Geopolityka

Donald Trump bez spójnej strategii dla Bliskiego Wschodu [WYWIAD]

US Marine w Bagdadzie, fot. Marine Corps Sgt. Kyle Talbot, DoD, domena publiczna
US Marine w Bagdadzie, fot. Marine Corps Sgt. Kyle Talbot, DoD, domena publiczna

Zarówno Barack Obama jak i George W. Bush mieli jakąś wizję polityki bliskowschodniej – można ją krytykować lub nie, ale strategia była dostrzegalna. W odniesieniu do Donalda Trumpa nie dostrzegam spójnej koncepcji, twierdzi Luciano Zaccara na co dzień ekspert Centrum Badań nad Zatoką (Gulf Studies Center) Uniwersytetu Katarskiego, w udzielonym dla Defence24.pl wywiadzie.

Robert Czulda, Defence24: Teraz wiele mówi się o ostatnim ataku rakietowym sił irańskich na cele w Iraku. Ale cofnijmy się do wydarzeń wcześniejszych. W ostatnich miesiącach byliśmy świadkami serii incydentów na wodach Zatoki Perskiej oraz na Morzu Czerwonym – zaatakowano tankowce, saudyjską rafinerię oraz zestrzelono amerykańskiego bezzałogowca. Jak odczytuje pan te wydarzenia oraz irańskie intencje?

Luciano Zaccara, Centrum Badań nad Zatoką (Gulf Studies Center) Uniwersytetu Katarskiego: W pierwszej chwili wydawało się, że incydenty te nie są dla Iranu korzystne. Doszło bowiem do nich mniej więcej w momencie, w którym liczono na pewien przełom – w tym na spotkanie prezydenta Iranu Hasana Rouhaniego z prezydentem Trumptem podczas posiedzenia ONZ w Nowym Jorku. Incydenty storpedowały takie nadzieje. Teraz jednak dominuje inna perspektywa – tymi działaniami Teheran wysłał bardzo klarowną wiadomość do monarchii w Zatoce Perskiej. Przesłanie było jasne – w razie wojny z Iranem żadne arabskie państwo nie będzie bezpieczne. Teheran zasygnalizował, że należy z nim rozmawiać, bo może zarówno pomóc rozwiązać problemy, jak i w razie konieczności je bezkarnie tworzyć. Wiadomość została odebrana i zrozumiana. Nie tylko nie doszło do retorsji – również ze strony Stanów Zjednoczonych - ale co więcej takie państwa jak Zjednoczone Emiraty Arabskie zaczęły łagodzić swoje antyirańskie stanowisko. Zmieniła się także ocena ryzyka wojny – stało się nagle bardzo wyraźne, że nikt jej w regionie nie chce.

Później mieliśmy gwałtowne protesty w Iranie. Czy obecna fala niezadowolenia różni się czymś od poprzednich?

Protesty wydają się być większe niż w 2017 i 2018 roku. Były też dużo brutalniejsze niż te wcześniejsze – zarówno ze strony demonstrantów, jak i władzy. W 2017 roku reżim w dużym stopniu podchodził do protestów biernie, chcąc je przeczekać, podczas gdy teraz przystąpiono do siłowych represji. Druga zasadnicza różnica polega na tym, że o ile podczas poprzednich zamieszek opozycja ostro krytykowała prezydenta Rouhaniego, to teraz powstrzymano się od takiej retoryki. Odczytuję to jako przeświadczenie członków reżimu, że muszą pozostać zjednoczeni w obliczu problemów.

image
Luciano Zaccara, Centrum Badań nad Zatoką (Gulf Studies Center) Uniwersytetu Katarskiego

Iskrą było drastyczne podniesienie cen paliwa. Czy można to odczytywać jako potwierdzenie doniesień o fatalnej sytuacji budżetu Iranu?

Nie były to pierwsze podwyżki tego typu. Benzyna w Iranie jest bardzo tania – państwo ją dotuje. Był to najbardziej naturalny ruch w sytuacji problemów finansowych, wywołanych trudnościami z eksportem ropy naftowej. W wyniku powtórnego nałożenia sankcji sprzedaż surowca spadła do mniej niż miliona baryłek ropy naftowej dziennie. Wbrew doniesieniom decyzja nie została jednak podjęta przez noc. Irańczycy wiedzieli, że to nastąpi. Jedynie data wprowadzenia podwyżki nie była publicznie znana. Taka decyzja ma jednak społeczne konsekwencje – te dotknęły znaczną część irańskiego społeczeństwa, które musi borykać się z efektami sankcji i kumulującymi się problemami gospodarczymi. Ludzie wiedzą jednak, że nawet jeśli protestują na ulicach to koniec końców i tak muszą iść do pracy i jakoś rodzie radzić w tej sytuacji.

