Reklama

Coraz dłuższe ręce Kijowa?

fla01: Tu-141 "Striż" jeszcze w swej podstawowej wersji, jako bezzałogowy, okołodźwiękowy samolot rozpoznawczy wielokrotnego użytku. W początkowej fazie wojny Ukraina używała go w charakterze broni dalekiego zasięgu. Tu – jako eksponat w muzeum w Monino.
fla01: Tu-141 "Striż" jeszcze w swej podstawowej wersji, jako bezzałogowy, okołodźwiękowy samolot rozpoznawczy wielokrotnego użytku. W początkowej fazie wojny Ukraina używała go w charakterze broni dalekiego zasięgu. Tu – jako eksponat w muzeum w Monino.
Autor. Jerzy Reszczyński

Tytułem suplementu do artykułu red. A. Walkowskiego „Ciężki pocisk na rosyjskie cele. Skąd wziął się Flaming?” warto poświęcić kilka chwil na zapoznanie się z garścią nowych informacji dotyczących „medialnego hitu”, jakim stało się ujawnienie przez Ukraińców informacji o pomyślnych wynikach prób z nowym pociskiem manewrującym mogącym sięgać celów na dystansie 3 tys. km.

Wszystko, co dotyczy „Flamingo”, i co zostało ostatnio upublicznione, można, i chyba należy, analizować na dwóch płaszczyznach, technicznej i politycznej. Sprawą otwartą zapewne pozostanie to, której z nich priorytet przyznali sami Ukraińcy. Nie jest bowiem odkrywaniem Ameryki przypomnienie starej jak świat prawdy, że pierwszą ofiarą każdej wojny jest prawda. Gospodarowanie informacją, dezinformacją i propagandą jest – w dobie istnienia tak licznych i zróżnicowanych form i płaszczyzn komunikowania się – prawie tak samo ważne, jak zdolność do posługiwania się uzbrojeniem. A bywa, że jest bardziej skuteczne w rozumieniu drogi do osiągania celu.

Reklama

Komentatorzy i analitycy natychmiast wzięli pod lupę nowy ukraiński oręż, wgłębiając się w mniej lub bardziej trafione oceny i prognozy co do jego wpływu na ewentualne operacje wojskowe. Sami Ukraińcy wykazali się na tym polu dużą „kreatywnością”, m.in. zapraszając do tajnego zakładu montującego nowe pociski korespondenta agencji AP, co zaowocowało opublikowaniem zdjęć z samego obiektu produkcyjnego. Jest to, w przypadku kraju prowadzącego intensywną wojnę, i mającego poważne problemy z neutralizowaniem najgroźniejszych środków rażenia przeciwnika, takich jak chociażby pociski supersoniczne, co najmniej intrygujące.

Średnio rozgarnięty analityk mający dostęp do zarejestrowanych nośnikiem cyfrowym obrazów, fotograficznych lub filmowych, wywiedzie z niego dane geolokalizacyjne pozwalające z dziecinną łatwością wypracować dane do naprowadzenia własnych pocisków na miejsce wykonania zdjęć. M.in. z tego powodu od wybuchu wojny w Ukrainie w lutym 2022 roku także w Polsce zaostrzane są przepisy dotyczące wykonywania i publikowania zdjęć obiektów o charakterze strategicznym. Ostatnio obostrzenia takie dotyczą nawet przemieszczających się po kraju konwojów wojskowych mających związek z manewrami wojskowymi. O ochronie przez ABW zakładów przemysłu zbrojeniowego, w tym głównie tych produkujących dla Ukrainy, nie wspominając.Jeśli zatem z Ukrainy, i za zgodą tamtejszych instytucji odpowiedzialnych za bezpieczeństwo, taki sygnał wypłynął, to o czymś to ma świadczyć, czemuś może służyć, inaczej byłby to poważny błąd.

