- ANALIZA
Rzeczywiste powody uderzenia na Iran
Nikt nie chce irańskiej bomby atomowej. Atak na Iran jest jednak naruszeniem prawa międzynarodowego i teraz Donald Trump musi udowodnić, że to naruszenie miało w ogóle sens.
Operacja „Epicka Furia” może być sukcesem albo jeszcze jedną amerykańską „pokojowo-wojenną inicjatywą” Trumpa, która nie przyniosła zakładanego rezultatu. I być może to właśnie dlatego prawdziwego celu przeprowadzonych nalotów na Iran jak na razie nie wskazano. Nie jest to zresztą sytuacja nowa, co zauważyli dziennikarze z CNN, według których „Donald Trump i jego zespół rzadko kiedy starali się przedstawić spójne uzasadnienie użycia siły militarnej”.
Jak na razie półoficjalnie wskazuje się, że w obecnych atakach Amerykanom chodziło o zniszczenie irańskiego potencjału atomowego, rakietowych systemów dalekiego zasięgu i marynarki wojennej, jak również o doprowadzenie do usunięcia reżimu ajatollahów. Po pierwszym uderzeniu nic nie wskazuje na to, by którykolwiek z tych celów został w pełni zrealizowany.
Czy po raz kolejny „zniszczono” irański potencjał atomowy?
Jak na razie nie ma żadnych informacji, co takiego zmieniono w sposobie atakowania Iranu, by wreszcie zakończyć program atomowy, realizowany przez to państwo. Trzeba bowiem pamiętać, że wszelkie poprzednie działania wobec irańskiego reżimu - zbrojne i polityczne (w tym precyzyjne naloty lotnicze), nie przyniosły zakładanych rezultatów.
Przykładem nieudanych działań politycznych może być porozumienie nuklearne, dotyczące kontroli irańskiego programu nuklearnego, zawarte 14 lipca 2015 roku pomiędzy Iranem i sześcioma mocarstwami oraz Unią Europejską. Dzięki temu porozumieniu inspektorzy ONZ otrzymali dostęp do irańskich instalacji atomowych za zniesienie części sankcji. Stany Zjednoczone wycofały się jednak z tego porozumienia już w 2018 roku (w czasie rządów Donalda Trumpa), co Iran natychmiast wykorzystał do przyśpieszenia swoich prac nad bronią jądrową, chociażby instalując kolejne wirówki oraz rozpoczynając budowę nowego ośrodka wzbogacania uranu.
Przykładem nieudanych działań zbrojnych może być próba przerwania irańskiego programu atomowego za pomocą nalotu przeprowadzonego przez Izrael i Stany Zjednoczone 13 czerwca 2025 roku. Zaraz po tym uderzeniu pochwalono się trafieniem w ośrodki nuklearne w Natanzu i Isfahanie, jak również w zakład wzbogacania paliwa w Fordow (w tym ostatnim przypadku wykorzystując bombowce B-2, które zrzuciły bomby GBU-57 o masie 13,6 ton).
Później Donald Trump stwierdził, że był to „spektakularny sukces militarny” oraz że irańskie obiekty wzbogacania uranu zostały „kompletnie i całkowicie zniszczone” („completely and totally obliterated”). Atak z 28 lutego 2026 roku jest potwierdzeniem, że tamta opinia była niezgodna z prawdą. I niestety, jest prawdopodobne, że taki sam, niewystarczający skutek będą miały obecne naloty. Jak na razie nie pochwalono się bowiem zniszczeniem wszystkich ważnych instalacji atomowych, skupiając się jedynie na „sukcesach” związanych z zabiciem kilku ważnych osób w Iranie oraz zniszczeniem różnego rodzaju instalacji rakietowych.
Autor. US Navy Photo
Czy jest możliwe zniszczenie zdolności rakietowych Iranu?
Kolejnym celem operacji „Epicka Furia” miało być zniszczenie potencjału rakietowego Iranu. Jako dowód opublikowano nawet filmy pokazujące uderzenia na irańskie wyrzutnie pocisków „ziemia-ziemia”, które miały zniszczyć połowę irańskiego potencjału rakietowego. Problem polega na tym, że te ataki nie rozwiązały problemu. Jeszcze tego samego dnia Iran wykonał bowiem uderzenie odwetowe, m.in. z wykorzystaniem rakiet balistycznych.