Protesty dotykają nie tylko Iranu, ale także Iraku i Libanu. Pojawiają się doniesienia o rosnącym niezadowoleniu w Jordanii. Co mówi to o kondycji całego regionu – niemal dekadę od rozpoczęcia Arabskiej Wiosny?

Ludzie – nie tylko na obszarze Bliskiego Wschodu –  są zmęczeni politykami, którzy nie spełniają składanych obietnic. Wystarczy spojrzeć na falę protestów, która przelewa się przez Amerykę Łacińską, Algierię, Sudan, Irak, Liban czy też Francję. Każdy z nich ma swój własny ideologiczny wymiar, ale to co je łączy to rozczarowanie sposobem prowadzenia polityki. Niezależnie czy mówimy o systemie świeckim, religijnym, lewicowym, prawicowym, republikańskim czy monarchicznym, społeczeństwa coraz wyraźniej dochodzą do wniosku, że politycy nie liczą się z ich głosem i problemami, a niewielka elita zawsze wychodzi z kryzysu bez szwanku.

Iran nie jest więc wyjątkowy?

Tak uważam. Nie sądzę, aby głównym powodem było niezadowolenie z charakteru ustroju ich państwa. Podobnie jak w Ameryce Łacińskiej, gniew zwykłych ludzi wywołuje korupcja i brak rozwoju gospodarczego. Najbardziej niebezpieczna sytuacja jest, gdy ludzie uznają, że nie mają już nic do stracenia – dotyczy to zarówno Wenezueli, rządzonej przez lewicę, jak i Chile, gdzie prezydentem jest gospodarczy liberał. Przywódcy na Bliskim Wschodzie mają tego świadomość – zrozumieli, że nie są w stanie przed tym się ochronić i w razie protestów mogą zostać obaleni, niezależnie czy prowadzą prozachodnią politykę, czy nie.

Jak oceniłby pan bliskowschodnią politykę Donalda Trumpa w porównaniu z Barackiem Obamą?

Zarówno Barack Obama jak i George W. Bush mieli jakąś wizję polityki bliskowschodniej – można ją krytykować lub nie, ale strategia była dostrzegalna. W odniesieniu do Donalda Trumpa nie dostrzegam spójnej koncepcji. Stałym elementem polityki zagranicznej Stanów Zjednoczonych – czy to wobec Bliskiego Wschodu, czy też Ameryki Łacińskiej – było promowanie demokracji. Teraz tego elementu nie ma – Trump nie przejmuje się ani demokracją, ani prawami człowieka, a skoro tak to jak zachować i wzmacniać te wartości w skali świata? Teraz każdy patrzy tylko na swoje własne interesy. Jedynie Europa stara się je promować, ale jest za słaba, aby dokonać implementacji swojej wizji. Przesłanie Trumpa jest proste – mniejsze zaangażowanie Stanów Zjednoczonych oraz przerzucanie bezpieczeństwa innych państw na ich przywódców, którzy jednocześnie dostają wolną rękę w polityce wewnętrznej, także w zakresie interpretowania praw człowieka.

Czy w zmieniającej się strukturze sił na Bliskim Wschodzie Chiny i Rosja mogą odegrać większą rolę?

Krajobraz strategiczny już się zmienia choć jednocześnie nie widać, aby Chiny były zainteresowane działaniami militarnymi i politycznymi w regionie. Dla Pekinu najważniejszy jest bilans finansowy – dlatego też Chińczycy nigdy nie opowiedzieli się za żadną ze stron w saudyjsko-irańskim sporze. To w pewnym sensie polityka podobna do amerykańskiej – Biały Dom chce zachować dominację na Bliskim Wschodzie bez nadmiernego angażowania się, podczas gdy Chiny chcą w ten sposób zwiększyć swoją potęgę gospodarczą. Znamienne jest, że od Pekinu nikt nie oczekuje nawet, aby stanął po którejś ze stron – to dla wszystkich relacja czysto biznesowa.

Krajobraz strategiczny już się zmienia choć jednocześnie nie widać, aby Chiny były zainteresowane działaniami militarnymi i politycznymi w regionie. Dla Pekinu najważniejszy jest bilans finansowy – dlatego też Chińczycy nigdy nie opowiedzieli się za żadną ze stron w saudyjsko-irańskim sporze.