Czytaj też

Tutaj dotykamy warstwy politycznej „Flamingo”. Ujawnienie tych informacji zbiegło się, najpewniej nieprzypadkowo, z czasem prowadzenia intensywnych starań Donalda Trumpa o posadzenie przy jednym stole rokowań o pokoju w Ukrainie prezydentów walczących krajów. Pojawienie się właśnie w tym momencie sygnału o pozyskaniu przez Ukrainę nowych zdolności do wykonywania uderzeń na głębokim zapleczu frontu, zdolności do uderzania w strategicznie zlokalizowane ośrodki przemysłu zbrojeniowego i naftowego, lotniska itd. to sygnał dla Rosji, że możliwości Ukrainy nie ograniczają się do już zademonstrowanych, w wielu przypadkach bardzo bolesnych dla Federacji Rosyjskiej, uderzeń. Do tego – nie bez powodu ukraińskie źródła kładą silny akcent na to, że „Flamingo” jest rozwiązaniem ukraińskim, narodowym, stworzonym wyłącznie w oparciu o ukraińską myśl techniczną i komponenty. To sygnał, że Ukraina, chcąc tej broni użyć, nie musi zabiegać o żadną formę autoryzacji ze strony dostawców zachodnich systemów uzbrojenia zbliżonej klasy, ograniczających i dystans rażenia, i listę celów. Dotyczy to użycia i ATACMS, i Storm Shadow, i SCALP, dotyczy nawet samego dostępu do systemu Taurus.

Jest to też sygnał dla Białego Domu i jego głównego lokatora, że wcale nie są do końca prawdą jego tezy, iż „Zełenski nie ma w ręku żadnych kart”. Zademonstrowanie potencjału do zadawania ciosów na poziomie strategicznym można było odczytać jako postawienie swoich nowych warunków wyjściowych do ewentualnych negocjacji. Inaczej rozmawia się ze słabym i bezbronnym, inaczej z kimś, kto jest w stanie boleśnie uderzyć.

Czytaj też

Spotkanie na Alasce, co dziś już wiemy, trudno uznać za sukces, a następujące po nim wypowiedzi rosyjskich polityków raczej potwierdzają negatywny scenariusz dotyczący przyszłych zdarzeń, politycznych i militarnych, związanych z wojną. Niemniej – „Flamingo” wraz z zadeklarowanymi przez twórców tego systemu potencjalnymi możliwościami bojowymi, zostało położone na stole, i to Ukraina zadecyduje, czy, kiedy i jak tą kartą zagra. Jeśli zapowiedzi odnoszące się do możliwości bojowych pocisku nie okażą się propagandowym zagraniem, w najbliższych tygodniach i miesiącach możemy być świadkami interesujących wydarzeń. Strona ukraińska zapowiada, iż będzie w stanie rozwinąć seryjną produkcję tych pocisków z obecnego poziomu ok. 30 szt. miesięcznie do nawet 200, i to już od października. Takie informacje oficjalnie przekazała Iryna Terekh, CEO firmy Fire Point Defense. Jeśli tak się stanie, mamy pewną jak w banku eskalację terytorialną konfliktu o obszary będące poza zasięgiem dotychczas stosowanych przez Ukrainę środków rażenia, z pociskami „Long Neptun” włącznie.

Potencjalna odpowiedź Rosji? Poza próbami zniszczenia zakładów produkcyjnych, włączonych w projekt „Flamingo”, i próbami polowania na stanowiska wyrzutni tego systemu oraz magazyny i trasy transportu gotowych pocisków, może być tylko jedna: wzmocnienie ochrony przeciwlotniczej i przeciwrakietowej obiektów, które do tej pory taką ochroną nie musiały być objęte. A to oznacza albo pilną konieczność pozyskania dużej liczby nowych środków (co kosztuje i trwa, a przy tym nie jest obojętne dla osłabionej wojną gospodarki FR) oraz wyszkolonych żołnierzy do ich obsługi, albo przeniesienie części z nich z ochrony obiektów, które dziś są silnie bronione, a tym samym osłabienie poziomu ich ochrony i ułatwienie dostępu do nich dla ukraińskich środków ofensywnych. A to może być czynnikiem wpływającym na sytuację operacyjną i strategiczną. Zresztą – jedno nie wyklucza drugiego, ale tak czy inaczej oznacza, że Kijów ma jednak w ręku silną kartę.

Teraz – kilka zdań o charakterze technicznym nowego środka uderzeniowego Ukrainy. Pierwsze opublikowane ilustracje bywały opatrywane dwojakimi komentarzami: że to „ukraińska kopia hitlerowskiej latającej bomby V-1”. Albo, że „Ukraińcy wykorzystali rozwiązania posiadanych przez siebie jeszcze przed wybuchem wojny rosyjskich bezzałogowych systemów rozpoznawczych Tu-141”.

