Geopolityka

Wybory w Libanie i Iraku. Zwycięstwo Iranu i umocnienie szyickiego półksiężyca?

Fot. Departament Stanu USA/Domena Publiczna
Fot. Departament Stanu USA/Domena Publiczna

W ostatnich tygodniach w dwóch krajach bliskowschodnich: w Libanie i Iraku, odbyły się wybory. Głosowania miały miejsce bez większych zakłóceń, można powiedzieć że jak na standardy bliskowschodnie zostały przeprowadzone w sposób wolny i rzeczywiście demokratyczny. Rezultaty obu głosowań – w różnym stopniu – są korzystne dla Iranu i umocnienia jego wpływów w regionie – pisze dr hab. Maciej Münnich, prof. KUL.

W pierwszej połowie maja odbyły się wybory w dwóch państwach bliskowschodnich: Libanie (6 V) i Iraku (12 V). Należy podkreślić, że jak na realia bliskowschodnie wybory te były przeprowadzone w sposób wolny i rzeczywiście demokratyczny. Do wyborów stanęło wiele ugrupowań, a te, które akurat były u władzy nie uniemożliwiały kampanii przeciwnikom. Obywatele obu państw mieli realny wybór, a sam proces wyborczy nie był utrudniony przez działania wojenne, ponieważ oba kraje – co nie było regułą w ostatnich latach – cieszyły się pokojem. Zatem można z dużym stopniem pewności przyjąć, że wyniki wyborów odzwierciedlają realne poglądy społeczeństw obu krajów.

Jest to o tyle istotne, że powstające w wyniku wyborów rządy będą cieszyły się rzeczywistym demokratycznym mandatem swoich społeczeństw i w żaden sposób nie będzie można zarzucić uprawianej przez nie polityce, że jest ona polityką reżimów prowadzoną wbrew woli obywateli. Nie jest to często spotykana sytuacja na Bliskim Wschodzie, gdzie wiele państw rządzonych jest w sposób autorytarny, bądź wprost dyktatorski. Wyniki wyborów w Libanie i Iraku (oficjalne wyniki tych ostatnich poznaliśmy dopiero 18 maja) powinny więc wzbudzić szczególne zainteresowanie, ponieważ pokazują one jakie są prawdziwe nastroje mieszkańców tego jakże zapalnego regionu.

Liban

Liban ma specyficzną ordynację wyborczą, która z góry dzieli mandaty w zależności od religijno-etnicznej struktury społeczeństwa. Każda z grup ma przyznaną określoną liczbę mandatów w 128-osobowym parlamencie. Dopiero w ramach tych grup konkurują ze sobą różne partie i organizacje. Najwięcej miejsc mają maronici (najliczniejszy kościół chrześcijański w Libanie, 34 miejsca), następnie sunnici (27 miejsc), szyici (27 miejsc), grecki Kościół Prawosławny (14 miejsc), Druzowie (8 miejsc), unicki grecki Kościół Katolicki (melkici, 8 miejsc), Ormiański Kościół Apostolski (5 miejsc), alawici (2 miejsca) oraz unicki Kościół Katolicki obrządku ormiańskiego (1 miejsce), protestanci (1 miejsce) i tak zwane mniejszości chrześcijańskie (6 różnych kościołów: Syryjski Prawosławny, Syryjski Katolicki, Rzymsko-katolicki, Asyryjski, Chaldejski, Koptyjski, łącznie 1 miejsce). W naturalny sposób na znaczeniu zyskują te partie bądź koalicje, które w ramach swojej grupy religijno-etnicznej potrafią zdobyć znaczącą większość i nie dopuścić do podziału elektoratu. Jednak zwycięstwo w swojej grupie nie gwarantuje sukcesu, ponieważ żadna z nich nie może sama uzyskać większości. Taki podział w oczywisty sposób wymusza zatem sojusze między-konfesyjne.