W przypadku Rosjan jest nieco inaczej, bowiem są politycznie zaangażowani w Syrii. Niemniej jednak nie sądzę, aby chcieli zwiększać swoje wpływy w innych państwach. Tym bardziej, że również starają się unikać stawania po którejkolwiek ze stron. Dotyczy to chociażby relacji z Arabią Saudyjską, które są bardzo bliskie pomimo współpracy rosyjsko-irańskiej.

Czy państwa GCC (Gulf Cooperation Council) – Arabia Saudyjska, Kuwejt, Katar, Zjednoczone Emiraty Arabskie, Bahrajn, Oman) – są zadowolone z obecnej polityki amerykańskiej?

Stosunek państw GCC wobec Stanów Zjednoczonych często ulega zmianie. Na początku bardzo negatywnie podchodzili do Baracka Obamy, obawiając się, że zmniejszy on zaangażowanie w regionie. Wybór Trumpa został przywitany z dużym zadowoleniem, ale teraz – w wyniku ostatnich decyzji Białego Domu – wyraźnie dostrzec można rozczarowanie i przekonanie, że Stany Zjednoczone porzucają zobowiązania wobec arabskich monarchii w Zatoce Perskiej. To realizacja interesu Iranu, który chciał uzmysłowić tym państwom, że w razie problemów Amerykanie nie zapewnią im bezpieczeństwa.

W GCC państwem wiodącym jest Arabia Saudyjska. Jak ona podchodzi do rozwoju wydarzeń w regionie?

Arabia Saudyjska zdała sobie sprawę, że jest osamotniona – potrzebuje wsparcia. Znamienne jest, że gdy w 2019 roku irańskie tankowce zostały ostrzelane na wodach Morza Czerwonego, Iran oskarżył Izrael, a nie Arabię Saudyjską chociaż co incydentów doszło w pobliżu saudyjskiego wybrzeża. Teheran uznał, że Rijad nie przeprowadziłby samemu takiej akcji. Widać wyraźnie, że nikt nie chce wybuchu wojny – dotyczy to także Iranu, który uczestniczy w tej ryzykownej grze nerwów. Póki co nikt nie zginął, ale co będzie, jeśli w kolejnym incydencie będzie inaczej? Decydenci w Teheranie zdają się uważać, że potrafią dobrze rozgrywać napięciem i osiągać dzięki temu wymierne korzyści.

Jak Iran podchodzi do kryzysu w łonie GCC, to jest do trwającej blokady Kataru przez pozostałych członków tej organizacji?

Dla Iranu korzystne jest, aby kryzys w łonie GCC trwał. Nie oznacza to oczywiście, że Teheran kryzys ten sprowokował, ale był jednym z jego powodów. Głównym żądaniem Arabii Saudyjskiej wobec Kataru było wszak zerwanie relacji z Iranem. Emir Tamim ibn Hamad Al Sani wypowiadał się z uznaniem o irańskiej potędze. To wywołało reakcję Rijadu. Teheran ma tego świadomość i próbuje utrzymać brak jedności w łonie państw GCC.

Niemniej jednak nie tylko Katar ma dobre relacje z Iranem. To również Oman i Kuwejt.  Wszystkie one mogą poprawnie ułożyć sobie relacje z Teheranem.

Oczywiście, że mogą, ale to nie znaczy, że ufają Iranowi. Wyjątkiem jest Arabia Saudyjska, która nie może czuć się bezpieczna mając obok siebie Iran. Wynika to ze strukturalnych ograniczeń tego państwa, co sprowadza się do ciągłej obawy Rijadu co do legitymacji monarszej władzy. Dla Arabii Saudyjskiej zagrożeniem są środowiska religijne i świeckie, umiarkowani i fundamentaliści.

Arabia Saudyjska zdała sobie sprawę, że jest osamotniona – potrzebuje wsparcia. Znamienne jest, że gdy w 2019 roku irańskie tankowce zostały ostrzelane na wodach Morza Czerwonego, Iran oskarżył Izrael, a nie Arabię Saudyjską chociaż co incydentów doszło w pobliżu saudyjskiego wybrzeża. Teheran uznał, że Rijad nie przeprowadziłby samemu takiej akcji.