W pierwszym przypadku autorzy kierowali się wizualnym podobieństwem schematu aerodynamicznego V-1 i „Flamingo”, z umieszczonym ponad cylindrycznym kadłubem silnikiem odrzutowym oraz prostymi skrzydłami, a także rampą startową, na której pocisk był rozpędzany przy pomocy rakietowego przyspieszacza odrzucanego po starcie. I tu podobieństwa się kończą. Wielkość, masa, zasięg, nie mówiąc już o systemach naprowadzania – to zupełnie inne światy.

Reklama

Pisaliśmy o podejmowanych przez Ukrainę już pod koniec 2022 i w 2023 roku próbach wykorzystania w charakterze dronów kamikadze rosyjskich/radzieckich bezzałogowców. Te improwizowane środki bojowe były najprostszą z możliwych adaptacji Tu-141 do nowych celów: w miejsce wymontowywanej aparatury rozpoznawczej, zajmującej środkową i przednią część aparatu, zabudowywano ładunek wybuchowy w postaci bomby lotniczej FAB-100. Pod względem masowym się to mniej więcej bilansowało. Próby nad bojowym wykorzystaniem Tu141, których ograniczoną liczbę Ukraina „odziedziczyła” po rozpadzie ZSRR (łącznie wyprodukowano tylko ok. 150 szt. Tu-141 używanych operacyjnie do 1989 roku, z nich tylko kilkadziesiąt zmagazynowanych było na terytorium Ukrainy, w dodatku nie wszystkie były sprawne), rozpoczęto natychmiast po rosyjskiej agresji.

Nie obeszło się bez spektakularnych wpadek: w nocy 10 marca 2022 roku jeden z testowych Tu-141 w wariancie uderzeniowym rozbił się na zachodnich przedmieściach… stolicy Chorwacji, Zagrzebia. Swoją drogą: choć wojna już trwała od trzech tygodni, ten nieniepokojony przez nikogo obiekt militarny przeleciał przez przestrzeń powietrzną co najmniej trzech krajów członkowskich NATO (Rumunia, Bułgaria, Chorwacja). Ponieważ strat materialnych i ofiar nie było, sprawę zgrabnie wyciszono.

Skonstruowany w połowie lat 70. XX wieku Tu-141 rozwijał prędkość dochodzącą do 1100 km/godz., dysponował zasięgiem rzędu 1000 km i pułapem 6 tys. m. Był sprzętem wielokrotnego użytku. Wykonywał lot po zadanej trasie, gromadząc dane rozpoznawcze, po czym wracał nad własne pozycje, gdzie był odzyskiwany z wykorzystaniem m.in. spadochronu i czegoś w rodzaju podwozia składającego się z amortyzowanych płóz-stóp. Do napędu służył silnik turboodrzutowy Tumanski, najprawdopodobniej KR-17 o ciągu niespełna 20 kN. Płatowiec miał typowo lotniczą strukturę, zbudowany był z metalu jako dolnopłat w układzie kaczka z niewielkim usterzeniem w dziobowej części kadłuba oraz płatem o bardzo małym wydłużeniu w układzie delta o rozpiętości zaledwie 3,9 metra (składanym w dodatku na czas transportu w specjalnym kontenerze) oraz niewielkim usterzeniem przednim. Odpalany był z holowanej ruchomej wyrzutni.

Czytaj też

Znaczenie operacyjne Tu-141 jako środka rozpoznania szczebla operacyjnego zmalało po upowszechnieniu się środków rozpoznania satelitarnego przekazujących dane zwiadowcze on-line, w czasie rzeczywistym. Jego efektywność dodatkowo zmniejszył rozwój rakietowych środków zwalczania statków powietrznych, przeciwko którym stosunkowo wysoka prędkość Tu-141 przestała już być wystarczającą ochroną. Rosjanie wprawdzie rozwijali lotnicze bezzałogowe środki rozpoznania niejako wywodzące się z tej konstrukcji (takie jak np. przeskalowany, zmniejszony o połowę Tu-143 „Rejs” i Tu-243 Rejs-D (o zasięgu do 200 i 360 km) oraz Tu-300 (do 600 km zasięgu, pracowano też nad uzbrojoną wersją uderzeniową), ale to już nie miało żadnego znaczenia dla Ukrainy.

