Geopolityka

Wojna Iranu z Izraelem - na ile realna? [KOMENTARZ]

Fot. Cpl. Eden Bachar, IDF Spokesperson's Unit.
Fot. Cpl. Eden Bachar, IDF Spokesperson's Unit.

Wycofanie się Stanów Zjednoczonych z umowy jądrowej z Iranem, wzrost konfrontacyjnych i antyamerykańskich nastrojów w Teheranie oraz antyirańskich w Waszyngtonie, a także seria militarnych ciosów pomiędzy Iranem a Izraelem w Syrii stanowią mieszankę wybuchową, doprawioną nienawiścią pomiędzy Iranem a Izraelem oraz ambicjami regionalnych graczy. Czy oznacza to, że wojna obu państwami jest nieuchronna?

Może wydawać się, że wojna jest blisko. Trudno jest polemizować z takim odczuciem. W Libanie proirański i antyizraelski Hezbollah wygrał właśnie wybory parlamentarne, podczas gdy w Palestynie wzrasta napięcie, co zwiększa – przynajmniej potencjalnie – chęć Hamasu i Islamskiego Dżihadu do stocznia kolejnej bitwy przeciwko Izraelowi. W Syrii prezydent al-Asad jest silniejszy niż kiedykolwiek od momentu wybuchu wojny domowej.

Do tego dołożyć należy jednostronne wycofanie się Amerykanów z porozumienia nuklearnego z Iranem, które daje twardogłowym, nieuznającym kompromisu, z Teheranu wiatr w żagle”. Co więcej (co gorsza?) coraz częściej dochodzi do wymiany ognia pomiędzy Iranem a Izraelem (notabene do końca lat 70. bliskich partnerów strategicznych, a wcześniej nawet sojuszników). Intensyfikacja ataków może oznaczać, że Iran nie czuje się już ograniczany umową jądrową i będzie śmielej walczył o swoje interesy w regionie.

Argumenty za i przeciw

Czy dojdzie więc do wojny Iranu z Izraelem? Nikt nie zna odpowiedzi, ale wydaje się, że raczej nie  choć bez wątpienia jest to bardziej prawdopodobne niż kiedykolwiek wcześniej, a już na pewno od lat 80., kiedy Izrael i Iran pośrednio walczyły przeciwko sobie w ogarniętym wojną domową Libanie. Z jednej strony wspomniani twardogłowi w Teheranie mogliby chcieć wykorzystać wojnę z Izraelem, a przynajmniej wyraźne zaognienie sytuacji, do wyeliminowania umiarkowanego, ale obecnie zagubionego, prezydenta Hasana Rouhaniego. Z drugiej jednak strony nic tak jak wojna nie mobilizuje społeczeństwa – w razie konfliktu grożącego upadkiem Islamskiej Republiki konserwatystom trudno byłoby przeprowadzić operację obalenia prezydenta. Tym bardziej, że takie działania musiałby wesprzeć Korpus Strażników Rewolucji, którego dowództwo jest pragmatyczne – co innego jest Izraelowi grozić, Izrael prowokować i go nękać, a co innego zaczynać otwartą wojnę.

Można oczywiście wyobrazić sobie scenariusz, w którym mundurowi chcą pozbawić Rouhaniego władzy (o czym się w Teheranie dużo mówi). Wówczas wojsko przejęłoby władzę, a powołanie gabinetu oficerów byłoby najbardziej prawdopodobne w razie trwania wojny. To jednak scenariusz niezwykle ryzykowny, na którym Korpus Strażników Rewolucji może więcej stracić, niż zyskać.

Problem w razie wybuchu otwartego konfliktu stanowić będzie również brak wspólnej granicy. Nie wiadomo więc, gdzie prowadzone byłyby działania. Izrael miałby atakować przez terytorium Jordanii, Iraku i Arabii Saudyjskiej bazy w Iranie, a może Iran miałby wysyłać swoje przestarzałe i pozbawione części zamiennych samoloty nad Izrael? W razie konfliktu Iran straciłby wszystkie pieczołowicie budowane instalacje w Syrii, których irańskie wojsko nie byłoby w stanie w żaden sposób ochronić przed precyzyjnymi uderzeniami izraelskimi. Wystrzeliwanie na obszar Izraela irańskich rakiet Grad i Fadżr-5 ma wymiar psychologiczno-polityczny, ale ich wartość militarna jest mocno ograniczona. Również zdolności izraelskiego lotnictwa do długotrwałego i precyzyjnego rażenia celów w Iranie są ograniczone.

