Geopolityka

Bliski Wschód wobec wojny na Ukrainie: rosyjska propaganda i biznes

Fot. Mil.ru

Na Bliskim Wschodzie zrozumienie wojny na Ukrainie jest małe, co wynika z cywilizacyjnych różnic oraz dominacji reżimów autorytarnych w tym regionie. Tocząca się wojna postrzegana jest przez pryzmat cen ropy oraz żywności, a także stereotypów dotyczących USA, NATO i Rosji.

Wojna na Ukrainie - raport specjalny Defence24.pl

To, że na Bliskim Wschodzie zrozumienie tego co się dzieje w Europie Środkowo-Wschodniej jest niewielkie nie może dziwić, gdyż przypomina to wybiórczą i uproszczoną percepcję mieszkańców naszego regionu w odniesieniu do wydarzeń w tamtej przestrzeni geopolitycznej. Nawet obecnie często sięga się po porównania agresji na Ukrainę z rosyjskimi działaniami w Syrii co jest analogią z gruntu fałszywą. Nie przyzwyczajony do demokracji i suwerenności narodu (a nie państwa jako własności dyktatorów i monarchów) Bliski Wschód, czy szerzej świat arabsko-muzułmański, nie rozumie, że u nas decyzje geopolityczne, dotyczące strategicznego wyboru sojuszników, podejmowane są przez zainteresowane państwa, zgodnie z wolą ich społeczeństw, a nie w wyniku tajnych układów rządzących z mocarstwami. Bliski Wschód ma również odmienne doświadczenia historyczne, zwłaszcza dotyczące USA, a zarówno dla tamtejszych dyktatur jak i muzułmańskich radykałów wolny świat, z naszym pojmowaniem wolności, demokracji i praw człowieka, stanowi zagrożenie. Jeśli dodamy do tego popularną tam skłonność do teorii spiskowych oraz przerzucania winy za wszystkie swoje nieszczęścia na świat zewnętrzny, przede wszystkim Zachód, to w efekcie jest to grunt bardzo podatny na prorosyjską dezinformację i poglądy krążące w tamtej przestrzeni informacyjnej są często absurdalne.

Czytaj też

Przede wszystkim bardzo popularny jest „whataboutism" i związane z nim oskarżenia o hipokryzję i rasizm. „Whataboutism" to postawa polegająca na sugerowaniu, że należy zająć się inną sprawą, jakoby zaniedbywaną. Liczne głosy w świecie muzułmańsko-arabskim, w odpowiedzi na agresję, zbrodnie i humanitarny kryzys wywołany przez Rosję, pojawiają się według schematu „a co z...", po czym  wymieniane są rozmaite konflikty toczące się w tym regionie, w szczególności Palestyna, Jemen oraz Afganistan. W rezultacie występuje lekceważenie tego co się dzieje na Ukrainie i oskarżenie Zachodu o rzekomą hipokryzję i rasizm. Można by to było zrozumieć, gdyby był to wyraz obojętności przy jednoczesnym skupieniu uwagi (i działań) na wspomnianych problemach i konfliktach, im bliższych. Problem w tym, że nie towarzyszy temu bynajmniej refleksja co mieszkańcy Bliskiego Wschodu mogą sami zrobić by zapanował pokój w ich regionie, jak powinni wpływać na regionalne rządy. Odpowiedzialność spychana jest na zewnątrz, przy czym oczekiwania są wewnętrznie sprzeczne. Z jednej strony zarzuca się obojętność wobec krwawych rządów niektórych dyktatorów (np. Assada), z drugiej zaś zarzuca się obalanie innych (np. Saddama Husajna).

Wbrew pozorom ta wewnętrznie sprzeczna narracja jest na swój sposób spójna i logiczna. Wyłania się z niej bowiem dychotomia: zły Zachód i dobra Rosja. To zaś już bezpośrednio przekłada się na percepcję wojny na Ukrainie. Nie ma przy tym wątpliwości, że za taką percepcją stoją rosyjskie działania hybrydowe (zwłaszcza dezinformacja w mediach społecznościowych). W tym kontekście możliwe jest, że wypowiedź Ławrowa o „antysemickich Żydach" i „żydowskim pochodzeniu Hitlera" nie była nieprzemyślana, lecz miała na celu większą mobilizację muzułmańsko-arabskiej, nastawionej negatywnie do Izraela, opinii publicznej, a być może nawet stworzenie atmosfery sprzyjającej werbowaniu ochotników, chcących wesprzeć rosyjską walkę z „żydowskim Zachodem" (rosyjskie narracje są dostosowywane do odbiorców i dlatego mogą jednocześnie odwoływać się do walki z „żydowskim spiskiem" i walki z antysemityzmem). Ten udział w walce niekoniecznie musi polegać na udziale w działaniach regularnych, lecz może też sprowadzać się do werbowania terrorystów.

