- OPINIA
- WIADOMOŚCI
Nie tylko Rosja. Białoruś ponownie staje się źródłem zagrożenia dla regionu
Ostatnie zmasowane i zbrodnicze ataki powietrzne na Kijów i inne cele cywilne na Ukrainie, wydają się być nie tyle przejawem rosyjskiej wściekłości i desperacji w chęci złamania oporu Ukrainy, ale przede wszystkim elementem presji rosyjskiej wobec Zachodu. Presja ta, aby móc osiągnąć swoje cele, musi uwzględnić zaangażowanie Mińska i terytorium Białorusi w scenariusze działań po stronie Rosji przygotowywane na Kremlu.
Autor. Официальный веб-сайт Президента Российской Федерации/Wikimedia Commons/CC4.0
Rosja będzie próbowała kompensować swoje niepowodzenia na ukraińskim froncie działaniami wymierzonymi w Zachód, które miałyby skłonić go do zmiany polityki wobec Kijowa i wywarcia nacisków na Ukrainę, ułatwiających – w optyce Moskwy – realizację jej celów wojennych. Dlatego należy spodziewać się, że Białoruś - granicząca z Polską, Litwą i Łotwą - po raz kolejny stanie się platformą agresywnych działań wobec państw NATO i UE.
Wydaje się oczywiste, że przynajmniej od 2020 roku głównym gwarantem przetrwania białoruskiego reżimu stał się Władimir Putin. Zresztą cała historia rządzonej przez Alaksandra Łukaszenkę Białorusi to jedynie taktyczne lub pozornie konstruktywne zwroty w relacjach z Zachodem przy jednoczesnym konsekwentnym zacieśnianiu strategicznych więzi z Rosją. Więzi tym silniejszych, im większe było niezadowolenie Białorusinów z rządów Łukaszenki. W rezultacie, Białoruś stanowi dziś dla Rosji dogodny geograficznie i politycznie obszar, z którego można wywierać presję między innymi na Polskę, Litwę i Łotwę.
Drony z Białorusi
Podobna eskalacja – obejmująca wloty dronów, sabotaż w obszarze przygranicznym czy sztucznie generowaną presję migracyjną – prowadzona z terytorium Obwodu Królewieckiego byłaby dla Rosji nieco bardziej ryzykowna ze względu na jego lądową izolację oraz łatwiejszą atrybucję takich działań. Przeprowadzanie ich z terytorium Białorusi zwiększa propagandowe pole manewru Moskwy i umożliwia jej pozostanie w cieniu. Charakterystyczne, że po wlotach dronów znad Białorusi do Polski w ubiegłym roku dyskusja koncentrowała się na odpowiedzialności wyłącznie Rosji lub nawet Ukrainy, natomiast rola Mińska pozostawała niemal całkowicie pomijana.
Co więcej, ze względu na „przekazanie ostrzeżenia” stronie polskiej przez szefa sztabu armii białoruskiej, w zasadzie już w momencie naruszenia polskiej przestrzeni powietrznej przez nadlatujące znad jej terytorium drony bojowe, postawa Mińska została w Polsce uznana niemal za sojuszniczą. Przypomnijmy, że władze białoruskie, na czele z Łukaszenką, w maju 2021 roku również „ostrzegały” m.in. Polskę, że z terytorium Białorusi nastąpi zmasowana presja migracyjna na naszą granicę.
Podobny mechanizm wydaje się dotyczyć gróźb związanych z użyciem broni jądrowej z terytorium Białorusi. Z perspektywy Moskwy jest to wygodny, pośredni sposób wywierania presji zarówno na Ukrainę, jak i europejskie państwa NATO, zwłaszcza w kontekście nie tylko amerykańskiego, ale przede wszystkim chińskiego sprzeciwu wobec użycia przez Rosję tego rodzaju broni. Pozwala to Kremlowi częściowo rozwiązać dylemat: jak wykorzystać potencjał odstraszania nuklearnego, nie decydując się jednocześnie na jego faktyczne użycie, zachowując dzięki temu wiarygodność odstraszania i szantażu.
