- WIADOMOŚCI
- POLECANE
- ANALIZA
Ofensywa Hutich w Jemenie i jej konsekwencje
Autor. WorldWind software, Domena publiczna, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=1016911
Przejęcie przez jemeńskich Hutich kontroli nad całym wschodnim wybrzeżem Morza Czerwonego, a także strategicznymi wyspami Zuqar oraz Mayyun (Piram), a w rezultacie nad Bab al-Mandab, będzie miało konsekwencje zarówno regionalne, jak i globalne. Pokazuje to również potencjał zapomnianych konfliktów oraz ograniczenia supremacji technologicznej w wojnie asymetrycznej. To również bardzo dobra wiadomość dla Iranu w kontekście jego konfliktu z USA i Izraelem.
Wojna, która zaprzeczyła teorii
Wojna w Jemenie to konflikt, o którym wielu chciałoby zapomnieć, gdyż jego rzeczywisty przebieg jest zaprzeczeniem tego, co w teorii powinno się zdarzyć. Przynajmniej w teoretycznych założeniach tych, którzy wierząc w bezwzględną supremację przewagi technologicznej, nie doceniają innych elementów wykorzystywanych w wojnie asymetrycznej przez stronę teoretycznie słabszą. I nie chodzi tu wyłącznie o tańsze środki zmuszające przeciwnika do ponoszenia nieproporcjonalnych kosztów odpierania ataku, czy też małe jednostki zdolne do dokonywania szybkich manewrów i przez to trudne do zniszczenia, ale również o to, o czym się często zapomina: morale i motywację.
To od samego początku było główną przewagą Hutich nad siłami koalicji pod przywództwem Arabii Saudyjskiej. Aby zrozumieć, dlaczego doszło w ostatnich dniach do zwycięskiego blitzkriegu Hutich oraz jakie to może mieć konsekwencje, warto najpierw przypomnieć historię tego konfliktu. Wbrew niektórym wyobrażeniom Huti to nie są bowiem jakieś bojówki prowadzące wyłącznie działania nieregularne, a ich rola nie sprowadza się tylko do atakowania szlaku handlowego i saudyjskich instalacji naftowych. Huti mają ambicje funkcjonowania jako uznany podmiot państwowy, a ostatnia ofensywa wpisuje się doskonale w logikę tej trwającej już 12 lat wojny.
Od Sany do „Decydującej Burzy"
Wojna w Jemenie rozpoczęła się we wrześniu 2014 r., gdy zajdyccy (odmiana szyizmu) Huti przejęli kontrolę nad jemeńską stolicą Saną, zmuszając ówczesnego sunnickiego prezydenta Abdrabbuha Mansoura Hadiego do ucieczki do dawnej stolicy Jemenu Południowego – Adenu, a następnie do Arabii Saudyjskiej. Tło tego konfliktu stanowił sektariański podział Jemenu na szyickich zajdytów i sunnitów. Ci pierwsi stanowią ok. 40 % mniejszość w odniesieniu do całej populacji, ale większość w odniesieniu do populacji dawnego Jemenu Północnego. Do 1990 r. istniały bowiem dwa państwa, a po zjednoczeniu Jemen Południowy został zdominowany przez posiadający znacznie większą populację Jemen Północny.
Kraj znalazł się pod autorytarnymi rządami zajdyckiego prezydenta Alego Abd Allaha Saleha, który jednak był wspierany przez sunnicko-wahabicką Arabię Saudyjską. To ostatecznie doprowadziło do jego upadku po tym, jak przez kraje arabskie przetoczyła się fala Arabskiej Wiosny. Wcześniej jednak pojawiła się zajdycka opozycja przeciwko Salehowi, wpływom saudyjskim i szerzącemu się w Jemenie wahabizmowi. Tak powstał Ruch Ansarullah, zwany popularnie Hutimi, który szybko znalazł sojusznika w postaci szyickiego Iranu.