Czytaj też

Można przy tym wyróżnić narrację oficjalną (lub półoficjalną), promowaną przez polityków i rządowe media niektórych państw oraz narrację publiczną (widoczną zwłaszcza w mediach społecznościowych). Co do tej pierwszej to w szczególności należałoby wskazać narrację Iranu i ośrodków z nim powiązanych na Bliskim Wschodzie. Iran wręcz rytualnie obwinia o wszystko USA i w narracji przez niego promowanej rzekomą przyczyną konfliktu jest ekspansja NATO, zburzenie równowagi międzynarodowej oraz rzekoma chęć wykorzystania Ukrainy do ataku na Rosję, co w efekcie czyni z tej ostatniej – wg tej narracji – broniącą się ofiarę agresji USA i NATO. Ukraina w tym schemacie sprowadzona jest do bezwolnego narzędzia, a ofiary wojny są w istocie ofiarami agresywnej polityki USA. Narracja ta odrzuca zatem zasadę suwerenności podejmowania decyzji o sojuszach na rzecz prymatu równowagi systemowej i koncertu mocarstw.

Choć takie podejście Iranu jest zupełnie sprzeczne z jego własnymi doświadczeniami historycznymi oraz jego faktycznymi interesami geopolitycznymi to jego rezonans jest potężny. Ta narracja jest wszechobecna w całej strefie wpływów Iranu, w szczególności w proirańskich środowiskach (media, politycy i głosy w mediach społecznościowych) w Libanie, Iraku, Syrii, Jemenie itp. Dominuje przekonanie, że przyczyną wojny jest naruszenie równowagi przez „agresywne" NATO i USA, które są obarczane odpowiedzialnością za sytuację w Palestynie, Jemenie etc. W tej percepcji fakt, że Izrael zachowuje dość wstrzemięźliwe stanowisko odnośnie wojny na Ukrainie, a Rosja utrzymuje ogromne wpływy w Izraelu, w tym za pośrednictwem proputinowskich oligarchów, którzy w większości mają żydowskie pochodzenie, jest całkowicie pomijany. Pomijane jest również to, że Rosja, poza nie mającymi żadnego realnego znaczenia deklaracjami, nigdy nie wspierała „sprawy palestyńskiej". Ponadto z punktu widzenia szyitów kompromitujące powinno być też jej wsparcie dla Saddama Husajna i fakt, że nawet w wystąpieniu rozpoczynającym wojnę Putin sugerował, że obalenie reżimu Saddama było jakoby niedopuszczalne. Faktem jest jednak, że wsparcie „szyickiego półksiężyca" dla Rosji nie wychodzi poza sferę deklaratywną. W głosowaniu w Zgromadzeniu Ogólnym ONZ potępiającym rosyjską agresję tylko Syria zagłosowała przeciw, natomiast Iran wstrzymał się od głosu. Podobnie postąpił również Irak oraz Algieria (będąca w nieformalnym sojuszu z Iranem), natomiast Liban głosował za potępieniem Rosji. W głosowaniu nad wykluczeniem Rosji z Rady Praw Człowieka ONZ Iran i Algieria, a także oczywiście Syria, głosowali przeciw, natomiast Irak znów wstrzymał się od głosu, a Liban nie wziął udziału w głosowaniu.