Przede wszystkim bowiem, Rosja w trakcie wojny przeciwko Ukrainie w znacznym stopniu utraciła kapitał odstraszania – zarówno w oczach Ukrainy, jak i Zachodu, a nawet własnych obywateli. Ukraińskie ataki na cele znajdujące się na terytorium Rosji, praktyczne wyeliminowanie rosyjskiej floty z dużej części Morza Czarnego, wielomiesięczna okupacja fragmentu rosyjskiego terytorium czy wreszcie uderzenia dronów na cele położone głęboko w Rosji, w tym elementy jej nuklearnej triady, znacząco osłabiły wizerunek Moskwy i jej zdolność odstraszania.
Dlatego Rosja musi odbudowywać swój potencjał odstraszania poprzez działania wymierzone nie tylko w Ukrainę – z Kijowem jako symbolem państwa ukraińskiego i jego oporu – ale również poprzez operacje hybrydowe, propagandowe i psychologiczne skierowane przeciwko państwom Zachodu, zwłaszcza wschodniej flance NATO i UE.
W tym kontekście ostatnie zmasowane ataki powietrzne na Kijów oraz inne cele cywilne na Ukrainie wydają się być nie tyle przejawem rosyjskiej desperacji i wściekłości, ile przede wszystkim elementem presji wywieranej na Zachód. Punktowe użycie kilku pocisków balistycznych Oresznik – będących obecnie jednym z największych wyzwań dla ukraińskiej obrony przeciwlotniczej – nie jest w stanie złamać Ukrainy ani ducha walki jej obywateli.
Rosyjskie groźby
Towarzyszące tym działaniom wezwania rosyjskiego MSZ do opuszczenia Kijowa przez zachodnich dyplomatów również należy postrzegać jako element tej samej strategii. Kreml sugeruje w ten sposób, że obiekty należące do innych państw na terytorium Ukrainy mogą stać się celem rosyjskich ataków. W połączeniu z wcześniejszą publikacją przez rosyjskie Ministerstwo Obrony listy lokalizacji na terenie Unii Europejskiej, gdzie produkowane jest uzbrojenie i drony wykorzystywane przez Ukrainę, działania te mają budować poczucie zagrożenia nie tylko dla Ukrainy, ale również dla państw wspierających ją militarnie.
Taką interpretację potwierdzają również wypowiedzi „liberalnego” Dmitrija Miedwiediewa, który w ostatnich latach stał się jednym z głównych kanałów agresywnej kremlowskiej presji psychologicznej wobec Zachodu. W ten sam scenariusz wpisują się pierwsze wspólne ćwiczenia jądrowe Rosji i Białorusi przeprowadzone w dniach 19–21 maja z udziałem Putina i Łukaszenki, poprzedzone deklaracjami tego ostatniego o przygotowywaniu się Białorusi do wojny. Oczywiście „obronnej”.
Wydarzenia te można do pewnego stopnia traktować jako spektakl. Jednak kolejnym etapem tego swoistego rosyjsko-białoruskiego „messagingu” wobec Zachodu mogą stać się prowokacje kinetyczne prowadzone z terytorium Białorusi. Stamtąd zagrożony jest nie tylko Kijów, ale również terytorium trzech państw NATO, w tym Polski.
Szczególny i zrozumiały niepokój budzą w tym kontekście ostatnie wydarzenia w położonym blisko granicy białoruskiej Wilnie. Nieprzypadkowo to właśnie litewskie władze należały do pierwszych, które zabrały głos po uderzeniu rosyjskiego drona w budynek mieszkalny w rumuńskim Gałaczu pod koniec maja. Państwa bałtyckie od dawna postrzegają zagrożenie płynące z terytorium Białorusi jako integralny element zagrożenia rosyjskiego. Ale nie tylko o Ukrainie tu mówimy. Rosyjskich operacji sabotażowych i kognitywnych należy spodziewać się również na Bałtyku, gdzie Rosja „graniczy” dziś z ośmioma państwami NATO. Oznacza to, że północno-wschodnia flanka Sojuszu – w szczególności Finlandia, Szwecja, Estonia, Łotwa, Litwa i Polska – niezależnie od tego, czy Rosja osiągnie sukces czy poniesie porażkę na Ukrainie, pozostanie obszarem nasilonej presji hybrydowej ze strony Moskwy i wspierającego ją reżimu w Mińsku.
