- ANALIZA
- WIADOMOŚCI
Generalski beton utrudnił obronę Moskwy. Błędy widać na nagraniach
Największym problemem Rosjan w obronie antydronowej jest ich lekceważące podejście do „ostatniej linii obrony”, jaką tworzą mobilne grupy ogniowe oraz drony przechwytujące. Jest to o tyle niezrozumiałe, że Rosjanie posiadają wystarczającą ilość uzbrojenia lufowego oraz własne bezzałogowe interceptory, by taką linię „ostatniej szansy” zorganizować.
Przedstawiamy drugą część artykułu Maksymiliana Dury o przyczynach niepowodzenia rosyjskiej obrony Moskwy przed ukraińskimi dronami. Skupiamy się tutaj na organizacji obrony powietrznej i rosyjskich zaniedbaniach „ostatniej linii”.
(Z pierwszą częścią artykułu dotyczącego systemów Pancyr, można zapoznać się tutaj)
Zdjęcia z nalotów na Moskwę udowodniły, że rosyjskie siły zbrojne kompletnie zignorowały przykład, jaki daje im Ukraina i nadal wierzą w skuteczność swojej rakietowej obrony przeciwlotniczej. Wielu specjalistów uważa, że odgłosy strzałów słyszane na nagraniach pochodzą ze zwykłej broni strzeleckiej, a nie specjalistycznych zestawów OPL, wspomaganych przez optoelektroniczne układy naprowadzania.
Tymczasem ukraińscy specjaliści zwracają uwagę, że takie rozwiązania w Rosji istnieją, co można było dostrzec w Moskwie podczas przygotowań do tzw. „Parady Zwycięstwa”. Na mostach w pobliżu Placu Czerwonego mieli być wtedy widoczni funkcjonariusze rosyjskiej Federalnej Służby Bezpieczeństwa w chińskich pickupach, które na skrzyniach ładunkowych miały zamontowane karabiny maszynowe, a nawet armaty kalibru 23 mm.
Autor. mil.ru
Problemem okazuje się również wprowadzenie odpowiedniej liczby dronów przechwytujących. Są one wykorzystywane na froncie głównie do zwalczania dronów krótkiego i średniego zasięgu. Jest to najczęściej interceptor Jołka, który ma jednak tę wadę, że nie posiada głowicy bojowej. Uderzenie kinetyczne takiego drona może więc być zbyt słabe do niszczenia dużych, bezzałogowych statków powietrznych ważących nawet kilkaset kilogramów.
Rosjanie nie poradzili sobie nawet ze zorganizowaniem obrony z wykorzystaniem przenośnych, przeciwlotniczych MANPADS. Na jednym z filmów z Moskwy widać bowiem nie tylko to, jak operatorzy nieumiejętnie się obchodzą z tego rodzaju zestawami (strzelają nimi pod dziwnym kątem), ale również to, że nie znajdują się na odpowiednio do tego przygotowanym stanowisku. Rakieta została więc odpalona na ulicy pomiędzy samochodami cywilnymi, a nie na wyniesionym miejscu, gdzie jest dobra widoczność.
Jest to ogromne zagrożenie dla osób postronnych, tym bardziej że rosyjskie rakiety Igła na pierwszych kilku metrach po wystrzeleniu lekko opadają. Przy złym kącie ustawienia wyrzutni mogły więc trafić w znajdujące się obok duże samochody ciężarowe. A przecież taką obronę Igłami można było wcześniej zorganizować, nie mając później potrzeby improwizowania na drodze.
Jednak tego, dlaczego Rosjanie nie stworzyli stałej i przemyślanej sieci operatorów zestawów MANPADS do obrony Moskwy, prawdopodobnie nigdy się nie dowiemy.
Autor. mil.ru
Nieszczelny system obrony powietrznej bez wczesnego wykrywania
Niepowodzeniem zakończyła się także próba stworzenia systemu wczesnego ostrzegania przed atakiem dronów i rakiet ukraińskich. Najprostszym rozwiązaniem byłoby stworzenie takiej bariery wzdłuż linii frontu. Okazało się to jednak niemożliwe, i to z dwóch powodów. Po pierwsze front okazuje się tak długi, że Rosjanom zaczyna coraz częściej brakować radarów ostrzegawczych, wcześniej powiadamiających o nadlatujących dronach. Po drugie Ukraińcy otrzymali z Zachodu pociski antyradarowe oraz mają doskonale wyszkolone pododdziały dronowe, niszczące takie stacje radiolokacyjne.