Czytaj też

Natomiast doniesienia jakoby Rosjan na Ukrainie mieli wesprzeć żołnierze Assada lub irackiego Al-Haszed asz-Szaabi, czy też wreszcie libańskiego Hezbollahu okazały się całkowitą bzdurą. Siły te najwyraźniej sceptycznie podchodzą do własnej propagandy, a priorytetem jednak jest dla nich własny interes polityczny i bezpieczeństwa. Hezbollah nie może mieć najmniejszych wątpliwości, że Rosja nigdy nie udzieli mu jakiegokolwiek militarnego (w tym w zakresie uzbrojenia czy świadomości sytuacyjnej) wsparcia przeciwko Izraelowi, a w dodatku za niespełna 2 tygodnie odbywają się w Libanie wybory parlamentarne. W Iraku Al-Haszed asz-Szaabi jest zajęte wspieraniem swojej reprezentacji politycznej w walce o władzę w Bagdadzie w sytuacji gdy wciąż nie powstał nowy rząd, a wpływ Rosji na rozwój sytuacji w tym zakresie jest zerowy. Siły proirańskie mają też zapewne świadomość dealów między rosyjskim Gazpromem a Partią Demokratyczną Kurdystanu, z którą są delikatnie mówiąc skonfliktowane. Do tego dochodzi napięta sytuacja na linii Al-Haszed asz-Szaabi – Turcja, a także wciąż istniejące zagrożenie ze strony Państwa Islamskiego, w walce z którym Rosja nigdy nie okazała żadnego wsparcia. Z kolei Assad musi się liczyć z tym, że jak Rosja się wykrwawi na wojnie z Ukrainą, a on wyśle swoje najlepsze oddziały by zostały zmasakrowane pod Charkowem, to za kilka miesięcy dżihadyści z Idlibu przy wsparciu Turcji będą podchodzić pod Aleppo i Damaszek, a on nie będzie się miał czym bronić.

Rozpatrując pozycję świata szyickiego w stosunku do rosyjskiej agresji nie ulega wątpliwości, że jest ona determinowana niechęcią do USA, a przy tym abstrahuje od historycznych doświadczeń, a także interesów. Irańskie doświadczenia z agresywnym imperializmem rosyjskim są bowiem znacznie bogatsze niż z ingerencjami USA. Istotniejsze jest jednak to, że Iran mógłby być beneficjentem sankcji nakładanych na Rosję, w szczególności embarga na ropę i gaz. W interesie Iranu byłoby zatem doprowadzenie do szybkiej reaktywacji JCPOA, co zresztą Rosja zaczęła blokować (a Iran w odpowiedzi znów rytualnie obarczył winą Zachód) oraz doprowadzenie do realizacji budowy gazociągu z Iranu do Europy przez Turcję, a także eliminacji Turkish Streamu jako konkurencji. Tyle, że Iran póki co nie podejmuje takich działań, przedkładając ideologię (oraz niechęć i brak zaufania do USA) nad interes.

Czytaj też

Inną charakterystyczną narracją są wszechobecne od pierwszych dni wojny oskarżenia Zachodu o rasizm, które odwracają uwagę od istoty problemu rosyjskiej agresji i dramatu Ukraińców, a przenoszą go na rzekomy rasizm, przy czym dotyczy to również samej Ukrainy i Polski. Narracja ta oparta była początkowo na rzekomo innym, gorszym traktowaniu uchodźców z Ukrainy, jeśli pochodzili z Azji lub Afryki. Towarzyszyła temu dezinformacyjna narracja dotycząca sytuacji „uchodźców" na granicy polsko-białoruskiej. Warto przy tym podkreślić, że wzmacniana przez Rosję antypolska propaganda związana z atakiem bronią D na polskiej granicy, nie ustała na Bliskim Wschodzie i wpisuje się w schemat obwiniania świata zewnętrznego za własne problemy i błędy. Narracja ta jest powielana przez liczne media związane z bliskowschodnimi reżimami, co teoretycznie może się wydawać dziwne (bo przecież jeśli migranci na granicy polsko-białoruskiej byliby uchodźcami tzn. że rządy krajów, z których wyjeżdżali były opresyjne), jednakże tamtejsza logika rządzi się innymi prawami. Przekaz ten ma skłaniać do posłuszeństwa sugestią, że prawa człowieka i demokracja to kłamstwa rasistów.

