- WIADOMOŚCI
Iran podpala region. Dlaczego? [ANALIZA]
Z militarnej i politycznej perspektywy strategia Iranu wydaje się absurdalna. Reżim ryzykuje wciągnięciem atakowanych rakietami i dronami państw w wojnę. Jednak wynika ona z doktryny Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej (IRGC). Dlaczego Iran podpala region?
Iran do tej pory próbował lub zaatakował terytorium: irackiego Kurdystanu, Iraku, Azerbejdżanu, Turcji, Syrii, Jordanii, Izraela, Kuwejtu, Arabii Saudyjskiej, Bahrajnu, Omanu, Kataru, Zjednoczonych Emiratów Arabskich oraz Cypru. Wytłumaczenie, że zaatakowano żołnierzy amerykańskich i izraelskich w regionie, jest nieprawdziwe. Zapewne wspólny mianownik większości celów to faktycznie bazy amerykańskie, ale nie da się ich atakować bez naruszenia przestrzeni powietrznej lub terytorium danego państwa.
Ponadto, Iran nie atakował ich wyłącznie dlatego, że są tam (lub nie) amerykańscy żołnierze albo ich sojusznicy, ale wiedział że wspomniane kraje będą zobowiązane odpowiedzieć atakami na Iran. Zazwyczaj państwa toczące wojnę obronną, i do tego słabsze technologicznie, starają się wciągać kraje trzecie do wojny na swoją stronę. Kluczem do zrozumienia dlaczego Iran zrobił na odwrót jest jedno słowo: islam.
Umma
W kręgu kulturowym islamu od wieków trwa rywalizacja o przewodniczenie „Ummie”, czyli muzułmańskiej wspólnocie. Obecnie rywalizacja o „Ummę” odbywa się w trójkącie Turcja-Arabia Saudyjska-Iran. Turcja z przyczyn militarno-geopolitycznych wyforsowała się na czoło tej rywalizacji, w rzeczywistości odtwarzając na niektórych granicach zasięg wpływów Imperium Osmańskiego, który był właśnie jednym z tworów państwowych jednoczących „Ummę”. Z pozycji narodowych, w podziałach choćby na Turków i Arabów, nie wygląda to tak, jak z perspektywy religijnej, gdzie w jednym organizmie państwowym znajdowała się znacząca liczba muzułmanów. Patrząc więc z perspektywy etnicznej na obecny konflikt zbrojny, widzimy go inaczej niż przy spojrzeniu z perspektywy religijnej.
Skoro operacja amerykańsko-izraelska uderza w teokratyczny reżim, to zagadnienia religijne w tej wojnie należy traktować poważnie. Po Turcji jest Arabia Saudyjska. Z przyczyn religijnych — bo posiadając na swoim terytorium święte miasta islamu (Mekkę i Medynę) — musi mieć aspiracje i ambicje, by przewodniczyć „Ummie”.
Iran do tego tercetu pasował najmniej, ponieważ to kraj szyicki, więc naznaczony konfliktem religijnym w łonie islamu od czasów potomków Mahometa. Ponadto Iran, choć zróżnicowany etnicznie, jest krajem „perskim”, a nie krajem Arabów i Turków – dwóch najbardziej witalnych etnosów w tym regionie. Zauważmy, że sunnici stanowią 85 proc. społeczności muzułmańskiej. Co prawda, poza tą trójką wymienić możemy także króla Jordanii Abdullaha II ibn Husajna, bezpośredniego potomka proroka Mahometa w 41. pokoleniu, ale ten polityczny realista, choć mógłby osobiście pilotować myśliwiec w nalotach na Teheran, konsekwentnie trzyma się z dala od bliskowschodnich awantur. Utrzymuje balans między postawą prozachodnią, a nie prowokowaniem ulicy.
Turcja jak Imperium Osmańskie?