Zobacz też

Jeżeli więc jakiś rosyjski radar zapracuje i zostanie wykryty przez systemy rozpoznania, to jest on natychmiast atakowany wszelkimi dostępnymi środkami przez Ukraińców. Jest to szczególnie odczuwalne na Krymie, ponieważ tam rozpoznanie elektroniczne z powietrza (a więc bez ograniczeń związanych z horyzontem radiolokacyjnym) prowadzą statki powietrzne NATO. Ukraińcy wiedzą więc o pozycjach radarów znajdujących się o wiele dalej niż przy linii styku wojsk na lądzie. I to dlatego Półwysep Krymski jest często nazywany „trójkątem Bermudzkim dla rosyjskich systemów obrony powietrznej”.
Autor. mil.ru
Brak szczelnego systemu wczesnego ostrzegania w odniesieniu do celów niskolecących może oznaczać, że zestawy Pancyr w Moskwie nie otrzymują często wskazań celu i same muszą je najpierw wykryć radarem wczesnego wykrywania. A to zmniejsza czas na skuteczną reakcję, czego efektem jest zbyt późne wystrzelenie rakiet.
Wojna na wyniszczenie dotyka obu stron konfliktu
Jest prawie pewne, że Rosjanie, wysyłając nad Ukrainę setki dronów, liczyli na wyczerpanie ukraińskiego zapasu przeciwlotniczej amunicji rakietowej. O ile jednak Ukraińcy szybko się do tego dostosowali, wprowadzając powszechnie drony przechwytujące i uzbrojenie lufowe do zwalczania Szahedów, to Rosjanie pozostali wierni uzbrojeniu rakietowemu.
Autor. mil.ru
Teraz okazuje się, że nie tylko zaczyna im brakować tych rakiet, ale także koszty tak prowadzonej wojny zaczynają ich przerastać. Wystarczy tylko przypomnieć, że jedna rakieta 57E6 dla systemu Pancyr-S1 kosztuje około 200 tysięcy dolarów. Jest więc prawdopodobnie kilkakrotnie droższa od atakowanych nią ukraińskich dronów dalekiego zasięgu. Tańsze są przenośne, przeciwlotnicze zestawy rakietowe Igła, które podobno mają kosztować około 60 tysięcy dolarów. Teoretycznie trudno jest więc zrozumieć, dlaczego to właśnie tych rakiet nie wykorzystuje się w pierwszej kolejności.
Odpowiedzią może być ich słaba skuteczność w odniesieniu do małych i słabo widocznych termicznie celów, jak drony. Potwierdziło to zresztą strzelania w Ustce, gdzie MANPADS-y typu Igła, stosowane np. przez żołnierzy słowackich, nie zawsze trafiały w cel ICP-89 o wiele bardziej „gorący” niż dron. Oczywiście Rosjanie wprowadzili niedawno skuteczniejsze od Igieł MANPADS-y typu Wierba. Problem polega na tym, że cena jednego kompletu Wierby może przekraczać nawet 250 tysięcy dolarów. A to nawet dla Rosjan okazało się barierą nie do przebicia.
Rozwiązaniem w tym względzie miały być tanie pociski rakietowe TKB-1055 dla Pancyrów, które mają kosztować „tylko” około 20 tysięcy dolarów za sztukę. Jest to jednak bardzo prosty pocisk, który nie ma własnego systemu naprowadzającego, a jego głowica bojowa jest detonowana w powietrzu po wysłaniu komendy radiowej. Jest to więc jak na razie środek mało skuteczny, o czym świadczy fakt, że do zwalczania ukraińskich dronów nad Moskwą nadal stosuje się głównie dziesięciokrotnie droższe pociski 57E6.
Autor. M.Dura
Można oczywiście było rakietę TKB-1055 wcześniej dopracować, jednak zabrakło na to woli, a teraz nie ma już na to czasu. I to jest właśnie kolejny dowód na to, że w pewnych armiach betonowe podejście generalicji jest nadal ważniejsze od bezpieczeństwa ogółu obywateli.


