- WIADOMOŚCI
- ANALIZA
Gotowy scenariusz na film. Tak USA ratowały pilotów F-15E w Iranie
Akcja ratowania dwuosobowej załogi myśliwca bombardującego F-15E z pewnością przejdzie do historii jako jedna z najbardziej zuchwałych operacji ratownictwa bojowego w dziejach. To gotowy scenariusz na film sensacyjny. Oto, co wiadomo na temat tej akcji.
Autor. SrA Zachary Willis, USAF
Do zestrzelenia F-15E Strike Eagle z 494 Dywizjonu Myśliwskiego z bazy w Lakenheath, doszło rankiem 3 kwietnia 2026 roku. Doszło do tego nad południowo-zachodnim Iranem. Zgodnie z dostępnymi obecnie informacjami, do zestrzelenia maszyny doszło w wyniku zastosowania pocisku naprowadzanego termolokacyjnie. Mówił o tym na briefingu sam prezydent Trump, który sugerował nawet zastosowanie pocisku ręcznego klasy MANPADS. Wydaje się, że rzeczywiście mógł być to pocisk naprowadzany termicznie, chociaż niekoniecznie z lekkiej ręcznej wyrzutni. Pomimo ogromnych strat w irańskiej obronie powietrznej, właśnie systemy tej klasy – należące do kategorii krótkiego i bardzo krótkiego zasięgu – mogły najłatwiej przetrwać. Jako najbardziej liczne, nieemitujące promieniowania radarowego, a zatem najtrudniejsze do wykrycia.
Samolot rozbił się o ziemię, a jego dwuosobowa załoga zdołała się katapultować. Pilot i operator uzbrojenia spadli w odległości około 60 km od siebie. Jest to oficjalnie tłumaczone dużą prędkością samolotu w chwili, kiedy załoga kolejno się „strzelała”.
Jak podają Amerykanie, był to pierwszy samolot utracony w tej wojnie w wyniku oddziaływania sił przeciwnika. Warto jednak dodać, że Irańczycy odnieśli jednak sukcesy, uderzając dronami i pociskami balistycznymi w amerykańskie bazy. W ten sposób zniszczyli jeden bezcenny samolot wczesnego ostrzegania E-3 Sentry i przynajmniej jeden (choć możliwe, że 2-3) samoloty tankowania powietrznego. Irańskie drony i pociski trafiły też co najmniej jeden śmigłowiec Black Hawk w Iraku i CH-47F Chinook w Kuwejcie. Oprócz tego w wypadku zniszczony został samolot tankowania powietrznego, a w wyniku kuwejckiego friendly fire trzy F-15E.
Wróćmy jednak do 3 kwietnia. Amerykańskie centrum dowodzenia wkrótce otrzymało sygnały z systemów ratowniczych załogi. Okazało się, że zarówno pilot jak i operator uzbrojenia maszyny żyją. Podjęto decyzję o przeprowadzeniu akcji ratowniczej.
A-10 na ratunek, czyli ratowanie pilota
W pierwszej części operacji ratowniczej wzięły udział setki żołnierzy i kilkadziesiąt statków powietrznych. Nie wszystkie te siły zostały wykorzystane do bezpośrednich działań. Część prowadziła dywersję w innych częściach Iranu, tak, żeby przeciwnik nie wiedział, gdzie faktycznie są poszukiwani lotnicy.
Lokalizacja miejsca przebywania pilota poszła sprawnie. Właściwy zespół do jego ekstrakcji składał się z 10 samolotów pola walki A-10 Thunderbolt II, dronów MQ-9 Reaper, samolotów ratownictwa bojowego HC-130J Combat King i śmigłowców HH-60W Jolly Green, czyli specjalnego wariantu ratownictwa bojowego śmigłowca UH-60M Black Hawk. Maszyny te, osłaniane przez myśliwce, działały w biały dzień, co pokazuje, do jakiego stopnia zdegradowana jest już irańska obrona powietrzna.
Bez strat się jednak nie obeszło. A-10C, który prowadził korespondencję z zestrzelonym pilotem, został trafiony ogniem z ziemi. Jego pilot zdołał powrócić nad terytorium Kuwejtu i tam się bezpiecznie katapultował. Utracono więc kolejny samolot. Tymczasem pilota F-15E podjęły po południu śmigłowce HH-60W. W trakcie powrotu zostały ostrzelane ogniem z ziemi. Druga z maszyn (uratowany pilot był przewożony w pierwszej) odniosła w wyniku tego uszkodzenia. Załoga odniosła rany, ale zdołała powrócić do bazy.
