Siły zbrojne

Rok 2020 w polskim lotnictwie: Czekamy na F-35, ale co poza tym?

Fot. Juliusz Sabak
Fot. Juliusz Sabak

Podsumowując rok 2020 z perspektywy sił powietrznych można powiedzieć krótko: F-35 i długo, długo nic więcej. Najważniejsza co najmniej od 17 lat decyzja przyćmiła wszystko inne, łącznie z zakupem pierwszych baterii Patriot o podobnej wartości zaledwie dwa lata temu. Te wyczekiwane wyspy nowoczesności toną jednak w morzu stagnacji, faz analityczno-koncepcyjnych i odwlekanych zakupów. Na ten obraz nakłada się starzejąca flota pozostałych statków powietrznych i archaiczne systemy przeciwlotnicze, których średnia wieku przekroczyła już 40 lat.

Piąta generacja motorem modernizacji?

Z perspektywy sił powietrznych lotnictwo taktyczne to wyspa najnowszych technologii, ale z punktu widzenia całych polskich sił zbrojnych to istny archipelag wulkaniczny, reprezentujący wiodące technologie. Do 48 samolotów Lockheed Martin F-16C/D Block 52+ dołączą w 2026 roku pierwsze maszyny 5. generacji Lockheed Martin F-35A Lightning II. 31 stycznia 2020 roku w Dęblinie zawarto wartą 4,6 mld dolarów umowę, dotyczącą zakupu 32 takich maszyn. „Dołączamy do elitarnego grona państw, które posiadają F-35, a więc samoloty stanowiące swoiste centra dowodzenia, samoloty wyróżniające się interoperacyjnością” – chwalił się w dniu zawarcia umowy minister obrony Mariusz Błaszczak, i trudno nie przyznać mu racji. Jest to z pewnością najważniejszym wydarzeniem od czasu podpisania w 2003 roku umowy na F-16. Zmiana generacyjna i jakościowa, szczególnie gdy wiąże się z wycofaniem posowieckich MiGów-29. Jest jednak jak zwykle niejedno „ale”.

Pierwsza kwestia – techniczna, to brak nowoczesnej infrastruktury, zarówno lotniskowej jak i niezbędnej do wymiany informacji, zbierania ich i agregowania przez Siły Zbrojne RP. Te funkcje „swoistego centrum dowodzenia” i „interoperacyjności” posłużą przede wszystkim sojusznikom, takim jak siły zbrojne USA. Realnie jedynie F-16, m.in. dzięki modernizacji systemów wymiany danych związanej z kontraktem na pociski JASSM, będą szerzej współpracowały z F-35.

Fot.SSgt Ian Houlding GBR Army/SFJZ13/NATO/flickr
Fot.SSgt Ian Houlding GBR Army/SFJZ13/NATO/flickr

Drugi, z szerszej perspektywy chyba nawet większy problem, to koszty. W bieżącym roku przeznaczono już na „ratę za F-35” niemal 2 mld złotych, czyli około 15% rocznego budżetu na modernizację techniczną całych sił zbrojnych. Łącznie w ciągu najbliższej dekady wydamy na ten cel ponad 17,5 mld PLN, co będzie z pewnością ograniczeniem modernizacji w innych, co najmniej równie istotnych obszarach. Co ważne, nie jest to wcale koniec, ale dopiero początek wydatków. W umowie jest co prawda pakiet szkoleniowy oraz wsparcie eksploatacji, włącznie z nowoczesnymi symulatorami Full Mission Simulator czy systemem logistycznego wsparcia ALIS, jednak dostosowanie baz i innej infrastruktury do nowych maszyn to wydatek szacowany przez MON na kolejne 0,8-1,7 mld zł a kolejnych kilka miliardów może kosztować uzbrojenie dla F-35. Można brać hasło MON „z niczego nie rezygnujemy” za dobrą monetę, ale realnie budżet nie jest z gumy. Szczególnie, gdy finanse państwa ogromnie obciążają koszty walki ze skutkami COVID-19.

