Reklama

Rosja 2026 roku - ostatnie okno ofensywne czy wojna na kredyt?

Rosja wchodzi w piąty rok wojny z Ukrainą z ograniczonymi, nadwyrężonymi rezerwami i paraliżującą zależnością od obcej infrastruktury łączności. W 2026 roku Kreml ma jeszcze przestrzeń na jedną poważniejszą kampanię ofensywną, ale każdy błąd w użyciu ludzi, sprzętu i czasu może zamienić ten sezon z „ostatniej szansy” w początek wojny, której Moskwa nie będzie już w stanie dalej finansować ani prowadzić na dotychczasową skalę.

ukraina zniszczenia atak na kijów skutki rosyjskiego ataku
Autor. Defense of Ukraine (@DefenceU)/X

Rosja wchodzi w piąty rok wojny z Ukrainą z bardzo konkretnym sufitem możliwości: ma jeszcze przestrzeń, by spróbować jednej poważniejszej kampanii ofensywnej w 2026 roku, ale nie ma zasobów, by powtarzać takie próby w nieskończoność. To już nie jest tylko kwestia mapy frontu, lecz kondycji całego rosyjskiego systemu - od rezerw osobowych, przez magazyny sprzętu, po załamanie łączności po odcięciu Starlinka.

Letnia kampania 2026 - rezerwy kontra czas

Od końca jesieni 2025 roku Rosja gromadzi rezerwy z myślą o jednym, decydującym oknie operacyjnym w 2026 roku. Oś tej przyszłej kampanii jest czytelna, to kierunek Słowiańsk-Kramatorsk na Donbasie oraz Orekhowo-Zaporoże na południu, z ewentualną kombinacją działań na obu tych kierunkach operacyjnych. Na mapie wciąż wygląda to groźnie - w praktyce rosyjski system odtwarzania gotowości bojowej zaczyna się dławić.

Według dostępnych ocen Rosja dysponuje formalnie około 1,2-1,3 mln rezerwistów o profilu wojskowym, przy teoretycznym potencjale mobilizacyjnym ponad 20 mln ludzi. Problem w tym, że realnie gotowych do szybkiego użycia rezerw „nadplanowych”, czyli ponad bieżące potrzeby uzupełniania strat na froncie, jest co najwyżej kilkadziesiąt tysięcy (w mojej ocenie między 30-50 tys.). Reszta to liczby na papierze - ludzie wymagający ponownego szkolenia, stare roczniki, kadry związane z gospodarką.

Rekrutacja kontraktowa rzędu 400-410 tys. rocznie, którą rosyjskie władze otrąbiają jako sukces, w praktyce starcza na zaklejanie bieżących dziur - wymianę zabitych i ciężko rannych, rotację najbardziej wyeksploatowanych oddziałów, uzupełnianie batalionów liniowych. Odbywa się to też przeleżenie kończących się kontraktów. Wszyscy ci co podpsują umowę z Ministerstwem Obrony są częścią tej oficjalnej liczby. Rosja jest w stanie utrzymywać powolne postępy i obecny poziom działań ofensywnych, ale nie jest w stanie zbudować pełnowartościowej strategicznej rezerwy, która pozwoliłaby otworzyć nowy front lub przeprowadzić manewr na dużą skalę bez osłabiania innych odcinków.

Na mapie wygląda to tak - zgrupowania, które powinny już wychodzić na rejony wyjściowe pod przyszłą ofensywę, nadal tkwią walcząc w strefie walki taktycznej. Postęp jest wolniejszy niż zakładały plany sztabowe, a każda próba „podkręcenia” tempa działań szturmowych kończy się wzrostem strat i koniecznością ściągania odwodów z innych odcinków. Rosyjskie dowództwo stoi więc przed bardzo prostym wyborem - albo rzuci część świeżych, niedoszkolonych i niezgranych rezerw, ryzykując wypalenie potencjału przeznaczonego na letnią kulminację własnych zdolności ofensywnych, albo zaakceptuje spowolnienie teraz, żeby mieć czym zagrać później.

