Reklama
  • WIADOMOŚCI
  • ANALIZA

Arabskie monarchie na irańskim celowniku. Zapłacą największy koszt

Wojna Stanów Zjednoczonych i Izraela z Iranem stawia monarchie arabskie w Zatoce Perskiej w wyjątkowo trudnej sytuacji. Konsekwencje konfliktu już teraz odbijają się na ich bezpieczeństwie, gospodarce i reputacji na świecie.

Iran USA Izrael wojna na Bliskim Wschodzie
Wojna na Bliskim Wschodzie: operacja Epic Fury.
Autor. CyberDefence24/Canva

Wojna Stanów Zjednoczonych oraz Izraela z Iranem stanowi jeden z najważniejszych momentów w historii dla monarchii arabskich w Zatoce Perskiej. Dotyczy to także tych, które do tej pory starały się stać na uboczu i być dobrym sąsiadem dla wszystkich (Oman), a które ostatecznie i tak znalazły się w ogniu wojny. Bez cienia przesady można stwierdzić, że jest to dla nich najtrudniejsze i potencjalnie najgroźniejsze wydarzenie od czasów wojny Iraku z Iranem w latach 1980-1988, która z czasem przerodziła się również w ataki na cele na wodach Zatoki Perskiej. Wtedy monarchie te obawiały się dodatkowo, iż w razie niekorzystnego rozwoju sytuacji wojna lądowa rozleje się także na ich terytoria.

Reklama

Niekorzystne scenariusze

Chociaż obecnie ryzyko działań lądowych na terytorium tych państw jest skrajnie niskie, pozostają one w trudnej sytuacji, która będzie rzutować na ich przyszłość. Kluczowe będzie ponowne określenie priorytetów strategicznych i określenie, czy dotychczasowa polityka była poprawna. Przed wybuchem obecnej wojny monarchie arabskie lobbowały, aby Biały Dom jej nie rozpoczynał, gdyż koszty wojny i nieprzewidziane konsekwencje spadałyby na nie. Również scenariusz, o którym mówili Amerykanie i Izraelczycy, czyli „zmiana reżimu” w Teheranie, nie był korzystny z perspektywy monarchii arabskich, a jego realizacja pozostaje bardziej wątpliwa niż wcześniej.

Prawdą jest, że Republika Islamska Iranu to dla tych państw trudny sąsiad, o czym świadczą wyraźne przykłady historyczne. Amerykanie nie mieliby stałych baz w regionie, gdyby nie wydarzenia lat osiemdziesiątych i obawa monarchii przed Teheranem oraz ówczesną ambicją tego państwa, by dokonać eksportu rewolucji „w cztery strony świata”.

To również liczne przykłady napięć z ostatnich lat. Wojna w Jemenie, cykliczne rakiety wystrzeliwane przez proirańskich Huti w kierunku Arabii Saudyjskiej czy zagrożenia w cieśninie Bab al-Mandeb najlepiej ilustrują te napięcia. Warto przypomnieć drony uderzające w zakłady przetwórstwa ropy w Bukajk i Churajs w 2019 roku czy cztery statki uszkodzone u wybrzeży emirackiej Fudżajry w Zatoce Omańskiej w tym samym roku.

Od kryzysu do ocieplenia i z powrotem

Należy jednak pamiętać, że dzięki mediacjom najpierw Omanu, a później Chin, relacje w ostatnim czasie udało się ocieplić. Republika Islamska to wyzwanie znane od dekad, posiadające własne interesy, cele i postrzeganie zagrożeń. Innymi słowy, to twór, który można zidentyfikować, zrozumieć i w lepszy lub gorszy sposób wchodzić z nim w interakcje. Jej obalenie z perspektywy monarchii arabskich oznaczałoby pojawienie się nowego, nieznanego zagrożenia o potencjalnie dużej skali. Wojna domowa w Iranie, setki tysięcy uchodźców, radykalizacja i tworzenie nowych grup zbrojnych – taki scenariusz nie budzi i budzić nie może entuzjazmu wśród Arabów wobec izraelsko-amerykańskiej eskapady militarnej przeciwko Iranowi.