Reklama
Reklama

W tym kontekście pod znakiem zapytania stają na przykład zapowiadane do niedawna zakupy kolejnych samolotów F-16 oraz niezbędna, o czym szeroko pisał niedawno redaktor Jacek Simiński, modernizacja posiadanej przez Polskę floty F-16 Block 52+. Chodzi o tak zwany MLU – Mid Life Upgrade, czyli tłumacząc dość dosłownie, pakiet modernizacyjny w środkowej fazie „życia” sprzętu. Chodzi po prostu o dostosowanie maszyn do najnowszych obecnie rozwiązań. Częściowo przeprowadzono takie prace w ramach potężnego pakietu zmian ujętego w kontrakcie na pociski JASSM, jednak nie zdecydowano się wówczas na najbardziej kosztowne zmiany, takie jak np. radar AESA. Podobne procesy przechodzą dziś amerykańskie, greckie czy tajwańskie F-16.

Więcej Bielików, Iskry na emeryturze

Flota nowoczesnych samolotów bojowych 4. a niebawem również 5. generacji wymusiła modernizację lotnictwa szkolnego. Obecnie Polska dysponuje jednym z najnowocześniejszych systemów szkolenia pilotów lotnictwa taktycznego w Europie, którego kluczowym elementem są samoloty szkolenia zaawansowanego Leonardo M-346 Bielik. Są to maszyny z cyfrową awioniką, zdolne do symulowania działania wielu systemów uzbrojenia oraz łączenia szkolenia wirtualnego i realnego, w tym poprzez „połączone loty” i wspólne wykonywanie symulowanych misji przez samoloty M-346 i symulatory.

image
M-346 Bielik i TS-11 Iskra, czyli przeszłość i przyszłość. Fot. J.Sabak

Bieliki zastąpiły w szkoleniu pilotów samolotów odrzutowych legendę polskiego lotnictwa, czyli maszyny TS-11 Iskra. Były one produkowane w latach 1964-1987 w zakładach PZL Mielec. Łącznie wyprodukowano 400 egzemplarzy, z czego 50 wyeksportowano w latach 70. do Indii. Te piękne, ale już zdecydowanie przestarzałe, całkowicie analogowe samoloty nadal pozostaną w akrobacyjnymi w zespole "Biało-Czerwone Iskry", ale ostatecznie wycofano je ze szkolenia pilotów 9 grudnia 2020 roku, gdy odbyło się oficjalne pożegnanie w 41. Bazie Lotnictwa Szkolnego w Dęblinie.

Było to możliwe, dzięki uzupełnieniu 8 samolotów M-346 Bielik zakontraktowanych w 2014 roku o kolejne 4 objęte prawem opcji w marcu 2018 roku. Ich dostawy zakończyły się w listopadzie bieżącego roku, zwiększając liczbę eksploatowanych maszyn do 12. W grudniu 2018 roku MON zdecydował się zamówić kolejne 4 samoloty, które zostaną dostarczone do października 2022 roku. Wówczas flota samolotów szkolnych w Siłach Powietrznych będzie składała się z 16 odrzutowych samolotów szkolenia zaawansowanego M-346 Bielik i 28 turbośmigłowych Orlików PZL-130 TC-II Advanced. W tej dziedzinie Szkoła Orląt i 41. BLSz w Dęblinie stają się kolejną wyspą nowoczesności. Selektywnie, gdyż w zakresie szkolenia np. pilotów śmigłowców wojskowych musi polegać na wiekowych śmigłowcach Mi-2, które kilka lat temu świętowały 50 lat służby.

Śmigłowcowa stagnacja – wiecznej fazy analityczno-koncepcyjnej

Temat pół wieku służby Mi-2 bez realnej wizji następcy, wstrzymanej modernizacji maszyn W-3 Sokół i innych nie mogących się zakończyć programów modernizacji floty śmigłowcowej poruszałem w 2020 roku wielokrotnie, tak więc przemknę przez nie w telegraficznym skrócie. 2019 rok to m. in. homeopatyczne na tle potrzeb sukcesy.  Zamiast zerwanego w 2016 roku zakupu 70 maszyn wielozadaniowych udało się kupić i dostarczyć 4 śmigłowce Sikorsky S-70i Black Hawk dla Wojsk Specjalnych oraz zamówić dla Marynarki Wojennej 4 maszyny morskie Leonardo Helicopters AW101.