Rosyjskie niepowodzenia na froncie trzeba będzie bowiem w jakiś sposób uzasadnić. Nic nie nadaje się do tego lepiej niż eskalacja napięcia z udziałem państw NATO, które w ocenie Kremla nadal są postrzegane jako nieprzygotowane i niechętne do szybkiej oraz zdecydowanej reakcji mogącej stworzyć realne zagrożenie dla rosyjskich interesów.
Zagrożenia wynikające z obecnej dynamiki wydarzeń dostrzegają również Ukraińcy. Nieprzypadkowo po raz pierwszy od 2020 roku zdecydowali się oni nawiązać oficjalne kontakty z białoruską opozycją, zapraszając do Kijowa Swiatłanę Cichanouską i tym samym wieńcząc jej wieloletnie zabiegi o polityczne uznanie.
Zbyt słabe ostrzeżenie
Jest to czytelny sygnał wysłany Łukaszence: jeśli terytorium Białorusi ponownie zostanie wykorzystane do ataku na Ukrainę, tym razem również sama Białoruś może ponieść konsekwencje tej decyzji. Takie stanowisko ma nie tylko utrudniać realizację rosyjskich planów, ale może również skłaniać Mińsk do poszukiwania mniej ryzykownych form wsparcia Moskwy, w tym operacji hybrydowych przeciwko sąsiadującym z Białorusią państwom NATO.
Tymczasem z Warszawy, Brukseli, a tym bardziej z Waszyngtonu – który ponownie otwiera kanały komunikacji z Mińskiem i wykonuje konkretne dyplomatyczno-ekonomiczne gesty – nie płyną wystarczająco jednoznaczne ostrzeżenia pod adresem Łukaszenki. Za właściwy, choć niewystarczający sygnał należy uznać rozmowę telefoniczną prezydenta Francji Emmanuela Macrona z białoruskim dyktatorem 24 maja, w której miał on ostrzegać go przed poważnymi konsekwencjami dołączenia Białorusi do wojny przeciwko Ukrainie. Tę słabość Putin i Łukaszenko z pewnością dostrzegają. A nic tak nie zachęca Rosji do agresywnych działań jak przekonanie o słabości przeciwnika.
Sytuacja zatem wydaje się tym bardziej niebezpieczna, że obecnie Rosja może osiągnąć większe sukcesy na polu wojny hybrydowej i kognitywnej przeciwko Zachodowi niż na polu regularnej wojny przeciwko Ukrainie.
Co do Rosji, ani Polska, ani większość państw Zachodu nie ma już większych złudzeń. Nie dajmy się jednak ponownie zwieść opowieściom o suwerenności białoruskiego reżimu i potrzebie tolerowania jego agresywnych działań w imię pozostawiania Łukaszence „większego pola manewru” wobec Moskwy. Była to przez lata jedna z najważniejszych tez białoruskiej operacji decepcyjnej prowadzonej wobec Zachodu.
Obecna Białoruś stanowi nie tylko potencjalną platformę kolejnego ataku lądowego na Kijów, ale również bazę dla agresywnych działań przeciwko Polsce i innym państwom regionu, w tym działań o charakterze kinetycznym. Białoruski dyktator przypieczętował krwią własnych obywateli, a następnie Ukraińców, swój sojusz z Putinem. Z tej drogi nie ma już odwrotu. Musimy to sobie wreszcie uświadomić i pilnie przygotowywać państwo na nadchodzące, bardzo poważne wyzwania.
płk rez. Lech Wojciechowski, wiceprezes zarządu Frontline Foundation



WIDEO: No to lecimy - zobacz gdzie!