Zobacz też 
Arabia Saudyjska, pod przywództwem wschodzącej wówczas gwiazdy, tj. Mohammada bin Salmana, postanowiła wykorzystać sytuację do rozprawienia się z Hutimi, a w rezultacie osłabienia wpływów Iranu na Półwyspie Arabskim i podporządkowania sobie Jemenu. Zwycięstwo miało też wzmocnić pozycję młodego księcia. Hadi poprosił zatem o „bratnią pomoc”, a Arabia Saudyjska stanęła na czele potężnej koalicji państw arabskich przeciwko rebeliantom z gór, latającym w klapkach z przewieszonymi przez ramię kałasznikowami. Saudyjska interwencja rozpoczęła się w marcu 2015 r. pod nazwą „Decydująca Burza”, co odzwierciedlało oczekiwanie, że będzie to łatwe i totalne zwycięstwo osiągnięte dzięki absolutnej supremacji technologicznej. Wyszło jednak zupełnie inaczej, a pozbawione motywacji siły saudyjskie ponosiły kompromitujące straty. Huti kilkakrotnie przekraczali też granicę saudyjską, atakując przygraniczne regiony saudyjskie: Nadżran i Dżazan.
Opanowanie Sany i większości terenów Jemenu Północnego, wraz z kontrolą ok. 1/3 terytorium kraju, zamieszkanego przez ok. 70-80 % populacji (główne ośrodki pozostające poza kontrolą Hutich to południowojemeńskie portowe miasto Aden oraz miasto Ta’izz w centralnym Jemenie), pozwoliło Hutim na przejęcie infrastruktury państwa oraz jego struktur. Huti powołali własny rząd i zreorganizowali swoją milicję, tworząc quasi-regularne siły zbrojne. Wprawdzie zrujnowany i objęty totalną katastrofą humanitarną Jemen nie dysponuje bogactwami, ale dzięki irańskiemu wsparciu Huti rozwinęli swoje zdolności balistyczne i dronowe (zarówno pod względem operacyjnym, jak i produkcyjnym). Lekceważenie ich zdolności militarnych to zatem olbrzymi błąd prowadzący do mylnych prognoz, co zresztą widać po wydarzeniach ostatnich dni.
Rozejm, Gaza i iluzja „zwycięstwa"
W 2021 r., w reakcji na rosnące ofiary cywilne saudyjskich nalotów, USA wycofały wsparcie dla saudyjskich działań przeciwko Hutim. Tymczasem Huti zaczęli atakować tankowce na Morzu Czerwonym, a w listopadzie 2020 r. poważnie uszkodzili rafinerię Saudi Aramco w Dżeddzie (atak został powtórzony w marcu 2022, a w styczniu 2022 Huti zaatakowali lotnisko w Abu Dhabi). Tymczasem koalicja zaczęła się sypać i zaczął narastać konflikt między rządem wspieranym przez Arabię Saudyjską i południowojemeńskimi separatystami wspieranymi przez Zjednoczone Emiraty Arabskie. To doprowadziło do rozejmu, który został ogłoszony w kwietniu 2022 r. Zainteresowanie świata nierozwiązanym konfliktem jemeńskim zmalało więc niemal do zera. Negocjacje między stronami owocowały jedynie wymianą więźniów, a próby uregulowania relacji między Arabią Saudyjską a Hutimi zostały zablokowane po wybuchu wojny w Strefie Gazy, a następnie wojny USA i Izraela z Iranem.
Zaangażowanie się Hutich w konflikt w Strefie Gazy (od października 2023 r.), poprzez ostrzeliwanie Izraela oraz ataki na tankowce na Morzu Czerwonym, spowodowało, że zawarcie z nimi porozumienia w takim momencie byłoby co najmniej niezręczne. W grudniu 2023 USA, we współpracy z Wielką Brytanią i kilkoma innymi państwami, rozpoczęły operację „Prosperity Guardian”, której skuteczność była jednak ograniczona. Ponownie okazało się, że
samymi działaniami z powietrza, bez dużej ofensywy lądowej, nie da się nie tylko pokonać Hutich, ale nawet pozbawić ich zdolności operacyjnych. Całkiem liczne opinie i analizy, które prezentowały zdanie odmienne i zapowiadały rychły upadek Hutich, zostały negatywnie zweryfikowane empirycznie, a huraoptymistyczne podejście znów doprowadziło ostatecznie do katastrofy. Jednocześnie państwa arabskie z Arabią Saudyjską na czele odrzuciły sugestie USA, iż powinny włączyć się do operacji przeciwko Hutim. Nie dziwi to, zważywszy na poprzednie negatywne doświadczenia oraz wycofanie amerykańskiego poparcia kilka lat wcześniej.