Iran zaatakował Turcję i Azerbejdżan (choć wprost się do tego nie przyznaje) oraz regionalne emiraty Zatoki Perskiej (oficjalnie, nie kryjąc się z tym). Wszystkie te państwa, aby nie stracić na swym znaczeniu, muszą odpowiedzieć i wybrać środki odwetowe wobec Iranu. Tymczasem wciąż nie obserwujemy nalotów arabsko-tureckich na Teheran. Dlaczego? Wynika to z faktu, że w operacji „Epicka Furia” (kryptonim Amerykanów) i „Ryczący Lew” bierze udział Izrael. Uczestnictwo w operacji po stronie państwa znienawidzonego przez wspólnotę muzułmańską to „wiarołomność”, do której sprowokować Turków i Arabów chce Iran. Wówczas rządy tych państw stracą mandat do rywalizacji o „Ummę”, a w najgorszym przypadku mogą spotkać się z powtórką Wiosny Arabskiej. Zauważmy, że o ile elity tych państw są często prozachodnie, a nawet zgodne, że z Izraelem należy normalizować relacje (jak Arabia Saudyjska), to ulica już taka nie jest.
Narodowości dzielą „Ummę”, ale łączy ją np. postawa wobec sprawy palestyńskiej. To wojna Hamas-Izrael mobilizowała propalestyńskie muzułmańskie manifestacje na całym świecie. Turcja, z uwagi na skuteczność geopolityczną w regionie (pomoc muzułmańskim Azerom w walce z Armenią, obalenie klanu Assadów w Damaszku, obronienie rządu libijskiego), zaczęła rosnąć na pretendenta do nowego Imperium Osmańskiego. Radykalna krytyka Izraela, a nawet konwojowanie pomocy humanitarnej do Gazy, pomogły Turcji stać się państwem numer jeden w regionie w oczach „Ummy”. Iran, wraz z utratą tzw. żyznego półksiężyca (szyickiego węzła logistycznego via Irak i Syria do Libanu, czyli Hezbollahu), spadł w „Ummie” bardzo nisko. Zwłaszcza że jako kraj szyicki i tak był na jej marginesie.
Tyle że szyici też mają swój „dżihad” (choć jest on inaczej zarządzany niż w sunnizmie), a „dżihadystami”, a raczej uczestnikami religijnej wojny, w Iranie są etatowi gwardziści Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej (IRGC). Iran wspierał przecież sunnicki Hamas. Iran to rewolucyjna (uliczna) teokracja (duchowa), Turcja to świecka, w teorii, republika, a dom Saudów to dziedziczna dynastia. Charakter rządów irańskich to rewolucja uliczna połączona z dżihadem. IRGC więc podpala region celowo, prowokując inne państwa muzułmańskie, by zdezawuować elity tych krajów jako sojuszników Izraela. By pchnąć ulicę i duchownych na tory rewolucyjne. By wsadzić te państwa do jednego bloku militarnego z Izraelem.
Jest to katastroficzne dla obywateli Iranu, ponieważ są żywymi tarczami tej koncepcji, ale po śmierci Alego Chameneiego widać, że u władzy utrzymali się radykałowie. To IRGC ma najwięcej do powiedzenia, jak prowadzić obronę i to właśnie Strażnicy realizują. Niestety, dżihad IRGC nie kończy się wraz z topnieniem arsenału rakiet balistycznych. Iran wciąż posiada sieć potencjalnych terrorystów, którzy mogą dokonywać zamachów i aktów sabotażu. Szyici w Bahrajnie świętowali, gdy do kraju dolatywały pociski z Iranu, a lokalni emirowie wciąż nie włączyli się do wojny. IRGC uznaje więc, że plan jest realizowany, bo zasiał strach w regionie. Rzecz jasna, uderzenie w interesy gospodarcze regionu czy przesycenie jego obrony przeciwlotniczej, to ważne czynniki w wojnie, ale nie lekceważmy aspektów religijnych.


WIDEO: F-35 vs. JAK-130 | Fregata tonie | Kuwejt strąca F-15 - Defence24Week #151