Jednak życie pisze swoje scenariusze w myśl zasady, że jak się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma. Sięgano więc po wszystko, co mogło się przydać, m.in. po „Striże”, pozwalające prowadzić, ograniczone, ale jednak, ofensywne operacje uderzeniowe na dystansie kilkuset kilometrów. Po dopracowaniu tej improwizowanej konstrukcji Ukraińcy stosowali „Jerzyki”, bo tak się tłumaczy na język polski jego nazwa „Striż”, m.in. do ataków na odległe tylko o 160 km od Moskwy lotnisko Engels 2, gdzie porażone zostały strategiczne bombowce Tu-95 i Tu-22M, wykorzystywane do ataków na Ukrainę.

Skupiono się na dopracowaniu nowoczesnego, perspektywicznego i skutecznego, jak się okazało (zatopienie krążownika Moskwa), pocisku manewrującego R-360 „Neptun”, zaprojektowanego głównie jako broń ziemia-woda. Z uwagi na swe przeznaczenie oraz napęd (silnik rakietowy, a nie turboodrzutowy, czyli pocisk musiał zabierać na pokład nie tylko zapas paliwa, ale i utleniacza), „Neptun” miał ograniczony zasięg, wystarczający do roli pocisku obrony wybrzeża, ale za mały do celów ofensywnych, w dodatku – do użycia pocisku wobec celów lądowych niezbędne było opracowanie odmiennego systemu nawigowania i naprowadzania. Pocisk jest wciąż rozwijany, ale to nie oznacza, że zamyka to drogę do innych koncepcji.

Czytaj też

Jedną z nich jest właśnie „Flamingo”, któremu całkowicie niesłusznie przypisuje się jakiekolwiek pokrewieństwo z Tu-141. Jedyne, co może je upodobniać, to… umieszczony nad kadłubem wlot powietrza do silnika. I to tyle. Silnik Tu-141 umieszczony jest w dolnej części kadłuba, w nowym pocisku – podobnie jak w V-1, na pylonie nad kadłubem, poza jego wpływem aerodynamicznym. Tu-141 miał płat delta i układ kaczka, w dodatku był dolnopłatem, co było wmuszone w pewnym sensie potrzebą ulokowania gdzieś podwozia pomocnego do odzyskania aparatu po wykonanej misji. Niewielki płat o parametrach zoptymalizowanych dla prędkości okołodźwiękowych z oczywistych powodów ogranicza zwrotność Tu-141, ale to nie ona miała być jego bronią, a prędkość. „Flamigo”, zdefiniowany jako pocisk manewrujący, przeznaczony do wykonywania jednorazowych misji uderzeniowych nie potrzebuje podwozia, więc prosty płat jest połączony z kadłubem w kształcie cygara w układzie średniopłata (i to faktycznie przypomina układ… V-1). Prosty płat o rozpiętości ok. 6 metrów zapewnia lepszą doskonałość aerodynamiczną i zwrotność, a przy tym jest bardziej „technologiczny”.

Środek parcia i środek ciężkości znajdują się w miejscu zabudowania płata, a to umożliwia zabudowanie dużego zbiornika paliwa w środku długości kadłuba, dzięki czemu w miarę jego zużywania charakterystyki wyważeniowe nie ulegają zasadniczym zmianom, i nie jest konieczne przepompowywanie paliwa pomiędzy zbiornikami wewnętrznymi. W Tu-141 środek ciężkości, a więc i główne węzły wytrzymałościowe (także z uwagi na zabudowanie napędu wewnątrz kadłuba, a więc i potrzeby serwisowe napędu, w jego dolnej części, oraz na punkty mocowania chowanego podwozia i zasobnik spadochronu odzyskowego u nasady statecznika pionowego), znajdują się w tylnej części aparatu. W „Flamingo” przednia część kadłuba, wykonanego najprawdopodobniej w technologii skorupy z kompozytów, jak w przypadku pocisków rakietowych (a nie półskorupowej, pracochłonnej w wykonaniu, wręgowo-podłużnicowej konstrukcji duralowej o złożonym przekroju, jak w przypadku „Jerzyka”), przeznaczona jest na ładunek bojowy. Źródła ukraińskie mówią o głowicy o masie 1000, a nawet 1150 kg, zagraniczni analitycy uważają, że jej masa nie przekracza pół tony, czyli jest porównywalna z głowicami – mających jednakże o połowę mniejszy zasięg – zachodnich pocisków podobnej klasy (np. „Tomahawk”). Spekuluje się nawet, że głowicę bojową stanowi klasyczna bomba burząca FAB-500, ale brak podstaw do jednoznacznego stwierdzenia, iż tak jest. Ukraińskie źródła sugerują, że owszem, głowicą może był FAB, ale nie -500, ale -1000 w wersji M62. Jeśli tak jest, i jeśli faktycznie celność pocisku odpowiada ukraińskim deklaracjom (CEP nieprzekraczający 14 m), to przy takiej sile głowicy jest to broń więcej niż groźna.