Dlaczego król Salman tak zdecydowanie stara się wprowadzać obecnie reformy? Wynika to z braku poczucia bezpieczeństwa. Ciągła obawa przed wypowiedzeniem posłuszeństwa przez własne społeczeństwo to immanentna cecha wielu państw w regionie – Arabia Saudyjska jest takim przykładem. Tak niepewne swojej przyszłości rządy boją się wszystkich, którzy mogą zmobilizować przeciwko nim opozycję. Dla autorytarnego reżimu nie ma niczego gorszego niż społeczeństwo, które nagle przestaje się go obawiać i wychodzi na ulice. Dotyczy to szczególnie tych rządów, które mają świadomość, że nie spełniają społecznych oczekiwań.

Arabia Saudyjska jest przecież bardzo bogatym państwem – czy Saudyjczycy nie opływają w luksusy?

To nieprawda. Wysoki poziom powszechnego bogactwa występuje w Katarze i w Zjednoczonych Emiratach Arabskich, do pewnego stopnia w Kuwejcie, ale na pewno nie w Arabii Saudyjskiej, Omanie, czy w Bahrajnie. Arabia Saudyjska to nadal społeczeństwo plemienne – wiele plemion nie jest beneficjentami obecnej polityki. Oznacza to, że nie brakuje osób gotowych zakwestionować obecny stan rzeczy, a z punktu widzenia autorytarnych władz każda osoba, kto ma inne zdanie jest zagrożeniem. Iran nie obawia się Arabii Saudyjskiej, ale Arabia Saudyjska obawia się Iranu.

Jeśli dobrze rozumiem to władza w takim państwie jak Katar czuje się pewniej i dzięki temu może aktywniej działać na arenie międzynarodowej?

W przypadku Kataru władza z większym optymizmem patrzy w przyszłość, bo wie, ze spełnia oczekiwania społeczne. Skoro ludzie są generalnie zadowoleni to nie ma powodu zakładać, że będą chcieli obalić rząd. Jeżeli już miałoby do tego dojść to ze strony członków rodziny, a nie obywateli – dość przypomnieć poprzedniego emira Hamada, który w 1995 roku obalił własnego ojca. Blokada Kataru jedynie zwiększyła popularność emira – wszędzie można dostrzec podobizny Hamina. To spora różnica, bo wcześniej nie eksponowano wizerunku emira Hamada. Takie poczucie bezpieczeństwa wewnętrznego zwiększa odwagę władz w polityce zagranicznej. Nie jest więc przypadkiem, że Katar nie ma sporów z Iranem.

Czy w takim razie region nie jest zakładnikiem Arabii Saudyjskiej, której działaniem w dużym stopniu kieruje strach?

Brak poczucia bezpieczeństwa ze strony władz Arabii Saudyjskiej i próba narzucenia swojej wizji zagrożeń innym państwom to w moim odczuciu pierwotna przyczyna kryzysu.

Czy poprzez wprowadzanie blokady Kataru Rijad chciał zademonstrować innym partnerom z GCC czym kończy się zbytnia samodzielność i zbliżenie z Iranem?

Rijad chciał udowodnić, że jest w stanie zmusić Katar do opowiedzenia się po jednej ze stron. Ale nie był w stanie tego zrobić, bowiem Katar musi brać pod uwagę inne czynniki, jak choćby konieczność współpracy energetycznej z Iranem. Oba państwa współdzielą pole gazowe na wodach Zatoki Perskiej. Irańczycy mają świadomość tego, że Katar musi balansować – dlatego też Teheran działa pragmatycznie i nie krytykuje Kataru, nawet jeśli ten bierze udział w wojnie w Jemenie lub prowadzi w Syrii działania niezgodne z irańską racją stanu. Irańczycy nie są z tego zadowoleni, ale są świadomi ograniczeń w swobodzie Kataru.

Czy dojdzie do zjednoczenia GCC?

Póki co izolacja Kataru trwa, ale w końcu tak się stanie. Władze Kataru mają świadomość, że prędzej czy później przełom zostanie osiągnięty i dojdzie do normalizacji w relacjach z Arabią Saudyjską. Nie sądzę jednak, aby pełne zaufanie udało się kiedykolwiek odzyskać. Katar wie, że nie może już popełnić wcześniejszych błędów i w pełni ufać Rijadowi. Co do normalizacji ze Zjednoczonymi Emiratami Arabskimi to Katar nie czuje takiej presji – nie są one aż tak istotne. Pewne decyzje prowadzące do zbliżenia zostały już podjęte. Przykładem jest udział zarówno Zjednoczonych Emiratów Arabskich jak i Arabii Saudyjskiej w piłkarskim Arabian Gulf Cup, rozgrywanym na przełomie listopada i grudnia w Katarze.