Reklama

Sprzęt - jednorazowy „zastrzyk", niezdolność ciągła

Jeszcze gorzej wygląda sytuacja w sprzęcie. W ciągu trzech lat wojny Rosja mocno zużyła magazyny czołgów, BWP i artylerii - do tego stopnia, że w wielu przypadkach na front trafiają wozy pośpiesznie wyciągane z rezerwy, po ograniczonych remontach. Szacunki produkcji nowych czołgów mówią o kilkuset sztukach rocznie - ok. 250-300 T‑90M plus stopniowo rosnące serie T‑80BVM, przy czym część tych liczb to wartości „maksymalne”, a nie twardo potwierdzone, corocznie powtarzalne moce produkcyjne. To wystarcza, by łatać straty i punktowo wzmacniać wybrane odcinki działń bojowych, ale nie pozwala zbudować głębszego zapasu.

Żeby stworzyć realną, strategiczną rezerwę sprzętową –- nie tylko uzupełnić straty, ale mieć „nadwyżkę” na jedną większą operację - Rosja musiałaby wygenerować dodatkowo około 500 czołgów, ponad tysiąc bojowych wozów opancerzonych i kilkaset środków artylerii i MLRS ponad bieżące zużycie. Przy obecnych możliwościach przemysłu oznacza to lata, nie miesiące. W praktyce więc Rosja może zbudować pewien „schodek” sprzętu na 2026 rok - kilka dodatkowych brygad lub dywizji o zwiększonym nasyceniu, ale po ich użyciu okno możliwości gwałtownie się zwęża.

Jakość tych rezerw też nie jest jednolita. Udział starszego sprzętu z magazynów rośnie, a remonty często są wykonywane w trybie „byle jechało, byle strzelało”, bez głębokiej modernizacji. To oznacza, że nawet jeśli na papierze Rosja jest w stanie wystawić kilkaset dodatkowych czołgów czy BWP, to ich realna wartość bojowa i trwałość na froncie będą niższe niż jednostek pierwszej fali z 2022 roku.

Na te ograniczone rezerwy nakłada się kryzys, który odsłonił coś jeszcze ważniejszego niż stan magazynów, tj. strukturę rosyjskiego systemu dowodzenia. Wprowadzenie obowiązkowej rejestracji i autoryzacji użytkowników Starlinka oraz decyzje SpaceX praktycznie odcięły rosyjskie wojska od możliwości korzystania z tej infrastruktury, podczas gdy Ukraina - po stronie „białej listy” - nadal z niej korzysta. W ciągu dwóch lat front został zbudowany tak, że duża część łączności operacyjnej w tym przekazywanie danych z dronów, koordynacja ognia, komunikacja między szczeblami - oparła się na systemie, nad którym Rosja nie ma żadnej kontroli.

Gdy ten filar został zachwiany, rosyjskie własne środki łączności okazały się niewystarczające, gdyż brak im przepustowości, odporności na zakłócenia, to klasyczne kłopoty ze skalą w warunkach pełnoskalowej wojny. Źródła z frontu opisują faktyczny paraliż dowodzenia na niektórych odcinkach i przymusowe wstrzymywanie szturmów, ponieważ bez stabilnej łączności nie da się prowadzić skoordynowanej walki na wielu poziomach.

Co zauważyłem w komentarzach kontrast z rosyjską polityką wewnętrzną jest dla rosyjskich oficerów wyjątkowo bolesny. Oceniają że ich państwo przez lata pompowało miliardy w projekty takie jak komunikator MAX – „aplikację do wszystkiego”, integrującą usługi, płatności i kanały komunikacji, przede wszystkim jako narzędzie nadzoru nad własnymi obywatelami - zamiast zbudować własny system łączności satelitarnej na potrzeby wojny. W rezultacie rosyjskie frontowe C2 de facto uzależniło się od infrastruktury zewnętrznej, a jedna decyzja amerykańskiej firmy doprowadziła do kryzysu, który nie jest techniczny, lecz systemowy.

Reklama

Jakie ścieżki ma jeszcze Rosja w 2026 roku?

Z tego wszystkiego wyłaniają się trzy główne warianty.