Bez wątpienia największym zwycięzcą wyborów libańskich była koalicja Hezbollahu i Amalu, zatem religijnej i świeckiej partii szyickiej. Występowała ona pod nazwą „Nadzieja i Lojalność”. Zdobyła ona wszystkie miejsca przeznaczone dla szyitów, a wraz ze swymi sojusznikami (sunnickimi, nacjonalistycznymi, naserystami, niezależnymi i in.) zajęła łącznie 40 miejsc w parlamencie (o 11 więcej, aniżeli w poprzedniej kadencji). Oczywiście nie daje to im możliwości samodzielnego rządzenia, jednak taka koalicja jest najliczniejszym ugrupowaniem i w warunkach libańskich musi stanowić podstawę do tworzenia rządu.

Na drugim miejscu uplasował się Wolny Ruch Patriotyczny związany z obecnym prezydentem gen. Michelem Aounem. Partia ta w 2006 roku zawarła sojusz z Hezbollahem, co między innymi umożliwiło wybór Aouna na prezydenta dwa lata temu. Mimo swej dawnej polityki anty-syryjskiej Aoun w ostatnich latach współpracował z Syrią w ramach Sojuszu 8 Marca. Wolny Ruch Patriotyczny reprezentuje głównie społeczność maronicką i zdobył 18 miejsc, jednak po doliczeniu wspieranych przez to ugrupowanie posłów niezależnych oraz koalicyjnych drobnych ugrupowań ormiańskich, druzyjskich i świeckich łącznie uzyskało 29 miejsc w parlamencie, czyli o 5 więcej, niż w minionej kadencji.

Dopiero trzeci wynik osiągnął wspierany przez Zachód oraz Arabię Saudyjską (przynajmniej do pewnego momentu) premier Saad Hariri ze swoją sunnicką partią Strumień Przyszłości należącą do anty-syryjskiego Sojuszu 14 Marca. Zdobyli oni 19 miejsc w parlamencie oraz 1 dodatkowe przez popieranego przez nich kandydata niezależnego. Oznacza to utratę aż 15 miejsc w porównaniu z poprzednią kadencją.

Z kolei inny członek Sojuszu 14 Marca, maronickie w swej większości Siły Libańskie zdobyły wraz z popieranymi przez siebie kandydatami niezależnymi 15 miejsc, zwiększając o 7 swój stan posiadania w porównaniu do poprzedniej kadencji. Jest to bez wątpienia sukces szefa tej partii Samira Dżadży. Trzeba jednak zauważyć, że sojusz chrześcijańskich Sił Libańskich i sunnickiego Strumienia Przyszłości w ramach Sojuszu 14 Marca został mocno nadszarpnięty w 2016 roku w wyniku sporu o kandydowanie na prezydenta. Oczywistym kandydatem Sił Libańskich był Dżadża, jednak Hariri poparł Sulajmana Farandżijję juniora, przywódcę mniejszej chrześcijańskiej partii Ruchu Marada. W tej sytuacji Dżadża porozumiał się z Aounem, co doprowadziło do wyboru tego ostatniego na prezydenta. Sytuacja ta pokazała, że konkurujące dotychczas ze sobą ugrupowania maronickie potrafią – przynajmniej okazjonalnie – zawrzeć sojusz.

Pozostałe miejsca w parlamencie są rozproszone pomiędzy drobne ugrupowania, wśród których duże partie mogą znaleźć kilka, kilkanaście brakujących im głosów. Taki rozkład sił wskazuje, że można sobie wyobrazić koalicję szyickiej „Nadziei i Lojalności” (głównie Hezbollahu i Amalu) z dotychczasowym sojusznikiem, czyli Aounistami, co daje im 69 głosów w parlamencie. Jest to wystarczająca większość, by przejąć władzę, pod warunkiem, że znajdą odpowiedniego kandydata na premiera, ponieważ funkcję tę zgodnie z porozumieniem z Taif musi pełnić sunnita, podobnie jak prezydent musi być chrześcijaninem, a przewodniczący parlamentu szyitą. Wydaje się jednak, że możliwe jest także powtórzenie dotychczasowej szerokiej koalicji, w której premierem pozostanie Saad Hariri.