Oczywiście można odpowiedzieć, że są przecież Hezbollah, Hamas i Islamski Dżihad. Na Bliskim Wschodzie działają też liczne bojówki szyickie, z których przynajmniej część chętnie wzięłaby udział w ataku przeciwko Izraelowi. Jeżeli prawdą jest, że Iran w Syrii kontroluje do 73 tysięcy bojowników, to oznacza to, że ma więcej żołnierzy niż prezydent Al-Asad (około 50 tysięcy – notabene w większości sunnitów). Część tych sił znajduje się w strukturach powołanej w ubiegłym roku Brygady Wyzwolenia Golanu. Hezbollah nie będzie zapewne dążył do otwartej wojny, bowiem jest zmęczony zaangażowaniem w Syrii, a teraz musi przystąpić do budowania politycznej pozycji w Libanie  co jest efektem rozstrzygnięć we wspomnianych wyborach parlamentarnych. Eskalacja nie jest też na rękę Iranowi. W razie otwartej wojny Izrael mógłby zrealizować swoją groźbę i obalić prezydenta Al-Asada, co byłoby wielkim ciosem w geostrategiczną koncepcję Iranu, dla którego Syria to element pasa obrony i ważny punkt w tak zwanej „osi oporu”.

Trudno precyzyjnie określić ile Teheran kosztuje zaangażowanie w Syrii, ale według dostępnych szacunków może to być około 15 miliardów dolarów rocznie. Otwarta wojna byłaby bez porównania droższa, a kasa w Teheranie świeci pustkami. Wojna mogłaby więc okazać się śmiertelnym zagrożeniem dla Republiki Islamskiej, którą wówczas obaliłby nie Izrael, lecz głodny naród irański. Ten wyraził już swoje niezadowolenie w grudniu 2017 roku i styczniu 2018 roku, protestując przeciwko zaangażowaniu w Syrii kosztem społeczeństwa, któremu z powodu szukania oszczędności obniżono dotacje do podstawowych produktów spożywczych. Obalenie Islamskiej Republiki to długofalowy cel Izraela, Arabii Saudyjskiej i Zjednoczonych Emiratów Arabskich, a także obecnej administracji Stanów Zjednoczonych. Wojna dałaby im doskonały pretekst i okazję, by to uczynić.

Rosja stabilizatorem?

Kwestii irańsko-izraelskiej nie można rozpatrywać bez kontekstu rosyjskiego. Moskwa to bowiem ważny partner dla obu państw. W tym przypadku z czystego pragmatyzmu Rosjanom może zależeć na pewnym napięciu, zgodnie z regułą dziel i rządź – zagrożenie dla partnera zwiększa atrakcyjność i przydatność Rosji (podobnie jak wycofanie się Amerykanów z umowy z Iranem jest korzystne dla Rosji, bowiem zwiększa to rolę tego państwa w polityce irańskiej).

Moskwie nie zależy jednak na otwartej wojnie skoro swoje cele geostrategiczne może osiągnąć w mniej militarnie, politycznie, finansowo i społecznie kosztowny sposób. Nie tylko dlatego, że wówczas obaj rosyjscy partnerzy wyszliby ze starcia osłabieni (a jeden – zapewne Iran – przegrany), ale także dlatego, że doszłoby wtedy zapewne do powrotu USA do regionu. Rosjanie nie po to od lat systematycznie zwiększają swoją pozycję na tym obszarze kosztem Amerykanów, by teraz z powodu bezsensownej wojny irańsko-izraelskiej wszystko to stracić. Dotyczy to także wpływów w Syrii – w razie wojny reżim prezydenta Baszszara al-Asada zapewne zostałby obalony, co byłoby wielkim fiaskiem Iranu i Rosji.