Reklama

Zrozumiałym jest, że nie wszystkie charakterystyki techniczne „Flamingo” są upubliczniane, i być może nieprędko będą. Dotyczy to przede wszystkim szczegółowych danych odnoszących się do systemu nawigacji i sterowania. Logika podpowiada, iż przy zakładanym zasięgu pocisk powinien mieć hybrydowy, satelitarno-bezwładnościowy system naprowadzania, ale też doświadczenia z wojny, w trakcie której Rosjanie poczynili znaczne postępy w zakłócaniu sygnałów GPS, podpowiadają, iż rzeczą oczywistą musi być, że nowoczesny pocisk musi być odporny na zakłócenia. Czy przewidziano jeszcze jeden, np. optoelektroniczny, system naprowadzania, do którego mogłyby być wczytywane przed lotem dane z rozpoznania np. satelitarnego celu? Ba! Pytanie na razie bez odpowiedzi. Nie ma też odpowiedzi na temat konstrukcji samej głowicy bojowej, a gdzie jak gdzie, ale w tym przypadku ilość (masa) i jakość (działanie głowicy) stanowią dwie odrębne opowieści. Można w półtonowej głowicy zawrzeć prostą, by nie rzec prostacką, bombę burzącą, a taką jest FAB (Fugasnaja Awiacjonnaja Bomba), ale można też ładunek kasetowy, penetrujący, termobaryczny itd., albo kombinację kilku systemów rażenia, selektywnie dobieranych zależnie od charakterystyki celu.

Jeśli jest prawdą, że pocisk ma uzyskiwać zasięg 3 tys. km (swoją drogą ciekawe, w jaki sposób w fazie testów podczas trwających działań wojennych i przy silnym monitorowaniu przestrzeni powietrznej nad Ukrainą, udało się to potwierdzić badaniami w locie…), to można łatwiej zrozumieć masywną budowę i pokaźne rozmiary jego kadłuba.

Czytaj też

Nie jest oficjalnie potwierdzone, że do napędu został wykorzystany popularny, produkowany kiedyś seryjnie w Ukrainie dwuprzepływowy, jednowałowy silnik turboodrzutowy AI-25. To ciekawa jednostka: przy masie własnej 290 kg (w wariancie bez odwracacza ciągu, który w tym przypadku nie ma najmniejszego sensu) dysponuje ciągiem 14,7 kN (a więc mniejszym niż silnik Tumanskiego w Tu-141). Jest zoptymalizowany do osiągania prędkości do 1000 km/godz., co w tym przypadku jest w sam raz. Pocisk manewrujący, a takim ma być „Flamingo”, nie potrzebuje więcej. Chyba, że ma to być pocisk hipersoniczny, ale to już zupełnie inna bajka, inna aerodynamika, inny napęd, wszystko inne… Ale w przypadku klasycznych pocisków manewrujących, zwłaszcza o napędzie turbinowym, „ciśnienie na prędkość” jest pozbawione technicznego i ekonomicznego sensu. Jeśli dla konstruktorów priorytetowymi wymaganiami były zasięg i masa głowicy bojowej, to siłą rzeczy na dalszy plan musiały zejść takie parametry jak prędkość maksymalna i marszowa. W większości współczesnych pocisków manewrujących zakłada się ją a zakresie 800-900 km/godz. Dalsze śrubowanie tego parametru traci sens: opór aerodynamiczny rośnie proporcjonalnie do kwadratu prędkości. A jak rośnie opór, to rośnie zapotrzebowania na energię na jego pokonania, czyli w ostateczności na paliwo, ergo – przy tej samej ilości zatankowanego paliwa mniejsza się zasięg. Można zwiększyć prędkość z 800-850 na 900-950 km/godz., ale zysk, w postaci skróceniu czasu dolotu do celu, który trwa na maksymalnym zasięgu około 3,5-4 godzin, jest niewspółmierny, liczony w minutach. A i to wymaga kompromisu w postaci wyboru: albo zwiększamy masę paliwa i obcinamy masę głowicy bojowej, albo zwiększamy masę paliwa bez redukcji głowicy, co wymaga powiększenia zbiorników, a więc i wymiarów oraz masy całego pocisku, a to z kolei wymaga zwiększenia ciągu silnika i jego masy, co pociąga za sobą wzrost zapotrzebowania na paliwo, itd. Błędne koło…

