- WIADOMOŚCI
- ANALIZA
Jak odblokować Cieśninę Ormuz? Są dwa warianty [ANALIZA]
Cieśnina Ormuz została zamknięta i to Iran decyduje kto może nią przejść, a kto nie. Ceny ropy rosną, co wywiera presję na przywódców wielu państw. Tej sytuacji nie da się zmienić militarnie bez poniesienia ciężkich strat w ludziach i sprzęcie. Jak można tego dokonać?
Autor. Jarosław Ciślak/Defence24.pl
Cieśnina Ormuz łączy Zatokę Perską ze światowymi oceanami i stanowi obszar, który łatwo zamknąć dla światowej żeglugi, odcinając od świata 20 procent światowego handlu ropą naftową. Ropa saudyjska, iracka, kuwejcka, katarska i ze Zjednoczonych Emiratów Arabskich zawsze była w związku z tym zakładnikiem mocarstw dominujących na morzach, a także ze względów geograficznych Iranu. Państwa, którego terytorium stanowi północny brzeg cieśniny.
Geografia
Cieśnina Ormuz ma w najwęższym miejscu około 35 kilometrów, co oznacza, że z terytorium Iranu można razić przechodzącą nią żeglugę na najróżniejsze sposoby. Nie potrzeba do tego kosztownych pocisków balistycznych i manewrujących (które prędzej czy później skończą się Iranowi, a biorąc pod uwagę coraz rzadsze i słabsze ostrzały nimi z dnia na dzień już się to dzieje), zaawansowanego technicznie lotnictwa (Iran posiadał bardzo skromne, zostało ono albo zniszczone, albo pochowane w specjalnie wydrążonych tunelach) ani silnej marynarki wojennej (która była dużo słabsza niż przeciwnika i można zakładać, że została niemal całkowicie zniszczona).
Do rażenia tak wąskiego akwenu z odległości 20-100 kilometrów wystarczy wykorzystanie artylerii lufowej i rakietowej, uderzanie dronami samobójczymi różnych klas (od ciężkich klasy OWA, przez mniejsze – nie potrzeba Szahidów o zasięgu 2 tys. km, wystarczą systemy mniejsze i tańsze, a co a tym idzie liczniejszych) oraz samobójczych dronów morskich czy wojna minowa. Do tej ostatniej nie są potrzebne duże stawiacze min. Na tak ograniczonym akwenie, blisko od własnych wybrzeży, wystarczą jednostki niewielkie i to niekoniecznie załogowe.
Szczególnie, że szerokość minimum 35 km to też częściowo fikcja. Z powodu występowania płycizn i raf istnieją miejsca, w których tankowce mogą iść wyłącznie torami o szerokości 3 km. To już naprawdę wąskie gardła, takie, w które irańska artyleria może być już od dawna wstrzelana i które znacznie łatwiej zaminować niż cieśninę o szerokości kilkudziesięciu kilometrów.
Iran gotowy od lat
Wszystko to byłoby może trudne do przeprowadzenia, gdyby Iran nagle odczuł potrzebę zablokowania cieśniny. Ale państwo to od dziesięcioleci brało pod uwagę taką możliwość i przygotowywało się do realizacji takiego scenariusza. Na podobnej zasadzie, jak Korea Północna przygotowała się do masowego ostrzału artyleryjskiego przy wykorzystaniu systemu fortyfikacji podziemnych Korei Południowej, w tym jej stolicy – nieodległego od granicy Seulu. Pomimo przewagi techniczne te stanowiska północnokoreańskiej artylerii mogły by zadać niewspółmiernie wysokie straty.
Irańczycy, w tym w szczególności ich lojalny Korpus Strażników Rewolucji, też szczegółowo się przygotowali. Jak wylicza chińska gazeta „The Chosun Daily”, poza budową kuriozalnych „lotniskowców” czy estetycznych korwet-katamaranów z cechami stealth, formacja ta zmilitaryzowała wyspy w cieśninie Ormuz (m.in. Abu Musa, Keshm, i Larak) i górzyste południowe wybrzeże Iranu naprzeciwko niej.