Przypomnijmy również, że Rosja co jakiś czas informowała, że jest gotowa dostarczyć Iranowi systemy S-300, by w ten sposób w określonych momentach wywierać presję na Zachód, Izrael i Arabię Saudyjską. Teraz jednak ta sama Rosja z tym samym kierownictwem będzie chętnie występować w roli mediatora pomiędzy zwaśnionymi państwami, co pozwoli jej zyskać punkty poparcia zarówno w Iranie, jak i Izraelu, a także wśród państw arabskich i na Zachodzie (przynajmniej w niektórych środowiskach).

Moskwa chce zachować taki sam dystans względem Teheranu, jak i Jerozolimy. Z jednej strony Rosjanie milcząco przyzwolili na izraelskie ataki na irańskie pozycje w Syrii, a z drugiej odrzucają presję premiera Netanjahu, by Rosja wycofała się z umowy nuklearnej z Iranem. Zgodzili się jednak na odsunięcie w czasie dostaw S-300 do Syrii.

Co dalej?

Teheran w Syrii chce nie tylko utrzymać swój stan posiadania, ale także go powiększyć na wybranych odcinkach. Z perspektywy bezpieczeństwa Iranu i jego celów ważne jest, aby kontrolować określone obszary – szczególnie te, które zapewniają drożność linii tranzytowych przez Irak i Syrię do Libanu. Realizacja tych założeń wymaga od Iranu utworzenia stałych baz wojskowych, które umożliwią nękanie Izraela i generalnie projekcję sił w Lewancie. Samo stworzenie takiego zagrożenia wymusza na Izraelu podjęcie określonych kroków, korzystynych dla Iranu. Byłoby to chociażby zwiększenie obciążenia finansowego, związanego ze wzrostem wydatków na wojsko, by przygotować się na potencjalny atak ze strony irańskiej. Będą to również korzyści psychologiczne, gdyż uchodzący za niepokonany Izrael będzie musiał funkcjonować w cieniu irańskiego zagrożenia.

Co więcej, w ten sposób Teheran mógłby szachować Izrael, który prowadząc działania wymierzone w Iran musiałby w swych kalkulacjach brać pod uwagę ewentualne zastosowanie środków odwetowych przez Irańczyków. Bez wątpienia Iran nie zakłada wycofania własnych sił z Syrii po zakończeniu działań zbrojnych – Teheran chce, aby tam pozostały, utrzymując uzależnienie Al-Asada i niezmiennie ułatwiając Iranowi działania. Jeśli nawet ziści się niekorzystny  z perspektywy Irańczyków  scenariusz, czyli obalenie syryjskiego prezydenta lub jego odejście po zakończeniu konfliktu, Teheran nadal będzie mógł wpływać na sytuację w tym państwie i realizować własne interesy kosztem innych, w tym Rosji, z którą utrzymuje sojusz taktyczny.

Z drugiej jednak strony nie brak w historii wojen, które wybuchały bez logiki i z powodu błahych powodów. O to nietrudno, gdy Izrael na każde zagrożenie reaguje z wykorzystaniem siły militarnej, Donald Trump i jego współpracownicy za najlepszy środek uzyskania gotowości drugiej strony do rozmów uznają przymus i groźby, a decydenci w Iranie alergicznie reagują na presję – im jest ona większa, tym bardziej usztywniają swoje stanowisko i tym chętniej sięgają po środki destabilizujące (podnoszące koszty polityki presji na Teheran). To rzeczywistość na Bliskim Wschodzie, gdzie logika i pragmatyzm często ustępują nienawiści, gdzie wola porozumienia czy cofnięcia się o krok odbierana jest jako słabość, a słabi giną.

Nawet jeśli szybkim krokiem kraje te nie zmierzają w stronę wojny, to bez wątpienia nie zmierzają również w stronę pokoju – bez zdrowego rozsądku i mechanizmów deeskalujących napięcie sytuacja może błyskawicznie przekroczyć punkt, z którego nie ma już odwrotu.

Komentarze