Okolicznościowe malowanie Mi-2 z okazji 50 lat służby. Fot. PZL Świdnik
Okolicznościowe malowanie Mi-2 z okazji 50 lat służby. Fot. PZL Świdnik

W 2020 roku nadal w zawieszeniu pozostaje, regularnie ogłaszany priorytetowym, program pozyskania śmigłowców uderzeniowych Kruk. W fazie analityczno-koncepcyjnej utknęła również modernizacja śmigłowców Mi-24, która jednak powiązana jest ściśle z mającymi się zakończyć w 2021 roku próbach zmęczeniowych struktury kadłuba Mi-24 realizowanych przez PZL Świdnik.

Pojawiły się natomiast dwa nowe programy śmigłowcowe. Najważniejszym, bo obejmującym szeroką grupę lekkich śmigłowców wielozadaniowych, mających pełnić zarówno role maszyn szkolnych jak też uzbrojonych maszyn wsparcia i śmigłowców rozpoznawczych, dowódczych oraz transportowych jest program Perkoz. Wszedł on dotąd w fazę analityczno-koncepcyjną i może doprowadzić do wypełnienia istotnych luk w możliwościach operacyjnych lotnictwa Wojsk Lądowych i nie tylko. Dziś jednak trudno powiedzieć, jak i kiedy zakończy się ten program, choć z pewnością wzbudził ogromne zainteresowanie oferentów. Jest to okazja na wprowadzenie do służby kilkudziesięciu nowoczesnych maszyn i zdobycie ważnego przyczółka w walce o kolejne kontrakty. Należy mieć nadzieję, że MON w pełni wykorzysta potencjał negocjacyjny tego programu.

Drugim ciekawym i perspektywicznym programem jest Kondor, czyli program kolejnej mikrofloty śmigłowców dla Marynarki Wojennej. Tym razem chodzi o maszyny pokładowe, przeznaczone przede wszystkim do zwalczania okrętów podwodnych i nawodnych. Kosztownie wyposażone, silnie uzbrojone maszyny w liczbie 4 z opcją na kolejne 4, to zakup potrzebny ale raczej nie najbardziej priorytetowy obecnie. Może jednak potencjalnie zrewitalizować przynajmniej część możliwości operacyjnych Marynarki Wojennej, których realizacja przez zamówione w ubiegłym roku 4 śmigłowce AW101 jest raczej wątpliwa, gdyż taka liczba realnie wystarczy jedynie do zastąpienia Mi-14 w roli maszyn SAR.

Na tym tle warto przypomnieć, że Wojska Lądowe nadal nie doczekały się ani jednej nowej maszyny wielozadaniowej czy transportowej w miejsce anulowanego zamówienia na śmigłowce Caracal. Jest to temat który będzie coraz bardziej naglący, w miarę jak ze służby schodzić będą kolejne maszyny Mi-8 i Mi-2, których eksploatacji nie da się w nieskończoność przedłużać. Tymczasem, wbrew opiniom niektórych decydentów, maszyny wielozadaniowe są kluczowe w nowoczesnych operacjach wojskowych.

Bezzałogowce bez planu?

Jak pokazał dobitnie konflikt w Górskim Karabachu, co najmniej równie istotne są we współczesnych  konfliktach zbrojnych systemy bezzałogowe, szczególnie klasy mini oraz taktyczne. Ponieważ jest to relatywnie tani środek skokowo zwiększający świadomość sytuacyjną i możliwości operacyjne, większość armii intensywnie zwiększa liczbę bezzałogowców różnych klas, ale nie polskie siły zbrojne. Choć obecny rząd uznał bezzałogowe systemy latające za jeden z priorytetów rozwoju gospodarki, to obserwujemy specyficzny rodzaj chaosu zakupowo-organizacyjnego pokazujący brak planu. W Polsce funkcjonują firmy wyspecjalizowane w produkcji bezzałogowców, a nawet eksporterzy o światowej renomie, a mimo to żaden z czterech najważniejszych programów bezzałogowców zawartych w PMT nie zakończył się dostawami maszyn, choć jeszcze dwa lata temu MON zapowiadał że w latach 2020-2022 będą realizowane dostawy.

Fot. Grupa WB
Fot. Grupa WB

Jak informuje Inspektorat Uzbrojenia w programie taktycznych systemów bezzałogowych Gryf zakończono już fazę analityczno-koncepcyjną i rozpoczęły się w drugiej połowie 2020 negocjacje z potencjalnymi dostawcami. Nie wiadomo jednak jacy to dostawcy i czy określono jakieś terminy, gdyż są to informacje niejawne. Natomiast wiadomo, że program bsl klasy MALE o kryptonimie Zefir ma być kontynuowany „w dalszej kolejności”.

