analizy autorstwa płk. rez. Adama Jawora. Pierwszą część znajdziesz tu.

UPA jako polityczny zapalnik w relacjach z Polską

Właśnie w tym miejscu pojawia się problem polityki symbolicznej, która może dodatkowo obciążać relacje z Polską. Decyzja Zełenskiego o nadaniu Samodzielnemu Centrum Operacji Specjalnych „Północ” Sił Operacji Specjalnych Sił Zbrojnych Ukrainy imienia „Bohaterów UPA” nie była neutralnym gestem pamięciowym, lecz działaniem, reakcję na które w Polsce można było z góry przewidzieć. Zwłaszcza że w dekrecie uzasadniano to potrzebą „przywrócenia historycznych tradycji narodowego wojska” i zasługami jednostki w obronie Ukrainy.

Reklama

Z perspektywy ukraińskiej można było to przedstawiać jako element odbudowy własnej tradycji wojskowej i antyrosyjskiej symboliki. Z perspektywy polskiej musiało jednak zostać odebrane jako uhonorowanie formacji odpowiedzialnej za masowe zbrodnie na ludności polskiej na Wołyniu, w dawnej Małopolsce Wschodniej i Zasaniu. W polityce liczą się nie tylko deklarowane intencje, lecz także przewidywalne skutki. A w tym przypadku skutek był oczywisty: pogłębienie nieufności, uruchomienie bolesnej pamięci historycznej i dostarczenie rosyjskiej propagandzie gotowego materiału do skłócania Polaków i Ukraińców.

Znaczenie tej sprawy polega na tym, że nie jest ona jedynie kolejnym epizodem sporu historycznego. Pokazuje ona, iż część ukraińskiej polityki pamięci może być prowadzona w sposób całkowicie ignorujący polską wrażliwość wobec Wołynia, Małopolski Wschodniej, Zasania i odpowiedzialności OUN-UPA za zbrodnie na ludności polskiej. Nawet jeżeli przyjąć teoretyczne założenie, że intencją Kijowa nie było obrażenie Polaków, sama decyzja musiała wywołać sprzeciw, ponieważ dotknęła jednego z najbardziej bolesnych punktów w relacjach polsko-ukraińskich. To właśnie tutaj zdanie Mieroszewskiego o polityce jako dyskusji o historii nabiera szczególnego znaczenia. Nie da się bowiem budować trwałego partnerstwa strategicznego na założeniu, że pamięć jednej strony może być zawieszona w imię bieżącej konieczności politycznej.

Ekshumacje jako zagrożenie dla heroicznej narracji Ukrainy

Ten problem staje się jeszcze poważniejszy w kontekście ekshumacji polskich ofiar mordów dokonanych przez UPA. Dla Ukrainy mogą one oznaczać nie tylko trudny spór historyczny, lecz także poważną klęskę wizerunkową. Ekshumacje odbierają sprawie Wołynia i dawnej Małopolski Wschodniej charakter abstrakcyjnej debaty o pamięci, symbolach i interpretacjach. Zamieniają ją w materialny dowód zbrodni: szczątki konkretnych ludzi, kobiet, dzieci i mężczyzn, którzy przez dziesięciolecia czekali na odnalezienie, identyfikację i godny pochówek.

Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego w dokumencie „Komunikat dotyczący zakończenia terenowego etapu prac ekshumacyjnych w dawnej wsi Puźniki na terytorium Ukrainy” podało, że w Puźnikach odnaleziono i zabezpieczono szczątki ofiar zbrodni dokonanej w lutym 1945 roku przez oddziały Ukraińskiej Powstańczej Armii. Wydobyto szczątki 42 osób, a wśród nich co najmniej 11 osób małoletnich, 16 kobiet i 10 mężczyzn. A tego typu zbiorowych bezimiennych grobów są setki na terenie dzisiejszej Ukrainy. Z tej racji należy zakładać, że wśród władz ukraińskich zachodzi realna obawa, iż skala zbrodni UPA oraz okrucieństwo wobec polskich ofiar wręcz nieodwracalnie zachwieją wizerunkiem Ukrainy odwołującej się do tradycji tej organizacji.

Dopóki UPA funkcjonuje w ukraińskiej narracji głównie jako symbol walki z Moskwą, można próbować przesuwać na dalszy plan jej odpowiedzialność za mordy na Polakach. Ekshumacje odbierają jednak tej narracji wygodną abstrakcyjność. Pokazują nie hasła, lecz szczątki. Nie polityczne deklaracje, lecz groby. Nie mit niepodległościowy, lecz materialny ślad okrutnych mordów wobec kobiet, dzieci, starców i całych polskich rodzin. Im więcej takich miejsc zostanie ujawnionych, tym trudniej będzie Kijowowi utrzymywać moralną dwuznaczność: z jednej strony przedstawiać Ukrainę jako ofiarę imperialnej przemocy i obrońcę europejskich wartości, a z drugiej heroizować formację odpowiedzialną za masowe zbrodnie na polskiej ludności cywilnej.