W maju 2025 r. Donaldowi Trumpowi nie pozostało nic innego jak tylko ogłosić „zwycięstwo” i zakończyć operację. Było to efektem porozumienia z Hutimi, którzy w zamian za to zgodzili się ograniczyć swoje ataki do celów związanych z Izraelem, a w szczególności nie atakować celów amerykańskich. Jednocześnie w lutym 2024 r. Unia Europejska rozpoczęła własną operację EUNAVFOR Aspides, która jednak ograniczała się do eskortowania statków, a więc miała charakter wyłącznie defensywny. Warto dodać, że Huti nie naruszyli zasad rozejmu zawartego z Trumpem, gdy w czerwcu 2025 r. wybuchła wojna dwunastodniowa z Iranem. Również po wybuchu kolejnej wojny z Iranem w końcu lutego 2026 r. Huti początkowo ograniczali się do uderzeń w cele izraelskie, deklarując jednak gotowość do wsparcia Iranu, jeśli byłoby to konieczne. Podobnie jak wcześniej w przypadku Iranu było to przez wielu zbyt optymistycznie nastawionych komentatorów błędnie interpretowane jako oznaka słabości Hutich lub obawa przed zniszczeniem.
Zerwanie rozejmu i nowa mapa wybrzeża
Zdolności Hutich znów zostały niedocenione, a to doprowadziło do odnowienia wojny domowej (mimo ataków Hutich na cele na Morzu Czerwonym oraz w Izraelu rozejm był z grubsza utrzymywany, choć nie przywiązywano do tego zbyt dużej wagi, gdyż o wojnie domowej po prostu zapomniano). Przełom nastąpił w lipcu, gdy siły saudyjskie zbombardowały lotnisko w Sanie, aby uniemożliwić lądowanie na nim powiązanych z Sepah (Korpus Strażników Rewolucji Islamskiej) irańskich linii lotniczych Mahan Air (którymi delegacja Hutich podróżowała na pogrzeb Alego Chameneiego). To doprowadziło de facto do zerwania rozejmu. Huti w odwecie zaatakowali lotnisko Abha w Arabii Saudyjskiej i zapowiedzieli blokadę Arabii Saudyjskiej na Morzu Czerwonym, i zaczęli atakować tankowce i instalacje naftowe w Arabii Saudyjskiej.
Tymczasem kilka miesięcy wcześniej doszło jeszcze do dwóch istotnych zdarzeń. W grudniu siły saudyjskie zmusiły ZEA do wycofania się z Jemenu, w tym ze strategicznie położonej w Zatoce Adeńskiej wyspy Sokotra, a wspierane przez ZEA siły południowojemeńskich separatystów z Southern Transitional Council zostały zneutralizowane, ich lider Aidarus al-Zoubaidi uciekł przez Somaliland do Abu Dhabi, a reprezentujący STC wiceprezydent Faraj al-Bahsani został usunięty z urzędu. W tym samym czasie Izrael dokonał uznania państwowości Somalilandu, a następnie nawiązał z tym państwem stosunki dyplomatyczne.
Głównym powodem był plan Izraela stworzenia bazy militarnej w kontrolowanym przez ZEA somalilandzkim porcie Berbera, co dawałoby Izraelowi możliwość atakowania Hutich od południa oraz odwetowych ataków na powiązane z Iranem transporty morskie w Zatoce Adeńskiej. Berbera znajduje się w odległości 260 km od Adenu oraz 300 km od wyspy Mayyan w Bab al-Mandab. Tyle, że opanowanie Bab al-Mandab przez Hutich powoduje zwiększenie ich zdolności uniemożliwienia jakiejkolwiek obecności izraelskiej w Somalilandzie i stawia pod znakiem zapytania dalsze funkcjonowanie ZEA w Berberze.
Odnowienie konfliktu jemeńskiego w lipcu br. skłoniło Arabię Saudyjską do próby zbudowania nowych sił do walki z Hutimi. Po niepowodzeniach własnych armii zarówno Saudowie jak i Emiratczycy postawili na najemników południoamerykańskich oraz mięso armatnie dostarczane z Somalii i Sudanu przez tamtejszych watażków (ZEA ma dobre relacje z „generałem” Hemedti Degalo dowodzącym bandami Rapid Support Forces w Sudanie, który odwdzięczał się ZEA podsyłaniem zasobów ludzkich na wojnę z Hutimi). Teraz nowe siły miały powstać w oparciu o koalicję skonfliktowanych z Hutimi plemion. Tyleże jak przyszło do walki, to siły te rozpierzchły się, a oddziały saudyjskie składały broń bez walki. Według niepotwierdzonych informacji poddały się 3 pełne brygady saudyjskie z pełnym uzbrojeniem – choć można to uznać za przesadzone, to faktem jest, że w ręce Hutich wpadła duża ilość amerykańskiego sprzętu wojskowego.