Taka szeroka koalicja znacznie zwiększy pewność utrzymania większości, a przede wszystkim ochroni nowy rząd Libanu przez zarzutami sekciarstwa, anty-zachodniego nastawienia oraz wysługiwania się Iranowi. Inną rzeczą jest, że osłabiony Hariri będzie tu raczej pełnił funkcję kwiatka do kożucha, a realna władza w coraz większym stopniu będzie w rękach szyitów. Jednak Hariri nie ma wielkiego pola manewru, ponieważ nie może już liczyć na mocne wsparcie ze strony Arabii Saudyjskiej. Saudowie od dłuższego czasu krytykowali szeroką koalicję libańską, jako służącą interesom Iranu i starali się zmusić Haririego do dymisji. Po żenującym spektaklu z końca 2017 roku z quasi-uwięzieniem Haririego w Rijadzie, jego wymuszoną dymisją, a następnie powrotem na funkcję premiera, z pewnością nie cieszy się on zaufaniem na dworze Saudów. Jeśli nie chce zostać zupełnie na uboczu polityki będzie musiał ponownie porozumieć się z Hezbollahem i najpewniej Aounem. Wprawdzie w polityce libańskiej wszystko jest możliwe i każdy sojusz może zostać odwrócony, jednak po ostatnich wyborach jedno jest pewne: w Bejrucie nie powstanie żaden rząd, który nie zostanie zaakceptowany przez szyicką koalicję Hezbollahu i Amalu, czyli w praktyce przez Iran.

Irak

W Iraku nie ma z góry określonej liczby mandatów przypadającej na poszczególne wyznania czy narodowości, jednak ze względu na podział kraju na 19 muhafaz (gubernoratów), z których niemal każda ma dość jasno określoną większość (Arabowie sunnici, Arabowie szyici, Kurdowie), w praktyce łatwo przewidzieć, że partie kurdyjskie osiągną większość w trzech północno-wschodnich muhafazach (i ewentualnie w spornym Kirkuku), całe południe aż po Bagadad będzie zdominowane przez partie szyickie, a pustynna część zachodnia i centrum odda głosy głównie na partie sunnickie. Tylko jedna partia, Sojusz Zwycięstwa premiera Hajdara al-Abadiego, wystawiła swoich kandydatów we wszystkich regionach kraju, co jednak wcale nie zapewniło jej zwycięstwa. Mniejszości mają zapewnione 8 miejsc w 329 osobowym parlamencie (5 dla chrześcijan Kościoła Asyryjskiego, po jednym dla Jazydów, Szabaków i mandejczyków).

Najlepszy wynik w (54 miejsca) wyborach osiągnął Sojusz Rewolucjonistów dla Reform (Sairun), czyli koalicja Sadrystów i komunistów. Wprawdzie koalicja religijnych nacjonalistów (zwolennicy Muktady as-Sadra) i komunistów wygląda egzotycznie, jednak oba nurty łączyło domaganie się sprawiedliwości społecznej, ukrócenia korupcji, pomocy dla uboższych części społeczeństwa i mały nacisk kładziony na podziały konfesyjne. Wreszcie ugrupowania te podkreślają dążenie do niezależności w polityce międzynarodowej. Choć Sadr wywodzący się z rodziny szyickich duchownych ma silne związki z Iranem (gdzie np. ukrywał się w latach 2007-2011), jednak nie jest podporządkowany irańskim władzom, a raczej przeciwnie – wykazuje dużą niezależność.

Między innymi spotykał się w zeszłym roku z Muhammadem bin Salmanem, co z pewnością nie było przyjęte w Iranie z aplauzem. Jednocześnie sadryści znani są ze swej anty-amerykańskiej postawy, byli przecież jednym z głównych ugrupowań szyickiego powstania anty-amerykańskiego (w Polsce stali się bardziej znani ze względu na walki w Karbali, w których uczestniczyły polskie oddziały) i oficjalnie domagają się wycofania się obcych wojsk z terenu Iraku. Co ciekawe, zarówno USA, jak i Iran przed wyborami deklarowali, że ewentualne zwycięstwo Sadra nie jest w ich interesie. Teheran nawet wprost twierdził, że nie dopuści do tworzenia rządu przez Sairun. Oczywiście koalicja Sadra i komunistów chcąc przejąć władzę musi szukać sojuszników, ponieważ większość w parlamencie daje dopiero 165 głosów.