Nieco inaczej wygląda rozłożenie akcentów wśród sunnickich monarchii skonfliktowanych z Iranem oraz pozostałych państw arabskich. Niemniej, również i w tym wypadku dominuje postrzeganie konfliktu przez pryzmat równowagi sił, przy całkowitym niezrozumieniu jego wymiary aksjologicznego. Znajomość historii regionu jest również niezwykle mała, co sprzyja rozpowszechnianiu przekonania, że Ukraina to w zasadzie część Rosji lub przynajmniej jej naturalnej strefy wpływów. To prowadzi do często przewijającej się konkluzji, że powodem wojny nie była uległość Zachodu wobec Rosji, co wpłynęło na jej błędną ocenę, że zachodni pacyfizm spowoduje brak zdecydowanej reakcji NATO i UE, lecz było nią jakoby to, że Zachód nie poszedł na ustępstwa wobec żądań Rosji. To z kolei zdeterminowało przekonanie, że rozwiązaniem konfliktu jest doprowadzenie do kompromisu zaspokającego część „obaw" Rosji w zakresie bezpieczeństwa (czyli cofnięcie się NATO z flanki wschodniej i uznanie Ukrainy za rosyjską strefę wpływów). Taki był właśnie cel misji dyplomatycznej delegacji Ligi Arabskiej, która na początku kwietnia odwiedziła Moskwę i Warszawę. Mimo bardzo wysokiego szczebla tej delegacji, w której skład wchodził Sekretarz Generalny Ligi Arabskiej, a także szefowie dyplomacji Egiptu, Jordanii, Iraku, Algierii i Sudanu, misja ta nie odegrała praktycznie żadnej roli i była całkowitym fiaskiem. Również w mediach arabskich widać było przekonanie o tym, że konieczne jest przywrócenie stanu równowagi i jak najszybsza normalizacja relacji polityczno-gospodarczych miedzy Zachodem i Rosją, a także skłonność do uznawania deklaracji Kremla za wiarygodne. Dzień po ujawnieniu ludobójstwa w Buczy brałem udział w dyskusji na antenie jednej z telewizji ze Zjednoczonych Emiratów Arabskich, w trakcie której sugerowano, powołując się na wypowiedź Pieskowa, że kompromis, pokój i rekoncyliacja rosyjsko-ukraińska są na wyciągnięcie ręki. Rozmowa zatem została sprowadzona na temat rzekomej konieczności i nieuchronności uznania rosyjskich „obaw" dotyczących jej bezpieczeństwa oraz powrotu do normalnych relacji gospodarczych, gdyż jakoby sankcje i embargo są zbyt szkodliwe dla globalnych stosunków handlowych by można taką politykę kontynuować. Nie był to przypadek odosobnimy. Takie podejście zdominowało narrację w świecie arabskim, a zrozumienie psychologicznego wpływu na europejską opinię publiczną rosyjskich zbrodni na Ukrainie, zburzonych miast i trupów, było znikome w regionie, w którym wojna, zbrodnie, terror, masakry itp. nie są niczym nadzwyczajnym.

Czytaj też

Polityczne stanowisko państw arabskich opierało się nie na aksjologii, lecz na kalkulacjach politycznych. Wprawdzie w głosowaniu nad potępieniem rosyjskiej agresji, poza wcześniej omówionymi państwami, tylko Sudan i Maroko wstrzymały się od głosowania (lub w nim nie wzięły udziału) ale już w głosowaniu nad zawieszeniem Rosji w Radzie Praw Człowieka jedynym państwem, które zagłosowało za była Libia. Większość, w tym Arabia Saudyjska, Katar, Zjednoczone Emiraty Arabskie, Jordania i Egipt, wstrzymały się od głosu lub nie wzięły udziału w głosowaniu. Autorytarne reżimy arabskie, które tradycyjnie były sojusznikami Zachodu, zaczęły dywersyfikować swoją politykę zagraniczną (tj. równoważyć ją relacjami z Rosją) w okresie rządów Obamy, co było związane z naciskiem w kierunku przestrzegania praw człowieka oraz amerykańską wizją demokratyzacji świata arabskiego w oparciu o kluczową rolę Bractwa Muzułmańskiego. Za czasów Trumpa ta tendencja jeszcze bardziej się zwiększyła, co wynikało z zapowiedzi Trumpa wycofywania sił USA z Bliskiego Wschodu. W tym kontekście sygnałem alarmowym było czasowe wycofanie się USA z Syrii Północno-Wschodniej w końcu 2019 r. w celu umożliwienia inwazji tureckiej na sojuszniczych wobec USA Kurdów. W rezultacie Rosja zajęła część amerykańskich baz w regionie kluczowym z punktu widzenia powstrzymywania ekspansji wpływów irańskich, co skłoniło monarchie Półwyspu Arabskiego do konkluzji, że trzeba się ubezpieczyć i negocjować tę kwestię z Rosją. Po wyborze Bidena, obawy wielu państw arabskich jeszcze bardziej wzrosły, w związku z jego krytyką autorytarnych reżimów, naruszeń praw człowieka, a także dążeniem do reaktywacji JCPOA i rolą Demokratów (w tym Bidena) w wycofaniu wsparcia USA dla wojny w Jemenie po ujawnieniu bombardowania celów cywilnych, w tym dzieci, przez saudyjskie lotnictwo.