Zobacz też

W rejonie tym znajdują się ukryte wyrzutnie pocisków rakietowych do uderzenia w żeglugę, systemy dozorowe różnych klas z sensorami, magazyny amunicji i bazy dla niewielkich (trudnych do wykrycia) łodzi uderzeniowych i minujących (załogi składają się z fanatycznie oddanych członków korpusu, którzy nie zawahają się zaryzykować czy nawet poświęcić życia) i bezzałogowców – morskich i latających. Wszystko to dotyczy środków niewielkich, a zatem łatwych do rozśrodkowania i ukrycia. Tymczasem tankowce to cele wielkie, powolne i łatwe do uszkodzenia bądź zniszczenia. Chiny szacują irańskie zapasy min na od 2 do 6 tysięcy. Środki te nie muszą być masowo stawiane przez wyspecjalizowane duże jednostki minowe, które Amerykanie zdążyli już zniszczyć. Po dwie-trzy miny można wyrzucać z niewielkich, nawet cywilnych statków, wykorzystywać do tego celu bezzałogowce, albo nawet prądy morskie, które pomagają wypchnąć minę na szersze wody.
Zero zaskoczenia
Innymi słowy, od początku było jasne, że Iran jest w stanie technicznie zablokować Cieśninę Ormuz. Co więcej, państwo nie robiło tajemnicy z tego, że w razie ataku po prostu to zrobi. Był to element jego systemu odstraszania.
O ile zmasowane uderzenie na małe państwa Zatoki można jeszcze uznać za pewną niespodziankę (choć Teheran też pośrednio to zapowiadał, informując, że w razie wojny uderzy maksymalną siłą na światową ekonomię), to zamknięcie Cieśniny Ormuz było gwarantowaną reakcją na atak. Ruchem do przewidzenia, jak w partii szachów. Amerykanie mimo to zdecydowali się na swój ruch i obecnie głowią się nad tym, jak Ormuz odblokować. Ich plan polegał najwyraźniej na rozwiązaniu politycznym. Po usunięciu irańskich polityków miała nastąpić polityczna zmiana w Iranie, państwo ugięłoby się i samo zaprzestało działań zbrojnych, otwierając m.in. cieśninę.
Amerykańsko-izraelskie rachuby polityczne przypominały jednak rachuby Imperium Japońskiego z drugiej wojny światowej. Tokio miało niezwykle ambitny plan, jak podbić Azję Południowo-Wschodnią. Wojsko i marynarka wojenna zrealizowały go nawet lepiej i przy niższych stratach niż zakładano. W kilka miesięcy zajęto twierdzę Singapur, Filipiny, Indonezję, Malaje i więcej. Japońska flota dokonała nawet rajdu na Ocean Indyjski, zatapiając tam brytyjski lotniskowiec i kilka krążowników. Tak osiągnięty cel miał spowodować, że Stany Zjednoczone uznają swoją porażkę i wycofają się z wojny. Problem polegał jednak na tym, że Amerykanie pomimo tego wszystkiego po prostu… się nie wycofali. Sprawna machina wojenna wykonała więc swoje zadanie, ale postawione w związku z tym cele polityczne i tak pozostały niezrealizowane. Dziś w podobnej sytuacji stoi Waszyngton.
Wyjście pierwsze: eskorta
Waszyngton musi w ten czy inny sposób doprowadzić do otwarcia cieśniny. O rozwiązaniach dyplomatycznych nie będziemy się tu rozwodzić. To oczywiste, że byłoby to najłatwiejsze rozwiązanie, ale Irańczycy postawili drugiej stronie trudne do zaakceptowania (przez Trumpa) warunki. Skupmy się więc na kwestii technicznej, czyli jak siłowo można otworzyć Ormuz dla żeglugi.
Pierwszym rozwiązaniem jest ochranianie statków przez cieśninę przez okręty. US Navy robiła to i skutecznie odblokowała dzięki temu Ormuz w czasie wojny iracko-irańskiej w latach 80. – przypomina „New York Times”. Jak jednak zaznaczają dziennikarze tej gazety, wówczas nie istniało wiele wyrafinowanych środków technicznych, które są dzisiaj. Środków, które utrudniają takie konwojowanie, a nie ułatwiają. Okręty, które chodziłyby po wodach cieśniny wąskimi korytarzami, koło wybrzeży i wysp irańskich, same byłyby narażone na atak. W takim położeniu tracą one wiele ze swoich atutów, takich jak przewaga zasięgu i celności uzbrojenia czy lepsze sensory. Na tak małych odległościach Irańczycy będą je wykrywali nawet przy pomocy prymitywniejszego sprzętu. A sami będą mniej widoczni dla Amerykanów, ponieważ będą korzystali z rzeźby terenu – a wyrzutnie i stanowiska artylerii na lądzie zawsze trudniej wykryć niż idący po morzu okręt.