I nie ma w tym nic dziwnego. Jest bardzo prawdopodobne, że Irańczycy odpowiednio przygotowali się na ewentualny atak izraelsko-amerykański, ukrywając na swoim ogromnym terytorium systemy rakietowe, podobnie zresztą jak działają Ukraińcy w czasie wojny z Rosją. Dodatkowo Amerykanie nie wykonali nalotu „kontrbateryjnego” od razu, gdy z terenu Iranu zaczęły startować rakiety i drony w kierunku Izraela oraz baz amerykańskich na Bliskim Wschodzie.
Jak na razie nie ma też informacji z Izraela i USA, co konkretnie udało im się trafić. Wiadomo tylko, że od soboty Izraelczycy zrzucili około 4000 bomb i zaatakowali około 300 wyrzutni rakietowych. Z kolei Amerykanie poinformowali o zaatakowaniu przez nich około 2000 celów. Tymczasem w czerwcu 2025 roku od razu pochwalono się zniszczeniem irańskich baz rakiet balistycznych, które udało się zlokalizować w ostanie Kermanszach przy granicy z Irakiem. Okazuje się więc, że im dalej od miejsca pobytu Amerykanów, tym rozpoznanie irańskich pozycji ogniowych było już o wiele mniej precyzyjne.
Efekt tego był taki, że zarówno w czerwcu 2025 roku, jak i obecnie, Iran bardzo szybko odpowiedział na naloty, uderzając rakietami i dronami na Izrael oraz na bazy amerykańskie rozmieszczone w różnych państwach regionu. Mimo że te ataki zostały uznane przez wielu komentatorów za chaotyczne, to jednak spowodowały wymierne straty i niewątpliwie duże zamieszanie. Ponadto to kontruderzenie wcale nie było takie małe. Najbardziej ostrożne szacunki wskazują bowiem, że Iran wstrzelił w kierunku różnych państw Bliskiego Wschodu ponad pięćset rakiet balistycznych i manewrujących oraz ponad dwa tysiące dronów Szahid. Co więcej, te ataki trafiały w konkretne cele, w tym wojskowe (np. radary) podobno bronione przez silną obronę przeciwlotniczą.
Tylko Katar został zaatakowany w pierwszej dobie 65 rakietami i 12 dronami. Uderzenie 140 rakiet i 200 dronów poszło też na Zjednoczone Emiraty Arabskie, gdzie zginęły co najmniej trzy osoby, a 58 zostało rannych. Zaatakowano też Syrię, gdzie zginęły co najmniej cztery osoby, oraz Bahrajn i Kuwejt (gdzie zginęły dwie osoby). Rakiety i drony poszły też na Arabię Saudyjską, Irak, Jordanię, a nawet Cypr. Co więcej, te ataki irańskie są nadal prowadzone. Pomimo więc prawdziwego polowania, nie udało się zniszczyć wszystkich rakiet na wyrzutniach i teraz trzeba je zwalczać już po starcie. A to kosztuje o wiele więcej i niestety powoduje również straty na własnym terytorium.
Czy rakiety są dobrym sposobem na zmianę irańskiego reżimu?
Ze sposobu przeprowadzenia pierwszego uderzenia wynika, że Amerykanie i Izraelczycy postanowili usunąć panujący w Iranie reżim po prostu, zabijając najważniejsze osoby w państwie. Uderzono więc głównie w miasta (Teheran, Isfahan, Kom, Chorramabad), niszcząc m.in. siedzibę Najwyższego Przywódcy Alego Chameneiego (który zginął wraz z kilkoma współpracownikami), siedzibę prezydenta Iranu Masuda Pezeszkiana (który przeżył), Ministerstwo Obrony (zabijając ministra obrony Aziza Nasir Zadeha i szefa sztabu generalnego Abdulrahima Musawiego), Ministerstwo Wywiadu i Irańską Agencję Atomową. Celowano też w urzędy aktywnie współdziałające z irańskim rządem, w tym w wybrane budynki systemu sądowniczego.
W sumie zabito około 40 osób z najwyższego irańskiego kierownictwa, co w normalnym państwie mogłoby wzbudzić duże zamieszanie, jednak nie w Iranie. Państwo to jest bowiem przygotowane na tego rodzaju sytuację i bardzo szybko wybiera następców, którzy wcale nie muszą być przyjaźnie nastawieni do amerykańsko-izraelskich żądań.