W 2016 r. OPEC rozpoczął współpracę z Rosją w ramach formatu OPEC + i ta współpraca została utrzymana po wybuchu wojny na Ukrainie, mimo nacisków USA by zwiększyć wydobycie w celu zbicia cen. Kluczową rolę w wyznaczeniu takiej polityki odegrała Arabia Saudyjska i osobiście następca tronu Mohammad bin Salman, który nawet nie ukrywał, że chce uczynić afront USA w zemście za wcześniejszą krytykę ze strony Bidena (m.in. w kwestii zabójstwa Chaszukdżiego). Saudyjski książę wyraźnie liczy przy tym, że w 2025 r. do władzy powróci Trump, który zmieni politykę zagraniczną USA o 180 stopni, a kwestia rosyjska nie będzie dla niego priorytetem. Tymczasem Arabia Saudyjska „zwiera szeregi" z innymi tradycyjnymi sojusznikami USA, mającymi skomplikowane relacje z Bidenem i neutralnymi wobec wojny na Ukrainie tj. w szczególności z Turcją. To, że do wizyty Erdogana w Rijadzie i jego spotkania z Mohammadem bin Salmanem doszło akurat teraz nie było przypadkiem.

Kluczowe znaczenie dla (przeważnie arabskich) państw Bliskiego Wschodu i Afryki Płn. ma też wpływ wojny na ceny żywności, w związku z drastycznie zmniejszoną podażą pszenicy. Rosja jest największym eksporterem pszenicy, a Ukraina znajduje się 5 miejscu. Największym importerem ukraińskiej pszenicy był dotąd Egipt, ale duży udział w imporcie tego kluczowego produktu miały też inne państwa arabskie: Maroko, Tunezja, Jemen, Liban, Jordania czy Libia. Egipt jest też największym odbiorcą rosyjskiej pszenicy, którą ponadto kupuje też Turcja, Sudan, Jemen i Zjednoczone Emiraty Arabskie. Przytłaczająca większość pszenicy w Tunezji, Libii czy Libanie pochodzi z tych dwóch krajów. W Libanie ponad 60 % importu pszenicy pochodzi z Ukrainy, a 14 % z Rosji. Kraj ten znajduje się tymczasem od kilku lat w głębokim kryzysie ekonomicznym, mieszkańcy zaczynają uciekać na łódkach na Cypr, a za niespełna 2 tygodnie są tam wybory parlamentarne, przy głębokich podziałach etnosektariańskich i politycznych. W Iraku ceny żywności wzrosły o 20 %, a władze zostały zmuszone do podwyżki cen skupu pszenicy o 30 % by powstrzymać rolników do sprzedaży jej zagranicę. Podobna sytuacja kryzysowa ma miejsce w wielu innych krajach i tylko w niektórych z nich (a często też tylko częściowo) jest to rekompensowane wyższymi cenami ropy. Państwa te natomiast pamiętają, że w 2011 r. wzrost cen żywności był jednym z powodów wybuchu niezadowolenia społecznego i co za tym idzie tzw. Arabskiej Wiosny.

Czytaj też

Bliski Wschód i Afrykę Północną łączy z Rosją również wiele innych interesów, w tym wzrastające w ostatnich latach zainteresowanie rosyjską bronią. Egipt czy Turcja ale również Zjednoczone Emiraty Arabskie, są też celem rosyjskiej turystyki. O podejściu państw arabskich do sankcji nałożonych na Rosję dobitnie świadczy na przykład fakt, że w końcu kwietnia do Egiptu przybyła delegacja rosyjska w związku z budowaną tam przez Rosjan elektrownią atomową w Dabaa. Większość państw regionu nie wesprze jednak również otwarcie Rosji z obawy przed konsekwencjami ze strony USA. Inna rzecz, że ewentualna klęska Rosji w wojnie z Ukrainą może uruchomić szereg zdarzeń, które doprowadzą do gigantycznych zmian w regionie.

Komentarze