Pierwszy: letnia kulminacja. Rosja dalej oszczędza rezerwy, częściowo łata problem łączności i próbuje w maju-czerwcu 2026 roku przeprowadzić jedną, skoordynowaną kampanię na kierunkach Słowiańsk - Kramatorsk i Orekhowo - Zaporoże. Celem jest wymuszenie na Ukrainie i Zachodzie „zgniłego pokoju” uznania nowej linii frontu – nie poprzez całkowite rozbicie SZU, ale przez stworzenie sytuacji, w której każde zatrzymanie działań zbrojnych oznacza de facto akceptację korzystnego dla Rosji stanu terytorialnego.

Drugi: ofensywa na glinianych nogach. Rosja nie wytrzymuje presji, rzuca część rezerw szybciej, próbując przykryć problemy z dowodzeniem i logistyką masą ludzi i sprzętu. Kampania rusza, ale bez stabilnego kręgosłupa C2 (systemu dowodzenia) i przy ograniczonych rezerwach sprzętu. W takiej sytuacji straty rosną szybciej niż zyski terenowe, a po kilku miesiącach Rosja ma za sobą jedną „wielką próbę” i bardzo ograniczone możliwości jej powtórzenia.

Trzeci: kontrolowana stagnacja. Świadoma swoich ograniczeń Rosja schodzi z ambicji manewrowej ofensywy i przechodzi do modelu „obrony aktywnej” - lokalne natarcia, powolne podgryzanie, intensywna wojna na wyniszczenie, presja hybrydowa na Unię Europejską i NATO oraz próba rozbicia jedności Zachodu. W takim wariancie głównym narzędziem Moskwy staje się czas i zmęczenie, a nie jednorazowe „uderzenie decydujące”.

Obecne sygnały - struktura rekrutacji, problemy z budową strategicznej rezerwy, tempo postępów, kryzys łączności - wskazują, że Rosja wciąż myśli w kategoriach pierwszego wariantu, z wysokim ryzykiem osunięcia się w drugi. Trzeci pozostaje dla Kremla raczej scenariuszem wymuszonym niż docelowym planem.

„Proces pokojowy" jako część operacji

Na tym tle tzw. „proces pokojowy” trzeba czytać jednoznacznie. Jest to w mojej ocenie narzędzie operacji polityczno‑informacyjnej, nie jako realna droga do zakończenia wojny. Rosja wykorzystuje wątki rozmów, „planów pokojowych” i przecieków, aby sondować gotowość Zachodu do nacisku na Kijów, rozbijać jedność sojuszników i osłaniać dyplomatycznie własne przygotowania wojskowe. Im bliżej potencjalnej letniej kampanii, tym częściej możemy spodziewać się prób narzucenia narracji, że to Ukraina „blokuje pokój”, odmawiając przyjęcia rosyjskich warunków.

Wnioski

Rosja ma jeszcze zasoby, by spróbować jednego poważniejszego dociążenia wojny w 2026 roku - ale nie ma zasobów, by powtarzać takie próby w nieskończoność. Rezerwy osobowe są licznie wyglądające na papierze, lecz realnie nadwyrężone i w większości „zużywane” na bieżąco, rezerwy sprzętowe są ograniczone i oparte w coraz większym stopniu na starym sprzęcie, a system dowodzenia właśnie pokazał, jak bardzo jest zależny od zachodniej infrastruktury, której Rosja nie kontroluje.

Jeżeli przyszła letnia kampania 2026 roku nie przyniesie Rosji strategicznego przełomu, a Ukraina utrzyma zdolność bojową przy stałym wsparciu Zachodu, rosyjska machina wojskowa z modelu „wojny na wyniszczenie” zacznie stopniowo przechodzić w model „wojny na kredyt”, gdzie każdy kolejny rok będzie coraz trudniejszy do udźwignięcia – nie tylko na froncie, ale i wewnątrz państwa rosyjskiego. Wtedy realna szansa na zakończenie tej wojny zacznie wynikać nie z dobrych chęci negocjatorów, lecz z prostego faktu, że Rosja nie będzie już w stanie zapłacić ceny za kolejny „ostatni raz”.

Reklama
WIDEO: Polska broń atomowa? Wschód NATO potrzebuje bomby | Skaner
Reklama