Jest oczywiste, że wojna ta prawdopodobnie nie obali Republiki Islamskiej. Świadomość tego zwiększa niechęć monarchii arabskich do angażowania się w konflikt, mimo że Stany Zjednoczone nieustannie starają się je do tego nakłonić. Nawet teraz, gdy irańskie rakiety balistyczne i drony spadają na terytorium państw arabskich, ich rządy nie chcą dalszego antagonizowania relacji z Iranem, ponieważ po zakończeniu wojny, a jest to przecież jedynie kwestia czasu, pozostaną one sąsiadami Iranu, podczas gdy Stany Zjednoczone będą daleko.

Świadome swoich słabości monarchie arabskie nie mają komfortu, by wchodzić z Iranem na ścieżkę wojenną (decyzja o obecnym kryzysie w relacjach wzajemnych to efekt polityki Iranu, a nie monarchii Zatoki Perskiej). Tym samym, pomimo irańskiego ostrzału, normalizacja relacji między Iranem a tymi państwami wydaje się po wojnie jedynie kwestią czasu. Jest to w interesie wszystkich stron, a także Chin, które prawdopodobnie będą ponownie aktywnie mediować.

Reklama

Liczne rachunki do zapłacenia

Amerykanie, którzy mieli chronić monarchie arabskie, teraz wepchnęli je na irański celownik. To właśnie te państwa, niechętne wojnie i w niej nieuczestniczące, płacą najwyższą cenę. Biały Dom zdawał się jeszcze przed wojną ignorować nie tylko zagrożenie płynące z możliwych irańskich retorsji, ale także konsekwencje dla państw regionu, którym przyjdzie do zapłacenia aż czterech rachunków.

Po pierwsze, będą musiały odbudować reputację, na której w dużym stopniu opierają się ich wysiłki dywersyfikacyjne (monarchie te nie chcą być w pełni zależne od eksportu surowców energetycznych i od lat z mniejszym lub większym skutkiem starają się porzucić status państw rentierskich). Przez lata systematycznie budowały swój wizerunek państw stabilnych i przyjaznych, otwartych i godnych zaufania. Ich narracja była jednoznaczna – u nas warto inwestować, kupować nieruchomości, bawić się, a także spędzać czas, czekając na samolot w różne strony świata.

Pytaniem otwartym pozostaje, na ile szok dla przyjezdnych będzie trwały, a na ile uda się odbudować reputację i powrócić do dotychczasowego, wypracowanego własnym wysiłkiem wizerunku. Jest to dla monarchii arabskich w Zatoce Perskiej kluczowe zadanie na najbliższą przyszłość, a jego rezultat wcale nie jest skazany na porażkę. Państwa te posiadają wystarczające środki finansowe i kontakty, by przeprowadzić skuteczne kampanie marketingowe.

Kosztowna odbudowa

Po drugie, będą musiały sfinansować odbudowę zniszczonej infrastruktury, ponieważ to one stały się główną ofiarą irańskiej strategii „maksymalnego cierpienia” (wojny na wyczerpanie). Dotyczy to przemysłu, w tym produkcji i eksportu ropy, transportu oraz turystyki, która kształtuje wizerunek tych państw na świecie. Trudno będzie przekonać turystów do odwiedzin ekskluzywnych kurortów, gdy straszą widoki wybitych okien i spalonych budynków.

Obecnie możliwe jest utrzymanie medialnej blokady, ale po zakończeniu konfliktu kontrola nad obrazami zniszczeń stanie się niemożliwa. Wielkim wyzwaniem będzie nie tylko odzyskanie zaufania i reputacji, ale także pełna reintegracja z gospodarką światową. Kryzys oddziałuje nie tylko na rynek energetyczny, lecz także na transport i sektor finansowy. Po wojnie państwa azjatyckie, które ograniczyły zużycie ropy naftowej z regionu, mogą chętniej szukać alternatywnych dostawców. Nie oznacza to oczywiście marginalizacji Zatoki Perskiej jako dostawców energii, bo jest to po prostu niemożliwe, ale nie zmienia to faktu, że monarchie regionu będą musiały poczynić wiele inwestycji, by odzyskać swoją pozycję.