Wizualizacja pocisku manewrującego Milanion FP-5 na wyrzutni umieszczonej na naczepie samochodowej.
Wizualizacja pocisku manewrującego Milanion FP-5 na wyrzutni umieszczonej na naczepie samochodowej. Kadr pochodzi z materiałów promocyjnych Milanion.
Autor. Milanion Group

W przypadku pocisku manewrującego taki ciąg wnioskowania technicznego prowadzi donikąd. Taki pocisk – to wynika z samej natury uzbrojenia tej kategorii – ma aż nadto możliwości unikania wykrycia i neutralizacji: zmiany kursu tak, aby omijać zidentyfikowane posterunki i sieci radiolokacyjne, częsta zmiana kursu, pułapu i prędkości, lot według rzeźby terenu, stosowanie aktywnych i pasywnych technik zakłócania sygnatury radiolokacyjnej i termicznej, technologia stealth itd. Prędkość, a więc i czas przebywania w krytycznej strefie zagrożenia, nie jest kryterium zasadniczym. Może być zresztą w znacznym stopniu kompensowany odpowiednią saturacją ataku, prowadzącą do przeciążenia systemów obrony przeciwlotniczej przez wysłanie w jeden obszar na tyle dużej liczby atakujących pocisków, aby system obrony się udławił danymi. Jeśli dysponuje się odpowiednią liczbą prostych, i tanich, pocisków, to nie stanowi to problemu. Tym bardziej że można w rój pocisków wpleść niedookreśloną liczbą nieuzbrojonych wabików, które zakorkują system obrony powietrznej nadmiarem bezproduktywnych danych.

Czytaj też

W przypadku wojny rosyjsko-ukraińskiej sprawę dodatkowo ułatwia stronie ukraińskiej fakt, że Rosja – teoretycznie musząca kontrolować olbrzymi obszar potężnego kraju – została pozbawiona w znacznym stopniu swoich zdolności AWACS, dzięki przetrzebieniu przez SZU (Siły Zbrojne Ukrainy) i SBU (Służba Bezpieczeństwa Ukrainy) floty latających radarów A-50. Bez zachodnich technologii Rosja nie odbuduje tej floty w czasie krótszym niż 5-7 lat, a i to pod warunkiem, że pomogą jej w tym Chiny, które akurat nie mają w tym żadnego interesu… A myśliwce MiG-31, mające bardzo specyficzną rolę w kontroli własnego obszaru powietrznego, są mocno wyeksploatowane, i w dodatku mają do patrolowania i ochrony bardzo długą granicę wzdłuż północnych rubieży FR, Zabranie ich w rejon granicy rosyjsko-ukraińskiej, aby bronić się przed „Flamingo”, odsłoni inny obszar miękkiego podbrzusza FR, na którym jej bardzo zależy, i o który trwa rywalizacja: Arktykę… A tak aż nogami przebierają nie tylko USA i Kanada oraz Chiny…