Z pewnością łatwym koalicjantem dla Sadrystów nie będzie ugrupowanie, które zajęło drugie miejsce (47 miejsc), czyli Sojusz Podboju (Al-Fatah) z Hadim al-Amiri jako przywódcą. Jest to koalicja różnych milicji szyickich, z Organizacją Badr na czele, tworzących Oddziały Mobilizacji Ludowej (PMU) walczące do niedawna z Państwem Islamskim, a w zeszłym roku przejmujące Kirkuk z rąk kurdyjskich. Zależność od Iranu jest tutaj oczywista i to właśnie to ugrupowanie najchętniej widziałby Teheran na czele nowej koalicji rządowej. Jednak Sadr jeszcze przed wyborami zapowiedział, że nie widzi możliwości zawarcia koalicji z Amirim, podobnie zresztą jak i z Malikim. Powodem była zarówno zbyt duża – zdaniem Sadra – zależność od Iranu, jak i sekciarska polityka oraz korupcyjne powiązania. Czy zapowiedzi sprzed wyborów będą aktualne także po wyborach czas pokaże.

Trzeci wynik (42 miejsca) osiągnął Sojusz Zwycięstwa (Al-Nasr) premiera Haidara al-Abadiego. Ten doświadczony polityk potrafił zręcznie lawirować pomiędzy Teheranem a Waszyngtonem, a jednocześnie doprowadzić do zwycięstwa nad Państwem Islamskim i uniemożliwić secesję Kurdystanu irackiego. Nie dało mu to jednak zwycięstwa, choć w przedwyborczych sondażach to on właśnie był postrzegany jako faworyt. Jego względna porażka jest wynikiem złej sytuacji gospodarczej warstw uboższych oraz powszechnej korupcji. Mimo, że Abadi zbierał głosy głównie szyickie, to jednak głosił konieczność zasypania sekciarskich podziałów wewnątrz społeczeństwa irackiego.

Czwartym ugrupowaniem jest Koalicja Państwa Prawa byłego premiera Nuriego al-Malikiego, która uzyskała 25 głosów, przede wszystkim wśród szyitów. Nie ulega wątpliwości, że Malikiemu najbardziej zaszkodziły skandale korupcyjne oraz twarda polityka wobec mniejszości, wobec czego pozostało mu tylko twarde, szyickie jądro elektoratu.

Także 25 głosów zebrała Demokratyczna Partia Kurdystanu (PDK) Masuda Barzaniego. Z jednej strony jest to pewien sukces po nieudanym ogłoszeniu niepodległości przez Barzaniego pod koniec zeszłego roku. Z drugiej strony trzeba zauważyć, że Kurdowie zdobyli jeszcze 33 miejsca w parlamencie, jednak dzieląc je pomiędzy szereg drobnych partii. Jedynie odwieczny rywal partii Barzanich, czyli PUK Talabanich zdobył 18 miejsc. Kolejne partie zyskiwały po kilka miejsc, nawet do niedawna silny w sondażach Gorran otrzymał zaledwie 5 mandatów. Pokazuje to na daleko idące podziały w społeczeństwie kurdyjskim, które mogą uniemożliwić odgrywanie znaczącej roli w polityce irackiej.

21 miejsc zdobyła świecka, centrowa Koalicja Narodowa (Al-Watanija), byłego premiera Ijjada Alawiego. Jest ona najbardziej pro-zachodnia, ale jednocześnie wyjątkowo obciążona zarzutami korupcyjnymi. Niechętnie spogląda na Alawiego Teheran.