Po trzecie, państwa regionu będą musiały z własnych środków uzupełnić zapasy pocisków rakietowych, które stanowią podstawę baterii przeciwrakietowych. Większość irańskich rakiet i dronów została przechwycona przez regionalne systemy obrony powietrznej, co pokazuje ich przydatność, ale także asymetrię kosztów (drogi interceptor kontra tani dron/rakieta) i ograniczoną zdolność do długotrwałej obrony w przypadku zmasowanego (saturacyjnego) ataku. Uzupełnienie magazynów będzie kosztowne, bowiem mowa o miliardach dolarów i czasochłonnej produkcji.

Reklama

Największy koszt

Czwarty koszt jest niemierzalny, ale może być największy. To cena nowego ułożenia geopolitycznego, w tym swoich relacji z najważniejszymi graczami. Monarchie arabskie, które wcześniej poprawiły relacje z Iranem, po wojnie będą musiały na nowo ułożyć stosunki z Republiką Islamską, a więc państwem osłabionym wewnętrznie, ale zapewne bardziej radykalnym i groźnym, które odbuduje arsenał rakiet i dronów.

Monarchie arabskie będą musiały też zrewidować relacje ze Stanami Zjednoczonymi, których polityka staje się coraz bardziej nieprzewidywalna i kosztowna dla sojuszników. Atak na Iran i konsekwencje, które spadły na region, zapewne pogłębiły rozczarowanie wobec najważniejszego dostawcy bezpieczeństwa, który okazał się generatorem niestabilności. Nie mogło umknąć uwadze, że szczególnie Zjednoczone Emiraty Arabskie są w tej wojnie bardziej dotknięte niż sąsiednie państwa (niemal tak samo jak Izrael). To właśnie ten kraj został w 2024 roku uznany przez Stany Zjednoczone za głównego partnera obronnego w regionie.

Tak jak monarchie Zatoki Perskiej nie mają komfortu antagonizowania relacji z Iranem, tak samo nie mogą całkowicie odsuwać się od Stanów Zjednoczonych, niezależnie od ich błędów i przywar Białego Domu. Niemniej jednak po zakończeniu wojny staną przed strategicznym dylematem – w jakim zakresie dywersyfikować swoje bezpieczeństwo. Można spodziewać się bliższej współpracy z Rosją, Chinami, a w zależności od państw regionu także z Indiami, Turcją czy Francją. Dotyczy to zarówno wymiaru politycznego, jak i obronnego, w tym systemów przeciwrakietowych i przeciwlotniczych.

Rubikon przekroczony

Dylematy i wyzwania będą musiały być dokładnie zanalizowane, gdy wojenny kurz opadnie. Ten jednak ciągle spowija Zatokę Perską i nie wiadomo, kiedy konflikt zbrojny miałby się zakończyć. Pojawiły się doniesienia, że „arabskie monarchie naciskają na Stany Zjednoczone, by zneutralizowały Iran” (Reuters, 16 marca 2026).

W kontekście wcześniejszego stwierdzenia, że monarchie arabskie nie chciały wojny z Iranem, może się to wydawać sprzeczne, ale jest to pozorny paradoks. To, że państwa takie jak Arabia Saudyjska, Katar czy Zjednoczone Emiraty Arabskie nie chciały naruszać delikatnego status quo i stać się ofiarą irańskich ataków, nie oznacza, że w obecnej sytuacji, skoro wojna już trwa i koszty są ponoszone, nie należy uderzyć w Iran na tyle mocno, aby zmniejszyć jego zdolności ofensywne w przyszłości. Innymi słowy, Rubikon został przekroczony i teraz warto uzyskać choćby częściowe korzyści w postaci ograniczenia irańskich możliwości ataku.

Reklama
WIDEO: F-35 vs. JAK-130 | Fregata tonie | Kuwejt strąca F-15 - Defence24Week #151
Reklama