Wróćmy jednak do FP-5 „Flamingo”… Silnik AI-25 – o ile okaże się, że to on faktycznie jest użyty do napędu „Flamingo” – został zaprojektowany w zasłużonym dla radzieckiej myśli technicznej biurze OKB-478 Ołeksandra Iwczenki w Zaporożu (tu powstały, produkowane też na licencji w Polsce, silniki tłokowe AI-14 i AI-26 oraz seria średnio udanych silników turbośmigłowych), a następnie – silniki do wielu znanych i popularnych samolotów i śmigłowców radzieckich i ukraińskich, w tym m.in. An-225 „Mrija” czy Mi-26. Na marginesie: zakłady funkcjonują do dnia dzisiejszego pod nazwą Ivchenko-Progress ZMKB ЗМКБ «Прогрес» ім. О. Г. Івченка, a po śmierci Iwczenki w 1968 roku zakład zmienił nazwę na Iwczenko Lotarev (to od nazwiska nowego głównego konstruktora), pod którą to marką wypuścił w świat kilka interesujących konstrukcji. Zakład doświadczalno-projektowy ściśle współpracował z fabryką silników Motor-Sicz. To buduje mocny trop, jeśli chodzi o szukanie odpowiedzi na pytanie, co napędza nowy ukraiński pocisk.

Reklama

AI-25 projektowano w połowie lat 60., kiedy jeszcze nikomu nie śniło się o kryzysie naftowym, który miał nadejść za dekadę. Rosyjski/radziecki przemysł lotniczy miał, tak się wydawało, zdominować na zawsze rynki odbiorców nie tylko z krajów RWPG, ale też tych, gdzie ZSRR miał wpływy, czyli też krajów arabskich, części krajów azjatyckich i afrykańskich. Wszędzie tam miały latać samoloty „Sdiełano w SSSR”, wojskowe i cywilne. Uzależnienie technologiczne, a w ślad za nim polityczne, odbywało się na wielu poziomach. Ale to już temat na odrębne rozważania…

Projektując ten napęd, stawiano na parametry, osiągi, nie na ekonomię, głównie – zużycie paliwa, ale też okresy międzyremontowe, resursy. Miało się to zemścić później, kiedy przyszło do praktycznego „stawiania” tego napędu na pasujących do oczekiwanych osiągów samolotach. Porażką miała okazać się oparta na tym silniku koncepcja szybkiego, zgrabnego i poręcznego odrzutowca małej komunikacji Jak-40. Samolot z trzema silnikami AI-25 miał katastrofalnie mały zasięg nieprzekraczający 600-800 km, co jest wynikiem tragicznym jak na rozległe przestrzenie Rosji, które miał skomunikować. Wszystkie analogiczne konstrukcje zachodnie biły go w tej kategorii na łeb. Nie sprawdziła się koncepcja odrzutowego samolotu rolniczego, narzucona polskiemu przemysłowi lotniczemu jako PZL M-15 „Belphegor”.

Samolot okazał się, jak na ówczesne realia ZSRR, nie tylko zbyt zaawansowany technicznie, ale też – co wyszło jak szydło z worka na początku pierwszego kryzysu naftowego – zbyt paliwożerny. AI-25 miał też służyć jako napęd radzieckiego odpowiednika TS-11 „Iskra”, czyli nieudanego radzieckiego Jaka-30. Przegrał on rywalizację z czechosłowackim L-29 „Delphin”, który stał się standardowym, poza PRL, samolotem szkolno-treningowym w Układzie Warszawskim. ZSRR zakupiło ok. 2 tys. tych maszyn, zbudowanych jeszcze w oparciu o czechosłowacki silnik Motorlet M-701. Ale kiedy na przełomie lat 60. i 70. przyszedł czas generacyjnej wymiany sprzętu, i L-29 miały być zastępowane przez nowocześniejsze L-39 „Albatros”, napęd już musiał stanowić AI-25. L-39 z tym napędem trafił na armii ponad 30 krajów świata. Silnik, chcemy czy nie, stał się „obywatelem świata”. Dopiero późniejsze mutacje tego samolotu, na szczycie których stoi L-159 ALCA, „uwolniły się” od tego silnika, przechodząc na silniki amerykańskie.