Ofensywa Hutich zaczęła się 3 września, a przełomowy blitzkrieg nastąpił 10 września. Oddziały Hutich zajęły wówczas strategiczną wyspę Zuqar, blokującą wyjście z Bab al-Mandab na Morze Czerwone, a następnie posuwając się błyskawicznie wzdłuż nadmorskiej autostrady przejęły port Mokka, a następnie miasto Dhuba, po czym zamknęły kontrolę nad całym jemeńskim wybrzeżem Morza Czerwonego zdobywając miasteczko Murad, a pełną kontrolę nad Bab al-Mandab dało im zdobycie wyspy Mayyun (Piram). Najbardziej uderzające jest przy tym bezproblemowe dokonanie desantów na wyspy Zuqar i Mayyun, co zostało dokonane z użyciem małych, szybkich łodzi, podobnych do tych, którymi dysponuje Sepah w Cieśninie Ormuz. Zaawansowana technologia wojskowa, jaką dysponuje Arabia Saudyjska, przegrała z działaniami asymetrycznymi, co powinno być nie tylko przedmiotem dogłębnych analiz, ale też ostrzeżeniem przed hurraoptymistycznym podejściem do ewentualnej konfrontacji z siłami irańskimi w Cieśninie Ormuz.
Wszystko wskazuje na to, że Huti nie zamierzają się zatrzymać i ruszą na Aden oraz Ta’izz. To drugie miasto jest już prawie odcięte od linii zaopatrzenia z południa. Trwają również spekulacje co do możliwej próby zajęcia przez Hutich saudyjskich regionów Nadżran i Dżazan, które zostały podbite przez Arabię Saudyjską w wyniku wygranej przez nią wojny z Jemenem w 1934 r. Nie wydaje się jednak by Huti się na to zdecydowali (przynajmniej na obecnym etapie), gdyż przeniesienie walk na terytorium Arabii Saudyjskiej mogłoby jednak wywołać reakcję Turcji i Pakistanu w oparciu o Pakt z Mekki, a strategicznie zdobycie północnego wybrzeża Zatoki Adeńskiej ma znacznie większe znaczenie.
Pakt z Mekki, uznawany za zalążek islamskiego NATO, został podpisany 7 sierpnia przez Turcję, Pakistan oraz Arabię Saudyjską w Mekce i zawiera klauzulę wzajemnej obrony. Od samego początku jasne było przy tym, że jego powstanie znacznie bardziej uderza w interesy i plany Izraela niż Iranu. Oczywiście, z perspektywy Rijadu, miał on chronić królestwo przed uderzeniami irańskimi, ale Iran ostatnio takich nie przeprowadzał (robili to za to jego proxy z Jemenu i Iraku). Tymczasem Turcja i Pakistan są dalekie od chęci włączenia się do jakiejkolwiek konfrontacji z Iranem, również w wymiarze proxy. Jedyne na co Arabia Saudyjska może liczyć to dyplomatyczna presja Ankary i Islamabadu na Teheran, by wpłynął na powstrzymanie się Hutich przed atakami na Arabię Saudyjską. Natomiast na tym etapie jest jasne, że żaden z tych krajów nie udzieli żadnej pomocy Arabii Saudyjskiej, jeśli nie będzie zagrożona integralność terytorialna tego państwa.
