- KOMENTARZ
- WIADOMOŚCI
Rosyjskie drony and Europą. NATO bezradne, a Kreml się śmieje
Po czterech latach wojny na Ukrainie Europa nie znalazła sposobu na rosyjskie drony i rakiety, które wlatują w natowską przestrzeń powietrzną bez żadnych konsekwencji dla Rosji.
Autor. Artur Rosiński/NewsMap.pl
Uderzenie rosyjskiego drona w budynek mieszkalny w Gałaczu w Rumunii nie powinno być dla nikogo zaskoczeniem. W ciągu ponad czterech lat ukraińskiej wojny nie wprowadzono bowiem w krajach NATO systemu antydronowego, który by przed tego rodzaju zagrożeniami skutecznie chronił, i nic też nie wskazuje, by taki system w najbliższym czasie został gdzieś wdrożony. Ignoruje się przy tym doświadczenia ukraińskie, które wyraźnie pokazują, co jest skuteczne przeciwko takiemu zagrożeniu i jak taką obronę trzeba zorganizować. Dodatkowym wskazaniem jest to, by rosyjskie bezzałogowce zwalczać środkami, które są od nich tańsze.
Z powodu tej „bezczynności” wszyscy w krajach NATO podskórnie czuli, że do takiego zdarzenia jak w Rumunii prędzej czy później dojdzie i że różnego rodzaju statki powietrzne lecące z Federacji Rosyjskiej nie zawsze będą spadały w lasach i na terenach niezamieszkałych. Oczywiście padło na rumuński Gałacz, ale równie dobrze rosyjski dron mógł uderzyć w Chełm, Przemyśl, Zamość lub nawet Rzeszów. Jednak czy w tego rodzaju wypadkach powinno się liczyć na szczęście?
Sytuacja staje się o tyle niebezpieczna, że Rosjanie od pewnego czasu wzięli sobie za cel przerzutowe szlaki logistyczne, którymi z Zachodu płynie pomoc dla Ukrainy. Ich drony i rakiety zaczynają więc w coraz większej liczbie uderzać w cele znajdujące się kilkadziesiąt lub nawet kilkanaście kilometrów od granic Polski, Słowacji, Węgier i Rumunii, a więc może się zdarzyć, że jakaś część z nich poleci dalej i spadnie już poza Ukrainą.
Nie przypadek ale działanie z premedytacją
Problemem może być również to, że duża część tych bezzałogowców nie nadlatuje przypadkowo, np. będąc zakłócona ukraińskimi systemami walki radioelektronicznej lub w wyniku wadliwie działającego systemu nawigacyjnego. Jest bardzo prawdopodobne, że Rosjanie specjalnie wysyłają swoje drony nad poszczególne kraje NATO, by spenetrować natowską przestrzeń powietrzną, sprowokować i sprawdzić systemy obrony przeciwlotniczej oraz wzbudzić niepokój wśród ludności cywilnej, wywołując przy tym awanturę polityczną (szczególnie w Polsce).
O nieprzypadkowości takiego działania może świadczyć kilka czynników. Po pierwsze, oficjalnie nie odnotowano upadku dronów z Rosji w krajach graniczących z Ukrainą, rządzonych przez prorosyjskich polityków: na Słowacji i na Węgrzech. Podobnie omijana jest Bułgaria – prawdopodobnie ze względu na ludność tego kraju, która zasadniczo jest przyjaźnie nastawiona do Rosjan. I to omijanie bułgarskiego terytorium wcale nie wynika z dużej odległości od obszaru, gdzie toczą się walki, ponieważ rosyjskie drony spadły już kilkakrotnie na terytorium znajdującej się dalej Turcji.
Trzeba przy tym podkreślić, że Rosjanie często wysyłają swoje drony nad Morze Czarne, o czym świadczą szczątki ich bezzałogowców, co jakiś czas wyrzucane przez fale na bułgarskie plaże. Te działania rozpoznawcze są jednak prowadzone w sposób kontrolowany i w bezpiecznej odległości od brzegów Bułgarii.
Zobacz też

Zastanawiające jest również to, że wszystkie rosyjskie systemy bezzałogowe, jakie dotąd były odnalezione w krajach NATO, były pozbawione głowicy bojowej. Trudno jest więc zakładać, że tylko takie drony się Rosjanom psują, a tym bardziej, że tylko takie drony są wysyłane nad zachodnią Ukrainę (bo to nie miałoby żadnego sensu). Rosyjska taktyka zakłada prawdopodobnie, że mają one wyrządzić jak najmniejsze szkody fizyczne, by protesty dyplomatyczne były mało skuteczne. Bardziej dla Rosjan liczą się wysokie koszty, jakie NATO ponosi, próbując zwalczać ich nadlatujące bezzałogowce (związane przede wszystkim z wysyłaniem samolotów bojowych), jak również zamieszanie, jakie ich upadek wywołuje w poszczególnych państwach.
Wyjątkiem ma być dron, który uderzył w Gałacz, ponieważ według rumuńskich komunikatów miał on już posiadać głowicę bojową. Jeżeli okaże się to prawdą, to powinien być to kolejny sygnał alarmowy dla Polski. „Zaatakowane” rumuńskie miasto znajduje się bowiem 15-20 km od granicy z Ukrainą, czyli podobnie jak polskie miasta: Chełm czy Przemyśl.
Zobacz też

Czy jesteśmy bezradni wobec działania Rosji?
Niestety NATO nie wypracowało skutecznych sposobów, by zabezpieczyć się przed tego rodzaju incydentami. Rosjanie mają więc poczucie pełnej bezkarności i w pierwszej kolejności należy doprowadzić do tego, by ta bezkarność się skończyła. Protesty dyplomatyczne tu w żaden sposób nie pomogą, ponieważ cynizm, bezczelność i kłamstwo to od wielu lat trzy filary rosyjskiej polityki zagranicznej. Trzeba wymyślić coś innego, co dotkliwie dotknęłoby przede wszystkim walący się już rosyjski budżet.
Po drugie, trzeba wreszcie wprowadzić skutecznie działający system antydronowy i to najlepiej w oparciu o doświadczenia ukraińskie. W czasie pokoju powinny być to przede wszystkim systemy niekinetyczne (w tym przede wszystkim walki elektronicznej) oraz tanie drony przechwytujące, rozmieszczone wzdłuż całej granicy z Ukrainą. Jest to zresztą o wiele tańszy środek przeciwdziałania niż systemy rakietowe, których wprowadzenie wymaga dodatkowo bardzo dużo czasu. Sprawa jest o tyle łatwa, że na Ukrainie taki system antydronowy już został stworzony. Można więc tylko powielić jego organizację, wybierając do tego najbardziej efektywne w tych działaniach środki.
Po trzecie, trzeba całą sprawę uznać za priorytet, nie deklarując rewolucji dronowej, ale ją rzeczywiście realizując. Dowodem na tę „deklaracyjność” może być plan budowy baterii antydronowych San, które swoim skomplikowaniem organizacyjnym i technicznym w żaden sposób nie zapewnią obrony polskim miastom w ciągu kilku najbliższych miesięcy. A przez wcześniejsze opóźnienia w podejmowaniu decyzji my więcej czasu na przygotowanie obrony naszych miejscowości już po prostu nie mamy.




WIDEO: No to lecimy - zobacz gdzie!