Czytaj też

Gdyby Ukraińcy mieli większe pole manewru, może wybraliby inne rozwiązanie, ale… Ale mają, co mają. Jeśli faktycznie czynnikiem determinującym to, aby można było uzyskać w pełni suwerenny, narodowy, i nieuzależniony od zagranicznych technologii system uzbrojenia, to rozwiązanie nasunęło się samo. Dlatego „Flamingo” jawi się jako – i to jest określenie prawdopodobnie nieco przerysowane i krzywdzące – „latająca stacja paliwowa”. W tym określeniu kryje się coś, co ma duże znaczenie operacyjne. Ukraina – w odróżnieniu nie tylko od USA, ale też od Rosji, dysponującej sporą wciąż flotą bombowców strategicznych i nosicieli rakiet – nie ma w swojej dyspozycji latających platform, zdolnych do przeniesienia i odpalenia pocisku o takiej masie o rozmiarach, czyli ważących ok. 6 ton i o długości do ok. 8-9 metrów. Z tym nie poleci Su-24, a większych maszyn uderzeniowych Ukraina nie posiada. Siłą rzeczy „Flamingo” może operować wyłącznie w oparciu o platformy (wyrzutnie oraz systemy przygotowujące do startu) naziemne, lub – o czym jeszcze dziś nic nie wiemy – pływające. To rodzi określone ograniczenia operacyjne. Ale to jest kwestia drugorzędna na obecnym etapie rozwoju tego systemu.

Jeśli jednak faktycznie udało się uzyskać – i to przez kraj będący od ponad trzech lat w stanie wyniszczającej wojny, i w dodatku będący pod silną presją polityczną sojuszników i „sojuszników” stawiających co i raz ograniczenia w zakresie użycia darowanej bądź sprzedawanej broni – system uzbrojenia o parametrach i możliwościach, jakie zostały ujawnione, to nie pozostaje nic innego, jak dwie rzeczy. Pierwsza – czapki z głów. I druga – poczekać na efekty.

Reklama
WIDEO: Święto Wojska Polskiego 2025. Defilada w Warszawie
Reklama

Komentarze (5)

  1. Tryglaw

    Ciekawe dlaczego u nas się nie robi prób z takimi rozwiązaniami. Można przecież zapakować silnik WSK SO-3 z iskry do jakiegoś kadłuba., dodać prosty system sterowania.. W sam raz zakres kilku prac magisterskich w instytucie lotnictwa. Z wdrożeniem byłoby pewnie gorzej. Zakłady zbrojeniowe pewnie niechętnie się podejmą. Kierownictwo czeka na wytyczne z góry co mają robić. Najlepiej znają się zresztą na konsumpcji żurku.

  2. M.M

    Flaming, o ile nie jest propagandową wydmuszką, jest nie tyle cudem techniki, co cudem techniki radzieckiej. Różnica jak między demokracją, a demokracją ludową. Toporne ustrojstwo, które jednak lata i zabija, ale przede wszystkim jest.

  3. eee

    A czy przy silnej pomocy z zachodu, Czech czy Słowacji nie jest możliwe pozyskanie technologi czy licencji, czy gotowych produktów. Jeśli to wszystko prawda to jeszcze można popróbować pozyskać technologie.

  4. Tadeusz Żeleźny - analityk systemowy

    Polska jako państwo kolonialne kupuje gotowce z cudzej półki kosztem swego rozwoju i swego przemysłu. W dodatku gotowce, które nas uzależniają strategicznie od USA - ba, nawet od Korei. Szczególnie IBCS - który w razie dogadania się USA z Rosją przeciw Chinom - a to jest niezmienny NADRZĘDNY cel USA od pamiętnej zdrady 17 IX 2009 - ten IBCS natychmiast wyłączy obronę nieba Polski, Patrioty, F-16/F-35 - ale i "Polskie Kły". Pomijając obronę skostniałych struktur zimnowojennych i etatów i kariery, nasz MON-AU-SG zapiera się betonowo przed skokiem generacyjnym "sieciocentryczność-AI-dronizacja-efektory precyzyjne" - bo to by dało Polsce REALNĄ SUWERENNOŚĆ STRATEGICZNĄ - a tego Waszyngton nie chce.

  5. szczebelek

    Chcecie mi powiedzieć, że wyciszono kwestię rakiety, która przeleciała nad trzema państwami NATO natomiast w Polsce rozdmuchano temat do granic logiki? Teraz się gani pewne stacje za ciągnięcie tematu drona, a o rakiecie pod Bydgoszczą słyszymy za każdym razem gdy jakiś kolejny obiekt wleci w naszą przestrzeń.

Reklama