Warto przypomnieć też niedawne wydarzenia – ze stycznia 2019 roku, kiedy to katarska reprezentacja w piłce nożnej grała w Abu Zabi przeciwko Zjednoczonym Emiratom Arabskim w Pucharze Azji. Katarczycy nie mieli prawa przyjazdu. W katarskich piłkarzy ciskano różnymi przedmiotami. Jedynymi, którzy wspierali katarski zespół na stadionie byli kibice z Omanu. Emiracka policja próbowała im zabrać katarskie flagi. Był to wyraźny sygnał, że nie tylko rządy, ale i społeczeństwa są mocno podzielone. Oznacza to, że zasypanie różnic będzie trudne.

Dziękuję za rozmowę.

Luciano Zaccara – ekspert Centrum Badań nad Zatoką (Gulf Studies Center) Uniwersytetu Katarskiego, wykładowca wizytujący i badacz Georgetown University w Katarze oraz Centrum Studiów Irańskich i Perskich Uniwersytetu Princeton w Stanach Zjednoczonych. Dyrektor Obserwatorium Polityki i Wyborów Świata Arabskiego i Muzułmańskiego w Hiszpanii.

Komentarze (9)

  1. Derwisz

    Analityk z Doha ktory o mały włos nie podzielił losu braci irańskich Gdyby nie ts baza lotnicza to i wam by fundusze zablokowano

  2. Analityk inż. MAZUR

    Opowiadacie bez wspólnej strategii - panowie w ząbek czesani? Trump robi interesy i kasę, co go obchodzą strategie? Będzie chciał to uzyska poparcie za koraliki dla tych nic nie znaczących w NATO państw. Im może sprzedawać makiety F-35, politycy na tym się nie znaja, a jak nawet to by wyszło to kto USA zabroni? A politycy cieszą że F-35 będzie i że szystkich swych sąsiadów w końcu wykończą. Terapia u psychiatry by się przydała, no ale kto polityków zmusi? Jak Trumpowi to nie przeszkadza, bo decyzje dla F-35 wydaje USA.

  3. szokers

    Jak widzę niektórzy gotowi są analitykowi odmówić nie tylko kompetencji ale nawet uczciwych motywacji z tego tylko powodu, że jego wnioski nie pokrywają się z wydumaną wizją świata jaki owi niektórzy sobie wykuli na własny użytek. "Bardzo bym chciał żeby było tak i tak więc każdy kto sądzi inaczej myli się a tak w ogóle to jest trollem. No i mamy co mamy czyli wywiad jest z gościem, który pół życia zajmuje się analizą sytuacji na Bliskich Wschodzie dla przeróżnych ośrodków i agend (także rządowych) ale i tak część wypowiadających się wie, że on się myli i nie ma racji bo oni wiedzą lepiej bo znają i widzieli świat. No bo kiedyś byli w Chorwacji i Tunezji na "olinkluziw" i czasem czytają gazetę. No ludzie...

    1. sdf

      100/100

  4. MAZU

    Luciano Zaccara jest "ruskim" ..... . Na zdjęciu widać typowego "szczura". Zarówno Busz J jak i Barako byli co najmniej kretynami (Busz na pewno, zaś BO był typową "wtyką" szantażowaną własnym aktem urodzenia, jako urodzony poza terytorium USA). Obaj "panowie" narobili dla USA i Świata bardzo dużo szkód. Przy nich Donald T to inna, wyższa liga. A teraz zapraszam troli. M

    1. Cóż

      Po co trollować skoro sam to robisz

    2. CdM

      Dobrze to ująłeś, Trump to wyższa liga (czyli: szkody w dużo wyższym tempie i natężeniu).

  5. Fanklub Daviena

    Trudno mieć spójną strategię jak interesy USA i Izraela się rozjechały i amerykańska dyplomacja i wojsko nie może się zdecydować czy na Bliskim Wschodzie ważniejsze są interesy USA czy Izraela... :)

  6. r

    Amerykanie dziesiątki lat odwalali tam czarna robotę i już wystarczy, Trump ma poważniejsze wyzwania niż plemiona na pustyniach Mezopotamii które nie potrafią się rządzić na swoim podwórku.