Reklama

Zbiorowe mogiły kontra mit niepodległościowy

Wizerunkowo jest to dla Kijowa sytuacja wyjątkowo katastrofalna. Jeżeli z jednej strony ukraińskie państwo nadaje jednostce wojskowej nazwę odwołującą się do „Bohaterów UPA”, a z drugiej na terytorium Ukrainy wydobywane są szczątki polskich ofiar tej samej formacji, powstaje dramatyczny dysonans. Ukraińska narracja heroiczna zderza się wtedy z obrazem zbiorowej mogiły. Z jednej strony mamy próbę wpisania UPA w tradycję walki o niepodległość, z drugiej — materialne ślady mordów na polskiej ludności cywilnej. To nie jest spór o słowa, lecz o szczątki zamordowanych ludzi. Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego w komunikacie „Pogrzeb ofiar Zbrodni Wołyńskiej w Puźnikach” wskazało, że zbrodnia w Puźnikach była jednym z ostatnich masowych mordów dokonanych na ludności polskiej przez UPA w czasie Zbrodni Wołyńskiej, a ofiarami były głównie kobiety i dzieci.

Dlatego kolejne ekshumacje mogą być dla Ukrainy znacznie trudniejsze niż kolejne noty dyplomatyczne. Każda mogiła będzie przypominała, że nie da się jednocześnie budować kultu UPA i unikać rozmowy o odpowiedzialności tej formacjiza zbrodnie. Każdy raport, każdy opis obrażeń, każda identyfikacja ofiar i każdy pogrzeb będą zadawały pytanie: jak państwo aspirujące do europejskiej wspólnoty wartości może równocześnie odwoływać się do tradycji formacji obciążonej takim dziedzictwem? Odpowiedź, że UPA walczyła także z Sowietami, nie wystarczy. Walka z jednym totalitaryzmem nie unieważnia zbrodni popełnionych na bezbronnych cywilach.

Test dojrzałości państwowej Ukrainy

W tym sensie klęska wizerunkowa Ukrainy może polegać nie tylko na tym, że świat dowie się więcej o zbrodniach UPA. Znacznie groźniejsze będzie pokazanie sprzeczności między ukraińską polityką pamięci a materialną prawdą wydobywaną z ziemi. Jeśli państwo ukraińskie będzie nadal nadawać jednostkom wojskowym nazwy odwołujące się do „Bohaterów UPA”, a równocześnie ekshumacje będą ujawniały skalę i okrucieństwo mordów dokonanych przez tę formację, ukraińska narracja heroiczna może zacząć pękać. Nie pod wpływem rosyjskiej propagandy, lecz pod ciężarem własnej niekonsekwencji i faktów, których nie da się przykryć językiem dyplomatycznym.

To właśnie w tym punkcie ekshumacje mogą stać się dla Ukrainy symbolicznym testem dojrzałości państwowej. Jeżeli Kijów będzie próbował neutralizować ich znaczenie językiem ogólnikowym, unikaniem nazwania sprawców albo przenoszeniem odpowiedzialności na bezosobową „tragedię wojny”, tak jak Niemcy na bezosobowych nazistów, efekt może być odwrotny od zamierzonego. Każdy kolejny raport, każdy pogrzeb i każda odnaleziona mogiła będą w Polsce wzmacniały przekonanie, że Ukraina chce korzystać z polskiego wsparcia militarnego, politycznego i logistycznego, ale nie jest gotowa do pełnego uznania polskiej pamięci o ofiarach. Wtedy sprawa Wołynia przestaje być wyłącznie problemem historii. Staje się problemem wiarygodności Ukrainy jako partnera, który domaga się solidarności, ale sam ma trudność z elementarną solidarnością wobec cudzych zmarłych.

Dlatego zarówno sprawa nazwy „Bohaterów UPA”, jak i ekshumacji polskich ofiar mordów UPA powinny być czytane razem. Pierwsza dotyczy ukraińskiej polityki symbolicznej, druga — materialnego dowodu zbrodni, który tę politykę kompromituje. Jeżeli Ukraina chce być postrzegana jako państwo europejskie, walczące nie tylko o własne terytorium, ale także o moralną rację przeciw rosyjskiemu imperializmowi, nie może równocześnie budować bezkrytycznego kultu formacji obciążonej mordami na polskiej ludności cywilnej. Im więcej będzie ekshumacji, tym trudniej będzie utrzymywać wygodną dwuznaczność: dla Ukraińców UPA jako symbol walki z Moskwą, dla Polaków UPA jako sprawca ludobójczej przemocy. Szczątki ofiar mają bowiem większą siłę niż deklaracje dyplomatyczne.