Tymczasem siły jemeńskie walczące z Hutimi są w rozsypce. Wybrzeża Morza Czerwonego miały bronić oddziały Tarika Saleha, syna obalonego w trakcie Arabskiej Wiosny (a później rozstrzelanego przez Hutich), Alego Saleha, które praktycznie przestały istnieć, a w Adenie resztki STC wykorzystały sytuację, by wziąć odwet za grudniowe spacyfikowanie ich przez Arabię Saudyjską. W takiej sytuacji Arabia Saudyjska nie może liczyć na żadną realną siłę lokalną, a perspektywa szybkiego odbicia zdobytych przez Hutich terenów to totalna fantasmagoria. Arabii Saudyjskiej pozostało więc zwrócenie się o pomoc do USA ale póki co Trump odrzucił możliwość zaangażowania sił amerykańskich. Nie może to dziwić, gdyż po konfrontacji z Iranem możliwości USA bardzo się skurczyły, a Trump, nie mogąc się wyplątać z jednej niepotrzebnej awantury, nie jest zbyt skory do zaangażowania się w inną, gdzie osiągnięcie sukcesu jest wielce wątpliwe. Oczywiście można się jeszcze spodziewać nacisków na Europejczyków, by to oni załatwili sprawę ale byłoby to szaleństwo (niemniej oznaczałoby kolejne tarcia w NATO).
Bab al-Mandab, ropa i dylemat Waszyngtonu
Gdyby Amerykanie zdecydowali się uderzyć na Hutich lub zaangażować się w zabezpieczanie żeglugi w cieśninie Bab al-Mandab (co logistycznie jest trudniejsze niż w przypadku cieśniny Hormuz) to musieliby rozproszyć swoje siły, a to ograniczyłoby zdolności amerykańskie w Cieśninie Hormuz. Jest to więc sytuacja bez dobrego rozwiązania, bo nierobienie niczego oznacza, że Huti będą mogli zablokować szlak morski odpowiedzialny za 20 % globalnego ruchu kontenerowego i 40 % handlu między Europą i Azją. Korzystanie z okrężnej drogi wokół Afryki podniesie koszty o co najmniej 300 %, a ponadto będzie ciosem dla Egiptu (spadek dochodów z Kanału Sueskiego). Można się przy tym spodziewać, że Huti, wzorem Iranu, zaoferują „opłaty” za przekraczanie Bab al-Mandab. Akceptacja takiego rozwiązania wzmocni Irańskie żądania przyjęcia podobnego w odniesieniu do Ormuz. Warto przy tym podkreślić, że Trump zapewne zdaje sobie sprawę z tego, że naloty na Hutich
niewiele dadzą, a sił i środków na interwencję lądową brak. Huti wykazują się też jeszcze większą odpornością od Iranu, gdyż społeczeństwo jemeńskie od dekady żyje w warunkach katastrofy humanitarnej, a potencjał skutecznego wybuchu niezadowolenia społecznego przeciwko Hutim jest zerowy. Poza tym Huti, jako podmiot nieuznawany międzynarodowo, nie mają żadnych ograniczeń jeśli chodzi o wybór celów ataków. Dotyczy to w szczególności instalacji naftowych w Arabii Saudyjskiej, w tym rurociągu Wschód-Zachód, który umożliwia królestwu obchodzenie blokady Ormuz. Tymczasem został on już zaatakowany, przy czym nie ma pewności, czy zrobili to Huti, czy też sprzymierzone z nimi i Iranem irackie milicje tzw. muqawamy. Ropa już poszła w górę przebijając poziom 100 dol. za baryłkę (zarówno Brent jak i WTI), a po weekendzie może być jeszcze gorzej. W USA cena galonu Diesla osiągnęła historyczny poziom 6 dol., co coraz bardziej pogrąża Republikanów przed wyborami midterm.
W takiej sytuacji jedynym rozwiązaniem są negocjacje. W Jemenie uznanie Hutich jest jedynym sposobem na zakończenie wojny domowej i może otworzyć drogę do porozumienia w sprawie Bab al-Mandab. Dotyczy to zarówno normalizacji relacji między Arabią Saudyjską i innymi państwami GCC a Jemenem pod rządami Hutich, jak i relacji między Zachodem a Hutimi. Dotychczasowe działania nie przyniosły żadnych rezultatów, a klasyczna definicja szaleństwa to robienie tego samego z nadzieją na osiągnięcie odmiennych skutków. Dlatego rozpoczęcie operacji „Decydująca Burza 2.0” byłoby szaleństwem (i mogłoby również zachwiać pozycją Mohammada Bin Salmana w Arabii Saudyjskiej). Oczywiście, uznanie międzynarodowe dla władzy Hutich w Jemenie oznaczałby wzmocnienie regionalnych wpływów Iranu ale jest to nieuniknione. W tym wypadku również jedynym rozwiązaniem jest wznowienie negocjacji i osiągnięcie porozumienia USA – Iran.