W 2018 roku zawarto umowę na taktyczne systemy krótkiego zasięgu Orlik, które miały być dostarczane od 2021 roku przez konsorcjum PGZ, WZL nr. 2 i PIT-RADWAR. Dziś jednak wiadomo, że program ten znalazł się na zakręcie. Konsorcjum realizujące projekt jest zmuszone do opracowania de facto nowej platformy nośnej – co odsuwa dostawy tego tak bardzo potrzebnego armii bezzałogowca w czasie. Umowa została prolongowana, a oficjalnym powodem są opóźnienia związane z pandemią COVID-19.

„Negocjacje z konsorcjum, którego liderem jest PGZ S.A, dotyczące pozyskania Bezzałogowych Statków Powietrznych klasy mini kr. WIZJER nie zostały jeszcze zakończone. Przewiduje się, że umowa zostanie zawarta w 2021 r., jednak dokładny termin zawarcia uzależniony jest od przebiegu negocjacji z Wykonawcą.” – poinformował w listopadzie rzecznik Inspektoratu Uzbrojenia mjr. Krzysztof Płatek. Najprawdopodobniej oznacza to wprowadzenie do służby płatowców rodziny NeoX i pewien postęp w tym kluczowym temacie, zwiększenia nasycenia sił zbrojnych maszynami tej klasy. W artylerii i Wojskach Obrony Terytorialnej w tej kategorii stosowane są bsl FlyEye produkcji Grupy WB. WOT posiada również 100 z zapowiedzianego 1000 systemów amunicji krążącej Warmate. Jest to jedyny typ amunicji krążącej w wojsku Polskim, chociaż jak wynika z nieoficjalnych informacji uzyskanych przez Defence24, trwają w Inspektoracie Uzbrojenia prace nad programem amunicji krążącej o kryptonimie Gladius, której zasięg ma wynosić co najmniej 40 km.

Ciekawy los spotkał postępowanie dotyczące bezzałogowców pionowego startu klasy mikro pod kryptonimem Ważka, w którym na koniec stycznia 2020 roku było 9 oferentów, z których wybrano 2 i wyłoniono zwycięzcę. W kwietniu anulowano wynik i ponownie oceniono oferty, skutkiem czego było zawarcie we wrześniu umowy na 6 zestawów MayFly firmy Asseco Poland, które w 2021 roku mają trafić do Wojsk Specjalnych. W skład każdego zestawów wchodzą: dwa systemy zasadnicze, dwa systemy zapasowe oraz jeden zestaw stacji kierowania i kontroli a łączna wartość umowy to 4, 6 mln zł. Niewiele, jak na postępowanie prowadzone dwukrotnie i trwające łącznie 5 lat.

Na koniec homeopatyczna wisienka na torcie jaki stanowią bezzałogowce, czyli uruchomione w grudniu 2020 roku postępowanie na śmigłowce bezzałogowe dla Marynarki Wojennej. Maszyna ma być uzbrojona i zdolna do lądowania na okrętach. Piszę „maszyna”, gdyż chodzi o jeden bezzałogowiec z opcją na następną maszynę. Wygląda na to, że mikrofloty to domena śmigłowców dla Marynarki Wojennej. Również tych bezzałogowych.

Lotnictwo transportowe i specjalne – opóźnienia i zaniechania

W kwestii możliwości transportowych polskiego lotnictwa nie zmieniło się niestety nic, ale trwają rozmowy, dostawy i opóźnienia. W kwestii tych ostatnich w związku z pandemią opóźni się co najmniej do marca 2021 roku dostawa samolotów dwóch samolotów Boeing737-800/BBJ2, które miały przylecieć do Polski we wrześniu i listopadzie 2020 roku. Stało się to pretekstem do przedłużenia do końca 2021 roku leasingu od PLL LOT za 99 mln zł samolotów Embraer ERJ-175 w konfiguracji do przewozów HEAD i VIP.