Reklama

Polska jako możliwy adresat frustracji

W tym sensie sprawa UPA wzmacnia szerszą tezę o możliwym przesuwaniu emocji społecznych z rozliczeń wewnętrznych na konflikty symboliczne. Równocześnie w tle gdzieś może się tlić w pełni świadomy plan uczynienia z Polski „zastępczego wroga”, a takie gesty tworzą do tego podatny grunt. Jeżeli po ewentualnym zawieszeniu broni w Ukrainie wzrośnie frustracja społeczna, gniew weteranów, rozczarowanie skalą strat i presja rozliczeń wobec elit, spory historyczne z Polską mogą stać się wygodnym kanałem politycznego odwracania uwagi. Nazwa odwołująca się do UPA nie jest więc detalem symbolicznym, lecz sygnałem ostrzegawczym. Pokazuje, jak łatwo ukraińska polityka pamięci może wejść w kolizję z polską pamięcią o ludobójstwie na Wołyniu, w dawnej Małopolsce Wschodniej i Zasaniu i jak szybko taki konflikt może zostać wykorzystany przez niektórych ukraińskich nacjonalistów i rosyjską propagandę.

Mechanizm konfliktu zastępczego

W tym sensie Polska może stać się dla części ukraińskiej debaty wygodnym adresatem frustracji. Jest blisko, jest historycznie obciążona trudnymi sporami, pozostaje ważnym partnerem logistycznym, politycznym i wojskowym, a jednocześnie nie jest przeciwnikiem tak groźnym jak Rosja. Jeżeli nie da się odzyskać Krymu i Donbasu, jeżeli zawieszenie broni zostanie odebrane jako gorzka porażka, a społeczeństwo zacznie pytać o winnych, mogą pojawić się próby przenoszenia emocji na konflikty zastępcze. W takim kontekście odwołania do haseł historycznych, sporów o pamięć, a nawet pojęć w rodzaju „Zakierzońskiego Kraju” mogą stać się instrumentem mobilizacji emocjonalnej, choć realnie nie rozwiązują żadnego z podstawowych problemów Ukrainy.

Między rozliczeniem własnych patologii a wskazaniem zewnętrznego wroga

Obecny stan wiedzy nie pozwala jednoznacznie stwierdzić, czy Kijów świadomie uczyni Polskę, zamiast Rosji, głównym przeciwnikiem. Bardziej realne jest stopniowe narastanie napięcia, w którym ukraińskie rozczarowanie wynikiem wojny, polskie zmęczenie kosztami pomocy, nierozwiązane spory historyczne i rosyjska dezinformacja zaczną wzajemnie się wzmacniać. Sprawa nazwania jednostki imieniem „Bohaterów UPA” oraz problem ekshumacji pokazują, że do uruchomienia takiego mechanizmu nie potrzeba otwartej konfrontacji politycznej. Wystarczy symboliczny gest wykonany bez wyczucia, a następnie ujawnienie materialnych dowodów zbrodni, aby powstał konflikt, który podchwycą radykalne środowiska po obu stronach granicy.

Obecna pozycja Zełenskiego pokazuje, że kończy się etap, w którym sama wojna automatycznie usprawiedliwiała większość decyzji politycznych. Im bliżej ewentualnego zawieszenia broni, tym częściej prezydent Ukrainy będzie musiał odpowiadać nie tylko za obronę państwa, ale także za koszty tej obrony: błędy strategiczne, korupcję, niesprawiedliwość mobilizacji oraz przyszłość setek tysięcy ludzi wracających z frontu.

W takiej sytuacji każda władza może szukać sposobu na rozładowanie społecznego gniewu. Najtrudniejszą drogą byłoby rzeczywiste rozliczenie własnych błędów i patologii państwa. Znacznie łatwiejsze może okazać się wskazanie zewnętrznego adresata frustracji. Polska może stać się w tym mechanizmie wygodnym celem: jest blisko, jest historycznie uwikłana w trudne spory z Ukrainą, a jednocześnie można wobec niej mobilizować emocje bez ryzyka bezpośredniej konfrontacji z Rosją.

Najważniejsze pytanie po zawieszeniu broni

Z tej racji najważniejsze pytanie brzmi, czy Ukraina po ewentualnym zawieszeniu broni skieruje społeczne niezadowolenie ku reformie państwa, rozliczeniu korupcji i odpowiedzialności własnych elit, czy też część ukraińskiego obozu władzy spróbuje odwrócić uwagę od problemów wewnętrznych, przenosząc napięcie na spory zewnętrzne — w tym na relacje z Polską.

Reklama
WIDEO: No to lecimy - zobacz gdzie!
YouTube cover video
Reklama