19 kolejnych miejsc zdobył Ruch Narodowej Mądrości (Al-Hikma) Ammara al-Hakima, który jest ugrupowaniem szyickim, jednak głoszącym zerwanie z sekciarskimi podziałami.

Inne ugrupowania zdobyły po kilka miejsc w parlamencie, za wyjątkiem największej partii sunnickiej, czyli Koalicji Zjednoczonych dla Reform, która otrzymała 14 mandatów. Taka sytuacja pokazuje daleko idące rozdrobnienie polityczne irackich sunnitów.

Przedstawiony powyżej podział głosów pokazuje, że dla powstania koalicji rządowej trzeba sojuszu co najmniej czterech ugrupowań. To ukazuje przed jakim wyzwaniem stają elity polityczne Iraku. Najłatwiejszą do wyobrażenia koalicją jest szyicki sojusz ugrupowań Amiriego, Abadiego i Malikiego, którzy to wszyscy wywodzą się z Partii Islamskiego Zewu (Dawa). W praktyce prowadziłoby to do uzależnienia Iraku od Iranu. Z pewnością na taki sojusz bardzo przychylnym okiem spoglądałby Teheran, a za wielkie zagrożenie uznałby Rijad oraz Tel Awiw i Waszyngton. Powstanie takiej koalicji rządowej jest jednak chwilowo mało prawdopodobne.

Po pierwsze najwięcej głosów uzyskał Sairun, wobec tego zapewne to Sadrowi przypadnie w udziale wyznaczenie przyszłego premiera (sam nie może nim zostać, ponieważ nie kandydował w wyborach). Wprawdzie nie jest to oczywiste, ponieważ można sobie wyobrazić, że „twarda” szyicka koalicja zbierze więcej głosów, aniżeli koalicja z sadrystami na czele, jednak problemem jest arytmetyka. Nawet gdyby założyć sojusz Amiriego i Malikiego (ten już istnieje) oraz Abadiego, to i tak mają oni tylko 114 głosów. Brakuje im zatem ponad 50 głosów do uzyskania większości, a co gorsza, nie widać chętnych do wsparcia takiej koalicji. Z pewnością trudno byłoby namówić do niej sunnitów, pamiętających aż nazbyt dobrze upokorzenia za czasów premierowania Malikiego, czy też bardzo brutalne zachowania PMU podczas walk z ISIS. Także Kurdowie nie będą palić się do wsparcia takiej koalicji wiedząc, że byłaby ona nie tylko anty-kurdyjska, ale miałaby ona także jawnie anty-amerykańską wymowę, co dla Kurdów otrzymujących wsparcie ze strony USA byłoby nader niewygodne. Najważniejsze jednak jest, że kluczowy dla takiej koalicji obecny premier Abadi dobrze rachuje, że większe szanse na utrzymanie się na stanowisku ma w innym układzie politycznym.

Otóż Sadr wstępne rozmowy prowadził już z Hakimem i wydaje się, że tutaj sojusz już został zawarty. Sairun cieszy się także dobrymi kontaktami z PDK, dzięki swemu anty-sekciarskiemu nastawieniu oraz lewicowej wrażliwości bliskiej wielu Kurdom. Dodatkowo Sadr, mimo że wywodzi się z rodziny duchownych szyickich, swym społecznym programem oraz podnoszeniem haseł narodowych potrafił zjednać sobie część sunnitów. W tym kontekście ugrupowanie Abadiego może dać Sadrowi wymaganą większość w parlamencie. Dodatkowo da mu także poprawne relacje z Teheranem i Waszyngtonem, co jest przecież wyjątkowo cennym łączeniem przeciwieństw. Prawdopodobnie ceną za to będzie pozostawienie na stanowisku premiera Abadiego. Pierwsze rozmowy już miały miejsce i zakończyły się pozytywnymi konkluzjami. Na wspólnej konferencji prasowej Abadi powiedział, że dzieli z Sadrem przekonanie, iż wszystkie siły muszą wspólnie pracować dla zapewnienia stabilności. Zabrzmiało to niemal jak zapowiedź koalicji. Co jej powstanie oznaczałoby w kontekście międzynarodowym?