Polski C-130E Hercules lądujący w 33. BLTr. Fot. U.S. Air Force
Polski C-130E Hercules lądujący w 33. BLTr. Fot. U.S. Air Force

Opóźni się również, choć nikt nie jest w stanie powiedzieć jak bardzo, zakup nowych samolotów transportowych realizowany w ramach programu o kryptonimie Drop. Dialog techniczny zapoczątkowany niespodziewanie w roku 2019, równie niespodziewanie został wstrzymany w lipcu 2020 roku. Informacja jaka uzyskaliśmy z Inspektoratu Uzbrojenia w tej sprawie była nader lakoniczna - "w związku z redefinicją Wymagania Operacyjnego faza analityczno-koncepcyjna dla zadania dotyczącego pozyskania średnich samolotów transportowych DROP została wstrzymana, a dalsze prace związane z programem będą prowadzone zgodnie z założonymi przez Siły Zbrojne RP terminami zawartymi w obowiązujących w resorcie obrony narodowej niejawnych dokumentach planistycznych." 

O ile Drop jak się wydaje spadł z aktualnego planu, to nadal brakuje informacji na temat postępów w zakresie pozyskania używanych C-130H Hercules. Jak się zadawało od niemal roku sprawa jest na ostatniej prostej. Używane maszyny z zapasów USAF mają zastąpić niemal „zarżnięte” intensywną eksploatacją i pamiętające wojnę wietnamską C-130E Hercules, które Polska otrzymała w prezencie od sił powietrznych USA w 2009 roku. Osobiście mam nadzieję, o czym pisałem już kilkukrotnie, że C-130H dla Polski zostaną zmodernizowane tak, jak samoloty tego samego typu pozostające w amerykańskim lotnictwie i gwardii narodowej.

Inspektorat Uzbrojenia prowadzi dialog w kwestii modernizacji i unifikacji całej floty polskich C-295, co byłoby dobrym ruchem, znacznie podnoszącym ich możliwości. Brak jest jednak szczegółowych informacji również w tym temacie. 

 Nie doczekaliśmy się także w 2020 roku rozstrzygnięcia tak ważnej kwestii jak pozyskanie samolotów rozpoznawczych Płomykówka oraz morskich maszyn patrolowych Rybitwa. Kwestie rozpoznania, mimo że kluczowe, są w naszym kraju poważniej zaniedbane i nie doczekały się kompleksowych rozwiązań. Podobnie jak transport strategiczny i tankowanie w locie. Gdyby za czasów ministra Antoniego Macierewicza Polska nie zrezygnowała z udziału w międzynarodowym programie wspólnej eskadry samolotów Airbus A330 MRTT, to dziś moglibyśmy korzystać z tych 3 już dostarczonych dotąd samolotów NATO MFF (Multinational MRTT Fleet). Tymczasem ogłoszony przez MON program latającego tankowca pod kryptonimem Karkonosze jest w fazie bliżej nieokreślonej a w temacie transportu strategicznego ludzi i ładunków na dystansie do 15 tys. km wojsko rozpisało przetarg i będzie korzystać z przewoźników zewnętrznych. Nasze możliwości nie tylko kurczą się, ale pozbawione są perspektyw i ciągłości, co zagraża bezpieczeństwu kraju.

Przeciwlotniczy impas, czyli zator w Wiśle i „sucha” Narew

Podobnie kurczące się możliwości i niezrealizowane plany to niestety kwestia kluczowej dla wszelkich działań operacyjnych obrony przeciwlotniczej.

S-125 Newa-SC. Fot. M.Dura
S-125 Newa-SC. Fot. M.Dura

Głównym problemem jest brak wiążących decyzji, na przykład w sprawie programu obrony powietrznej krótkiego zasięgu Narew. Ma on zostać zrealizowany ze znacznie większym udziałem polskiego przemysłu, niż w wypadku Wisły, która miała dać impuls technologiczny do takich działań. Niestety Wisła utknęła w fazie negocjacji offsetowych związanych z pierwszą fazą, w której zakontraktowano w 2018 roku 2 baterie wraz z systemem zarządzania obroną powietrzną IBCS i ponad 200 pociskami PAC-3 MSE, przeznaczone do zwalczania najtrudniejszych celów, takich jak rakiety balistyczne. Kosztuje nas to 4,75 mld dolarów, czyli ok. 16,1 mld zł, a więc niewiele mniej niż wspomniane na początku samoloty F-35. A jest to mniej niż połowa minimalnych potrzeb, pozwalająca na skuteczną, dookólną ochronę 2, lub sektorową ochronę 4 odrębnych celów. Tymczasem samych baz lotnictwa taktycznego mamy w Polsce 5. Oprócz tego jest przecież stolica, ważne ośrodki przemysłowe, duże miasta, porty i wiele innych. W drugiej fazie, która nie doszła jak dotąd do skutku, planowany jest zakup kolejnych 6 baterii oraz szerszy transfer technologii, w tym dotyczący bardziej ekonomicznych pocisków.