W ataku na Iran zginął np. dowódca Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej gen. Mohammad Pakpura. Już tego samego dnia wybrano jego następcę, którym został zastępca Pakpura – generał Ahmad Wahidi. Jest to człowiek bezwzględnie podporządkowany reżimowi, który zresztą wcześniej był ministrem obrony i spraw wewnętrznych i za swoją działalność został objęty sankcjami Stanów Zjednoczonych i Unii Europejskiej. Jest bardzo prawdopodobne, że z podobnego klucza zostanie wybrany następca ajatollaha Ali Chameneiego.
Donald Trump oczywiście stwierdził, że nowe władze irańskie chcą przystąpić z nim do negocjacji pokojowych. Jednak dzień później Sekretarz Najwyższej Rady Bezpieczeństwa Narodowego Iranu Ali Laridżani zaprzeczył tym informacjom, potwierdzając, że Teheran nie zamierza negocjować z Amerykanami. Niestety, może to być sygnał, że kolejna izraelsko-amerykańska wojna znowu niczego definitywnie nie zmieniła.
Czy „pokój przez siłę” to prawidłowa droga prowadzenia polityki międzynarodowej?
Wojna wywołana w Iranie jest nowym etapem procesu niszczenia przez wielkie mocarstwa systemu politycznego, jaki został wprowadzony na świecie w XX wieku. Naruszane są bowiem kolejne zasady, które miały gwarantować suwerenność nawet tym najmniejszym krajom, znajdującym się obok bardziej agresywnego sąsiada. Dodatkowo przestają mieć jakiekolwiek znaczenie traktatowe zobowiązania, obietnice i gwarancje polityczne oraz słowa najważniejszych polityków.
Początkowo było to widoczne w przypadku takich państw jak Rosja, Iran, Irak, Syria czy Korea Północna. Ale później w ten sam sposób zaczął postępować również Donald Trump w Stanach Zjednoczonych. Jako pierwsza odczuła to mocno Ukraina, gdy amerykański prezydent całkowicie zignorował zobowiązania swojego poprzednika Billa Clintona wobec władz w Kijowie, wynikające z Memorandum Budapeszteńskiego. Później konsekwencje takiej polityki poniosły Wenezuela, a teraz ponosi Iran.
Za każdym razem było to związane z łamaniem prawa międzynarodowego, które ogranicza możliwość zbrojnego działania wobec innych państw praktycznie tylko do dwóch przypadków: w obronie własnej lub sojusznika i kiedy wyrazi na to zgodę Rada Bezpieczeństwa ONZ.
Teoretycznie wzorcową reakcją międzynarodową była więc pierwsza wojna w Zatoce Perskiej w 1991 roku, gdy pod egidą ONZ światowa koalicja (nie natowska) wyzwoliła mały Kuwejt, zajęty na polecenie Saddama Husajna przez wojska irackie w 1990 roku. Druga wojna w Zatoce Perskiej w 2003 roku już takim wzorcowym działaniem nie była, ponieważ działając bez mandatu ONZ, oparto się na nieprawdziwych informacjach o posiadaniu przez Irak broni masowego rażenia.
Nie ma też w prawie międzynarodowym czegoś takiego, jak uderzenie wyprzedzające, którym swoje działania wobec Iranu tłumaczą obecnie Izrael i Stany Zjednoczone. Taki argument daje bowiem zielone światło wszystkim silniejszym państwom, które w jakiś sposób mogą poczuć się zaniepokojone działaniami swoich mniejszych sąsiadów. W ten sam sposób Putin może przecież tłumaczyć swój ewentualny atak na Kraje Bałtyckie, czując się zagrożonym wzrastającą siłą Paktu Północnoatlantyckiego w tamtym rejonie Europy. Narażona jest także Polska, której ogromne inwestycje w siły zbrojne na pewno zostały zauważone na Kremlu.
Niebezpieczne jest także ignorowanie lub rozmywanie takich pojęć, jak: wojna i pokój. Przykładowo atak na Iran z 28 lutego 2026 roku Donald Trump nazwał „dużą bojową operację wojskową”. Tymczasem należy pamiętać, że czteroletnia, pełnoskalowa wojna, jaką Putin prowadzi na Ukrainie, jest przez niego nazywana „specjalną operacją wojskową”. Efektem wprost wywodzącym się z takiego podejścia jest wypowiedź Binjamina Netanjahu, że „najpierw przychodzi siła, potem pokój” oraz powtórzenie tego przez przedstawicieli Donalda Trumpa w ONZ, że „pokój zachowuje się przez siłę wobec terroru”.