Zapewne nie byłby to sukces Iranu, który wolałby twardą koalicję Abadiego z Amirim i Malikim. Jednak czy można to postrzegać jako klęskę Teheranu? Z pewnością nie. W końcu irańskim ajatollahom wcale nie jest daleko do szyickiego Sadra, który przecież właśnie w Iranie ukrywał się podczas wznieconego przez siebie anty-amerykańskiego powstania. Ostatnie napięcia wydają się być względnie łatwe do przezwyciężenia, szczególnie przy pomocy Abadiego. A w razie trudności z porozumieniem się Teheran ma przecież potężne narzędzie nacisku, jakim są PMU, które w praktyce słuchają rozkazów generała Sulejmaniego z Irańskiego Korpusu Strażników Rewolucji, a nie dowództwa armii irackiej.

Można więc być pewnym, że także przy takim kształcie potencjalnej koalicji rządowej Iran utrzyma swe wpływy w Bagdadzie, choć zapewne nie będzie w stanie zamienić Iraku w swój protektorat. Oczywiście możliwe są także rozwiązania pośrednie, na przykład porozumienie trzech największych ugrupowań: Sairunu Sadra, Fatahu Amiriego i Nasru Abadiego z dodatkiem Hikmy Hakima, co daje większość szyitom bez udziału partii kurdyjskich i sunnickich. Pozostawienie na uboczu niepopularnego Malikiego dawałoby wrażenie świeżości takiemu rządowi. Z pewnością taki ewentualny rząd byłby mocno powiązany z Teheranem, niezależnie od przedwyborczych zapowiedzi Sadra.

Z kolei z perspektywy USA sadryści odgrywający główną rolę w rządzie Iraku w każdej możliwej konfiguracji koalicyjnej oznaczają ochłodzenie stosunków, choć i tutaj Abadi zapewne będzie używany jako narzędzie łagodzące konflikty. Jeśli jednak obok sadrystów jako zaplecze rządu pojawią się partie sunnickie (z pewnością bez sympatii patrzące na wpływy amerykańskie), to można przewidzieć stopniowe wychodzenie Iraku spod wpływów USA. Nie zmienią tego przyjazne gesty Sadra wobec Saudów. Inna możliwość, jaką jest utworzenie rządu wyłącznie przez różne partie szyickie, tym bardziej będzie oddalać politycznie Bagdad od Waszyngtonu. Zatem z perspektywy irańskiej istnieje możliwy do zaakceptowania plan B: jeśli Irak nie stanie się realnym protektoratem, to przynajmniej Teheran zachowa tam swe silne wpływy, jednocześnie ograniczając wpływy amerykańskie. Dla USA po przegranej Abadiego w praktyce nie ma planu B – każda możliwa koalicja oznacza albo zmniejszenie ich wpływów, albo otwartą wrogość nowego rządu irackiego.

W ten sposób dochodzimy do paradoksalnej sytuacji. Wolne, demokratyczne wybory w Libanie w swej konsekwencji prawdopodobnie doprowadzą do powstania rządu otwarcie sprzyjającego Iranowi i z udziałem organizacji uznawanej przez Waszyngton za terrorystyczną. Równie wolne i demokratyczne wybory w Iraku w najlepszym dla USA wypadku doprowadzą do osłabienia ich wpływów w tym kraju przy zachowaniu wpływów przez Iran oraz do sprawowania władzy przez ludzi, którzy jeszcze kilka lat temu strzelali do amerykańskich żołnierzy. W gorszej, choć mniej prawdopodobnej wersji, Irak może stać się po prostu irańskim protektoratem. Obie możliwości prowadzą do wzmocnienia wielkiego geopolitycznego projektu Iranu, jakim jest szyicki półksiężyc rozciągający się od Iranu poprzez Irak i Syrię (gdzie Asad pokonuje resztki opozycji), po Liban.

Dr hab. Maciej Münnich, prof. KUL

Komentarze