Narew, pomimo wypracowania przez Inspektorat Uzbrojenia rekomendacji, oficjalnie nie wyszła poza fazę analityczno-koncepcyjną. Tymczasem jest to najszerszy program, który nie tylko trafi do różnych rodzajów sił zbrojnych, co wymusza współpracę z IBCS ale też z systemami niższego szczebla jak wyrzutnie pocisków bardzo krótkiego zasięgu Poprad czy dotąd nieokreślonych zestawów Sona, które mają zastąpić pojazdy ZSU-23-4MP Biała. Narew zapełni najbardziej rozbudowane piętro obrony powietrznej, co oznacza co najmniej kilkanaście baterii i ponad 2 tys. pocisków. Narew ma zastąpić posowieckie systemy, takie jak Newa czy Kub, których średnia wieku przekroczyła już 40 lat. Ich eksploatacja jest coraz bardziej ryzykowna z roku na rok a skuteczność bardziej niż wątpliwa.

Fot. PIT-RADWAR
Fot. PIT-RADWAR

Ten gorzki obraz osładza nieco stale poprawiająca się sytuacja na najniższych szczeblach OPL, za które odpowiadają Wojska Lądowe. Systematycznie do jednostek trafiają krajowe, nowoczesne systemy przeciwlotnicze bardzo krótkiego zasięgu Poprad. Są one uzbrojone w krajowe rakiety i wsparte polskimi radarami oraz systemem dowodzenia. Ruszył też, na razie w formie dialogu technicznego, program Sona, którego celem jest stworzenie mobilnych systemów przeciwlotniczych, dla zastąpienia (zmodyfikowanych co prawda, ale mocno już przestarzałych) samobieżnych zestawów artyleryjsko-rakietowych ZSU-23-4 Szyłka/Biała. W grudniu 2020 roku został również dostarczony Siłom Powietrznym pierwszy z sześciu zamówionych Przeciwlotniczych Systemów Rakietowo-Artyleryjski (PSR-A) pk. PILICA, który zakończył wszelkie testy odbiorcze z sukcesem. System ma być skuteczny m. in. przeciw coraz szerzej stosowanym bezzałogowcom klasy mini i amunicji krążącej.

Całość tych działań pokazuje, że o ile niższe piętra wielopoziomowej obrony przeciwlotniczej są nasycane dość nowoczesnymi systemami krajowymi, to kluczowe systemy krótkiego i średniego zasięgu, czyli Wisłę i Narew kolejny rok gnębi decyzyjna „susza” i „niskie stany”, co źle rokuje na przyszłość.

Podsumowując natomiast całokształt kwestii lotnictwa i obrony powietrznej trzeba powiedzieć, że w ostatnich latach, a szczególnie 2019-2020, postawiono na gwałtowny rozwój możliwości lotnictwa taktycznego, przy jednoczesnej stagnacji obrony powietrznej i bezzałogowców oraz co najmniej zastoju, jeśli nie stopniowej utracie możliwości lotnictwa transportowego i floty śmigłowców. Poza wymuszoną przez katastrofy samolotów MiG-29 wymianą ich na najnowocześniejsze obecnie dostępne maszyny F-35, nie udało się w 2020 roku podjąć istotnych decyzji. Większość ważnych programów, od lat uznawanych za priorytetowe nadal takimi jest, jednak nie przekłada się to na wymierne skutki. W dużym stopniu rok 2020 jest rokiem straconym. Niewielki wpływ miała na to pandemia, ale może ona spowodować, że w kolejnych latach zabraknie albo środków, albo woli podejmowania trudnych i kosztownych decyzji. A być może, jak miało to miejsce już wielokrotnie w przeszłości, rządzący ulegną pokusie sięgnięcia do pieniędzy MON, co jeszcze bardziej oddali w czasie rozwiązanie ważnych problemów. Czego sobie i państwu nie życzę w nowym roku.

Komentarze