To właśnie z tego powodu prezydent Trump żąda dzisiaj zaangażowania w operację przeprowadzania statków przez Ormuz okrętów państw trzecich. Liczy, że Irańczycy nie otworzą do nich ognia z przyczyn politycznych, a w razie czego chce, aby przynajmniej część strat przyjęły na siebie okręty europejskie i inne. Jest to też próba zaangażowania państw trzecich, w tym w szczególności NATO do wojny. Warto przy tym pamiętać, że Sojusz Północnoatlantycki jest sojuszem obronnym. W Afganistanie pomógł Stanom Zjednoczonym bo zostały zaatakowane w 2001 w Nowym Jorku (zamach na World Trade Center). Teraz jednak USA jest ewidentnym agresorem.
Wyjście drugie: desant
Drugi wybrzmiewający dzisiaj pomysł to wykorzystanie Korpusu Piechoty Morskiej do zajęcia irańskich wysp w cieśninie i być może także południowego wybrzeża. W rejon już teraz przemieszczają się grupy uderzeniowe Marines, idealne narzędzie do tego rodzaju działań. Zajęcie wysp przez Marines jest tutaj bardziej sensowne. Formacja ta jest wyspecjalizowana w zajmowaniu wysp, czy tworzeniu przyczółków na stałym lądzie, tak aby w regionie mogła operować flota. Desanty na wyspy, to jednak pewne straty w ludziach przy zdobywaniu pozycji. A potem przy ich utrzymywaniu w ogniu irańskiej artylerii.
Jak długo Marines będą musieli pozostawać pod tym ostrzałem? Tygodnie? Miesiące? Z kolei desant na wybrzeże Iranu to perspektywa walki z wojskami lądowymi tego państwa. Amerykanie byliby wspierani przez lotnictwo i flotę, ale grupa uderzeniowa US Marine Corps to 2,5 tys ludzi. Mówi się o ściągnięciu w rejon od jednej do trzech takich grup. Natomiast wszystkie formacje zbrojne Iranu to siły liczone w setkach tysięcy. Amerykańskie siły nie tylko byłyby nieliczne, ale prowadziłyby walkę pod ogniem irańskiej artylerii. Oczywiście piechotę morską można z czasem wesprzeć siłami wojsk lądowych, ale tutaj zaczynamy długofalowy konflikt o trudnym do przewidzenia zakończeniu. I zaangażowanie, które może kosztować USA inne strefy wpływów, np. Daleki Wschód.
I tu kłania się kolejna analogia z historii wojen. Pierwsza wojna światowa i forsowanie przez państwa Ententy cieśnin dardanelskich pod Gallipoli. Próba przejścia nimi przez pancerniki francuskie i brytyjskie, pomimo miażdżącej przewagi nad turecką armią polową, nie dość, że się nie powiodła, to jeszcze została okupiona ogromnymi stratami. Turcy wykorzystali miny, nieliczne torpedowce i niemieckie okręty podwodne. Po obydwu stronach cieśniny rozmieścili też artylerię polową. Sprzymierzeni stracili 7 pancerników plus mniejsze jednostki. Zaś kiedy wysadzili na brzegach cieśnin desanty, to pomimo wsparcia artylerii okrętowej poniosły one olbrzymie straty. Stosunek w zabitych wynosił około 1:1. Wszystko pomimo przewagi technicznej, liczebnej i ogniowej Ententy.
Zobacz też

Oczywiście można zakładać, że ewentualny desant czy operacje konwojowe będą przeprowadzane przy ogromnym wsparciu amerykańskich sił powietrznych. Z pewnością polowałyby one na irańskie stanowiska artylerii, składy amunicji i inne cele. To nie daje jednak żadnej gwarancji obniżenia strat czy nawet powodzenia operacji. Szczególnie, że Irańczycy prawdopodobnie właśnie czekają na to, żeby przeciwnik, który od tygodni ich bombarduje, wszedł im wreszcie pod lufę.
Sytuacja jest więc niezwykle trudna dla zwycięskich – wydawałoby się – Amerykanów. Czy i jaka próba zostanie podjęta w celu otwarcia Cieśniny Ormuz, i czy przyniesie powodzenie, dowiemy się zapewne w najbliższych tygodniach.





WIDEO: F-35 vs. JAK-130 | Fregata tonie | Kuwejt strąca F-15 - Defence24Week #151