Poszukiwanie operatora
Operatora było znacznie trudniej znaleźć. Jednocześnie siły irańskie wraz z ludnością cywilną prowadziły jego poszukiwania. Zgodnie z zasadami zachowywania się po zestrzeleniu żołnierz ten, choć ranny, przemieszczał się w górach, starając się wejść jak najwyżej i w teren jak najbardziej niedostępny. Prawdopodobnie zlokalizowano go w nocy z 4 na 5 kwietnia. Na osobiste życzenie sekretarza obrony i rozkaz prezydenta przystąpiono do szeroko zakrojonej akcji ratowniczej. W czasie briefingu na ten temat prezydent Trump podkreślił, że wielu doświadczonych wojskowych odradzało mu tę akcję (podobnie jak poszukiwanie pilota), jednak podjął decyzję wspólnie z sekretarzem wojny Petem Hegsethem i gen. Johnem Cainem, przewodniczącym Kolegium Połączonych Szefów Sztabu.
Operacja ratownicza była jeszcze trudniejsza niż ratowanie pilota, które zostało przeprowadzone „na gorąco”, i przeciwnik nie miał czasu przygotować się do przeciwdziałania. Zaangażowano w nią znacznie większe środki. Jak podają amerykańskie źródła oficjalnie – łącznie 155 statków powietrznych, w tym 64 odrzutowce bojowe, 48 samolotów tankowania powietrznego, 13 maszyn ratowniczych „i inne”.
Duża część tych sił ponownie została zaangażowana w uderzenia dywersyjne w różnych miejscach w Iranie. W rejon właściwy wysłano dwa samoloty ratownictwa bojowego MC-130J Commando II. Maszyny te, poza wyposażeniem specjalistycznym, przenosiły w ładowniach lekkie śmigłowce wojsk specjalnych OH-6 Little Bird. Zespół ten wylądował na starym lotnisku dla samolotów rolniczych. Wytoczono z nich Little Birdy i rozpoczęły one poszukiwania zaginionego lotnika. Jednocześnie lotnictwo bojowe zniszczyło okoliczne drogi dojazdowe i nękało pododdziały irańskie w okolicy. Jak podkreślano na amerykańskich briefingach, nie doszło jednak do bitwy i wzajemnej wymiany ognia. W rejonie rozpoczęto też zagłuszanie łączności przeciwnika systemami walki elektronicznej.
Operator został odnaleziony, jednak okazało się, że MC-130J nie będą mogły wystartować. Lotnisko miało się okazać podmokłe i zbyt grząskie. W tej sytuacji zdecydowano o przysłaniu lżejszych samolotów krótkiego startu i lądowania. Portal The Warzone przypuszcza, że były to Airbus C295W w specjalnej wersji dla amerykańskich wojsk specjalnych. Maszyny te były widoczne na filmach pojawiających się w sieci, jak przemieszczają się nisko nad ziemią.
C295 podjęły z ziemi wszystkich ludzi, a Herculesy i Little Birdy zostały zniszczone ogniem własnym, aby nie dostały się w ręce wroga. Prawdopodobnie poprzez ich zbombardowanie przez własne lotnictwo. Jak pokazują zdjęcia, dokonano tego bardzo pieczołowicie. Utracono więc dwa cenne i relatywnie nowe samoloty, sprzęt specjalistyczny oraz kilka lekkich śmigłowców. Te ostatnie dysponowały zbyt małym zasięgiem, aby samodzielnie opuścić Iran.
Zyski i straty
Cała historia kosztowała więc Stany Zjednoczone dwa samoloty MC-130J Commando II, od dwóch do czterech MH-6 Little Bird i samolot pola walki A-10, plus oczywiście F-15E. Oprócz tego uszkodzony został ratowniczy śmigłowiec HH-60W. Pojawiały się też informacje o zestrzeleniu jednego lub dwóch Reaperów. Część personelu ze śmigłowca ratowniczego miała zostać lekko ranna. W międzyczasie w wody koło Omanu miał spaść drugi amerykański samolot pola walki A-10C. Przyczyny nie są znane, ale pilot miał zostać uratowany. Ta strata nie miała jednak nic wspólnego z operacją ratowniczą. Prawdopodobnie samolot ten brał udział w oczyszczaniu Cieśniny Ormuz z irańskich sił blokadowych.
W zamian za te wszystkie straty uratowano dwóch ludzi, wysoko wykwalifikowanych specjalistów. To jednak nie wszystko. Stany Zjednoczone uzyskały pozytywny impuls propagandowy dla prowadzonej przez siebie operacji. Przekaz poparty bezspornym sukcesem militarnym. Dowodem na to, że irański system obrony powietrznej został zdegradowany do takiego stopnia, że mogą latać nad jego terytorium nie tylko maszyny bojowe, ale powolne i wielkie cele, jakim są samoloty z rodziny C-130 Hercules.
Jednocześnie widać, że ryzyko dla nisko latających samolotów bojowych 4. generacji (A-10, F-15E) nadal istnieje i maszyny te mogą ponosić straty z ręki irańskich przeciwlotników. Są to jednak straty niewspółmiernie małe w porównaniu z tymi, których dokonują sami Amerykanie.




WIDEO: Offset czy „offset”? Miliony na Jelcza, miliardy na Apache | Defence24 Week #153