Na porządku dziennym w wypowiedziach polityków zaczynają być również kłamstwa. Wcześniej z podawania nieprawdziwych informacji znani byli przede wszystkim Rosjanie z Władimirem Putinem na czele. Teraz do tej grupy dołączył Donald Trump, który kilka miesięcy temu stwierdził, że „działania mające na celu zmianę reżimu nie są planowane”. Teraz okazuje się, że atak na najwyższe władze Iranu był planowany od kilku miesięcy pomimo teoretycznie prowadzonych negocjacji, a sam termin uderzenia był znany od kilku tygodni.
Kto skorzysta tak naprawdę z ataku na Iran?
Największym problemem Donalda Trumpa może okazać się to, że w czasie ataku na Iran zginęło już sześciu amerykańskich żołnierzy, a kilkunastu zostało ciężko rannych. Teraz rzeczywiście musi udowodnić, że miał jakiś plan, który ostatecznie doprowadzi do upadku irańskiego reżimu. Duża grupa komentatorów ma nadzieję, np. że Amerykanom udało się dojść do porozumienia z częścią armii irańskiej, by to ona pomogła w obaleniu obecnych władz. Niestety ocena tego, co już się stało, wskazuje bardziej na działanie Trumpa w ciemno i na liczenie na szczęście, że Irańczycy sami się zmienią na lepsze.
Tymczasem trzeba bowiem dużego cynizmu, by namawiać Irańczyków do rewolucji kilka tygodni po tym, jak jedna ich rewolucja na ulicach już została krwawo stłumiona. Jest więc bardzo prawdopodobne, że amerykańskie ataki mogą się skończyć jako zupełnie niepotrzebny pokaz siły, opóźniający tylko budowę bomby atomowej przez Iran.
Dotychczas Amerykanie i Izraelczycy osiągnęli efekt odwrotny od zamierzonego. Nie bez powodu pierwsze informacje o swoich stratach, jakie przekazali Irańczycy, dotyczyły trafienia w szkołę podstawową dla dziewcząt w Minabie na południu Iranu, co spowodowało śmierć ponad 150 osób – w większości dzieci. I trzeba naprawdę dużo optymizmu, by myśleć, że pogrzeb tych dziewczynek Irańczycy potraktują jako sygnał wolności przesłany od Amerykanów.
Tym bardziej, że te straty mogą być o wiele większe. W czerwcu 2025 roku w nalotach izraelsko-amerykańskich miało zginąć w sumie 657 Irańczyków, natomiast uderzenia odwetowe na Iran pociągnęły za sobą co najmniej 24 ofiary śmiertelne. Z kolei dwudniowa operacja porwania Maduro w Wenezueli przyniosła śmierć około 80 osób. W obecnych atakach na Iran zginęło co najmniej 787 osób, a ponad 1000 zostało rannych. I z tych strat również będzie się musiał wytłumaczyć Donald Trump. Tym bardziej, że właśnie zginęli pierwsi Amerykanie.
Wcześniej uzasadnieniem jego operacji był jakiś chwytliwy powód, z którym nikt normalny nie powinien dyskutować, a więc zwalczanie narkotyków, likwidacja krwawego reżimu, czy też przerwanie niebezpiecznego programu nuklearnego. Problem polega na tym, że jak na razie żadna z wojennych operacji Trumpa niczego tak naprawdę nie zmieniła, a za każdym razem narusza powszechnie obowiązujące prawa międzynarodowe.
Autor. US Navy Photo
Sprawa jest poważna, ponieważ zagrożenia, które Amerykanie próbują rozwiązać zbrojnie, mogą wpłynąć na życie wielu ludzi, a w przypadku Iranu – na praktycznie cały świat. Nikt nie dyskutuje z tym, że trzeba zatrzymać irański program atomowy. Jednak jeżeli ten problem chce się załatwić rakietami, to trzeba to zrobić raz, a skutecznie. Co z tego, że Amerykanom udało się zatopić 17 okrętów, kiedy pomimo tego Iranowi udało się zablokować Cieśninę Ormuz. Zatrzymanie w ten asymetryczny sposób na wiele dni ponad 150 tankowców może pośrednio przyprzeć Amerykanów do ekonomicznego muru, a Trumpa postawić w bardzo złym świetle.
Po objęciu prezydentury obiecywał on przecież, że zakończy udział Amerykanów w przedłużających się konfliktach zbrojnych i nie zacznie kolejnych, niekończących się wojen. Jak widać, lepiej by było, gdyby Trump obiecał ciągłe wojny i też tego zobowiązania nie dotrzymał.




WIDEO: Chaos na Bliskim Wschodzie. Nadchodzi kolejna fala migracji?