  7. Stary Grzyb

    Szanowny panie Zaccara, strategia prezydenta Trumpa wobec Bliskiego Wschodu jest wbrew pańskim wywodom jasna. Można by ją opisywać wymyślnym językiem, ale lepszy będzie krótka, konkretna definicja. Pozwolę sobie w tym celu zacytować Boya-Żeleńskiego: "- Pan jest przeciwnego zdania? - W pysk szmondaka bez gadania!". Skutków tej własnie strategii - o wiele za późno, to fakt - doświadczył właśnie herszt irańskich państwowych bojówek terrorystycznych, Kasem Sulejmani. Z miejsca pomogło - ajatollahowie od razu wzięli ogon pod siebie, po operetkowym odwecie rzucili się na wyprzódki zapewniać, że to już koniec zemsty, a wojny absolutnie nie chcą, o blokowaniu cieśniny Ormuz ani słowa, ataki na tankowce ustały jak ręką odjął, do protestujących przeciw reżimowi mułłów Irańczyków nikt nie strzela (chociaż wznoszą okrzyki "śmierć dyktatorowi", czyli nietykalnemu dotąd "najwyższemu przywódcy"), itd., itp. I oczywiście słusznie zwinęli kitę - dotarło do nich, że każdy z nich może zostać osobiście rozwalony w każdej chwili, ot tak, pstryknięciem palców. I to jest własnie jedynie słuszna, kompleksowa strategia wobec wszelkich bliskowschodnich (i nie tylko) kacyków - podskocz poważnie Stanom Zjednoczonym, a zaraz szlag cię trafi. Nie w postaci nawoływań (te są zbędne), negocjacji i traktatów (te też są zbędne), czy nawet sankcji (te, owszem, są potrzebne i powinny być niszczące, ale nie mają dość bezpośredniego, natychmiastowego wydźwięku), tylko z mety w łeb tak, żeby największy cały kawałek, po którym zdołano zidentyfikować trafionego, to była dłoń z sygnetem, resztę rozniosło w drebiezgi. Żadne wymyślne filozofie, "nation building", i inne temu podobne. Należy stosować zrozumiałe środki perswazji - w tamtejszej "kulturze politycznej" jest to korbacz na bieżąco i katowski miecz w przypadku poważniejszych problemów. Oby prezydent Trump w pełni to rozumiał i, przede wszystkim, stosował konsekwentnie i do skutku, czyli do wyszkolenia tamtejszych "przywódców" tak, że jak dzwoni do nich sierżant US Marines, to podrywają się na baczność, wywracając z rozpędu biurko i fotel, po czym krzyczą "Gotów do wykonania rozkazu!" zanim jeszcze ten sierżant stwierdzi, o co mu chodzi - bo w przeciwnym razie identyfikacja "przywódcy" nastąpi skutkiem odnalezienia wspomnianej dłoni z sygnetem. Co ważne, ta technika wychowawcza nie czyni krzywdy tamtejszym zwykłym ludziom, którzy w zasadniczej większości są przecież ofiarami, a nie poplecznikami, swoich "władz".

    1. Kamil

      Komentarz trafiony w punkt.

    2. Użytkownik

      Dobrze jest widziec ludzi ktorzy dostrzegaja wlasnie to co Pan opisuje i zgodzam sie z Panem w 100%. Bo Trump rozumie i noe chce wysylac kwiatu swojego narodu przeciewko innym ludzia co w eielu przypadku nie z wlasnego wyboru sluzy w armii tylko ubija inspiratorow i generalow ktorzy wysylaja swoje spoleczenstwo na bezsensowna smierc. Pozdrawiam

    3. Użytkownik

      Szanowny Panie Stary Grzybie.Uważa Pan ,że polityka międzynarodowa rządzi się tymi samymi zasadami co kłutnia pod budką z piwem?Że wyrazem potęgi państwa jest możliwość zmasakrowania kogoś tak że została "dłoń z sygnetem"?Że USA wygrało bo ajatollahowie nic nie mówią?Poczekamy zobaczymy.Wybory prezydenckie też nied

  8. Xd

    To wg słów tego eksperta (modne słowo) zagrożeniem pokoju w tym regionie nie jest iran a największy sojusznik usa w regionie i klient amerykańskiego i brytyjskiego przemysłu zbrojeniowego który to przemysł zarobił by dodatkowe mld dolarów na ewentualnej wojnie

  9. Pentagram

    Strategia jest spójną Izrael 2030 Koniec z polityką Obamy kiss &tell