- WIADOMOŚCI
- OPINIA
- KOMENTARZ
- ANALIZA
Wojna w Jemenie. Test rozumienia zjawiska konfliktu zbrojnego [OPINIA]
Autor. Grafika wygenerowana przy użyciu modelu Gemini
W Jemenie cały czas toczą się walki, a kolejne ataki na Królestwo Arabii Saudyjskiej sprzyjają możliwości wystąpienia dużej operacji z udziałem sił zewnętrznych. Przy czym obraz działań w Jemenie nie jest jednorodny i może stanowić interesujący przyczynek do szerszej analizy w zakresie rozumienia coraz częściej powracających różnych konfliktów zbrojnych o charakterze wewnętrznym, umiędzynarodowionym i międzypaństwowym.
Seria sukcesów operacyjnych sił Ansar Allah – Huti na kierunku południowym (wzdłuż wybrzeży i wysp na wodach terytorialnych Jemenu) oraz południowo-wschodnim (przede wszystkim Taizz) doprowadziła do ponownego powrotu tematu Jemenu w przestrzeni międzynarodowej. W pierwszej kolejności wskazywano na zagrożenie dla żeglugi prowadzonej przez Cieśninę Bab Al-Mandab oraz Morze Czerwone. To wywołało niejako panikę w skali globalnej ze względu na obawy przed powtórzeniem sytuacji z niedrożnością Cieśniny Ormuz. Następnie podkreślano, że wspomniani Huti mogą ponowić działania środkami napadu powietrznego względem celów w Królestwie Arabii Saudyjskiej.
W tym przypadku zwrócono uwagę na kwestie wydobycia, transferu i produkcji surowców energetycznych na rynki zagraniczne przez stronę saudyjską. Do tego dochodziła również obawa przed paraliżem intratnego sektora lotniczego w i tak zdestabilizowanym obszarze Bliskiego Wschodu. Lecz, co było do przewidzenia i co wskazywaliśmy na łamach Defence24, jemeńskie siły rządowe lub raczej struktury walczące z Huti przeszły do działań zaczepnych na przynajmniej jednym kierunku operacyjnym. Zapewne związku z presją sojuszników, m.in. na skuteczne wojskowo i medialnie Brygady Gigantów (Al-Amaliqa) skoncentrowano na przeciwdziałaniu uderzeniom Huti w rejonie Morza Czerwonego oraz strategicznej Cieśniny Bab Al-Mandab. Najprawdopodobniej doprowadziło to do odrzucenia sił nacierających z północy, ale ocena efektywności kontruderzeń w ramach operacji pk. Świt Jemenu nie może być poddana w pełni ewaluacji z racji braku niezbędnych danych wywiadowczych.
Walki o których mało wiemy
Co ważne, w przypadku muhafazy (struktura administracyjna) Taizz ci sami Huti dalej naciskają na siły lokalne oraz posiłki zewnętrzne. Starają się oni w sposób systematyczny blokować system dróg, które są niezbędne do prowadzenia działań z użyciem sprzętu ciężkiego w tym rejonie Jemenu. Akurat obszar Taizzu może sprzyjać lekkiej piechocie i metodom działań Huti, wypracowanym w toku lat walk w Jemenie. Tutaj jeszcze trudniej ocenić przestrzeń operacyjną, gdyż walki w wymiarze taktycznym toczą się metodami jemeńskimi (znanymi nam na Zachodzie, m.in. z walk w Afganistanie). Wiadomym jest, że od czasu rozpoczęcia działań zaczepnych Huti nad Jemenem zaczęły operować znaczne zasoby sił powietrznych, mówimy zarówno o maszynach załogowych (o czym świadczy strącenie saudyjskiego F-15), jak i maszynach bezzałogowych (również potwierdzone strącenia chociażby bezzałogowych statków powietrznych produkcji chińskiej).
Przy czym część uderzeń państw trzecich jest (najprawdopodobniej celowo) przypisywana wojskom rządowym. Można przyjąć hipotezę, że pozwala to ograniczyć dyskusje o efektywności, a także o potencjalnych szkodach wynikłych z błędnego wyboru celów w ramach target acquisition (TA). Co więcej, daje również szansę wprowadzania w błąd w ramach osłony informacyjnej operacji (OPSEC), jeśli chodzi o skalę zaangażowania Saudyjczyków i nie tylko ich. I znów musimy zastrzec, że wskazywaliśmy na łamach Defence24, że największym ograniczeniem dla misji bliskiego wsparcia CAS, ale też uderzeń na cele głęboko na terytorium kontrolowanym przez Huti jest słabość dwóch czynników – kompleksu ISTAR oraz nasycenia jednostek walczących z Huti operatorami JTAC. W tym ostatnim przypadku również podkreślmy, iż sugerowaliśmy, że do Jemenu mogą być wysłani operatorzy firm PMC, zaznajomieni z misją JTAC lub siły operacji specjalnych z państw arabskich i ich sojuszników.
Oficjalne statystyki, oficjalna propaganda
Jednakże na obecną chwilę statystyki podawane przez czynniki rządowe, a odnoszące się do skali uderzeń (kontekst ilościowy) należy traktować w sposób wysoce ostrożny w ujęciu ich efektywności. Podkreślmy, że nie bez przyczyny Saudyjczycy najpewniej mieli zwracać się z prośbami o intelligence sharing (wymiany danych wywiadowczych, pozyskiwanych wieloźródłowo) do Izraela. Albowiem to zapewne izraelskie służby mogą obecnie dysponować znacznym urobkiem wywiadowczym względem np. struktur Huti, w tym aktywności celów wysokiego znaczenia wśród ich liderów (HVT). Zauważmy, że uderzenia izraelskie na Jemen dotychczas charakteryzowały się lepszą efektywnością, np. względem działań amerykańskich. Stawiać można przy tym dwie hipotezy, pierwszą o możliwości posiadania przez Izrael aktywów HUMINT w trudnej przestrzeni rejonów kontrolowanych przez Huti, a drugą odnośnie izraelskiej zdolności do podejmowania ryzyka w przypadku porażania celów niosących duże ryzyko (tutaj pamiętać należy o atakach na składy paliw w strategicznym dla Huti porcie Hudejda).
Uderzenia ze strony sił powietrznych mogą odegrać ważną rolę w przeciwdziałaniu aktywności Huti w przyszłości, szczególnie gdyby podniosła się efektywność misji bliskiego wsparcia CAS. Przy czym w tej fazie tego wieloletniego już konfliktu zbrojnego, nie wolno zapomnieć o znaczeniu masowego użytkowania mniejszych systemów bezzałogowych (bsp) przez obie strony. Należy założyć wstępnie, że Huti za sprawą pomocy szkoleniowej ze strony Iranu mogą posiadać atut w postaci lepszych operatorów oraz taktyki. Lecz ich mankamentem są ograniczone zasoby i mniejsza zdolność do uzupełniania strat w sprzęcie. Ten aspekt musi być zawsze stanowczo podkreślany, gdyż pomimo zmagazynowania znacznych zasobów materiałowo-sprzętowych, Huti są de facto zależni od przerzutu wsparcia drogą morską. Zaś w tej domenie dominację mają i wykazują ją fizycznie ich przeciwnicy. W dodatku, roczny konflikt USA i Izraela z Iranem mógł również osłabić fizycznie irańskie kompetencje sprzętowe do stymulowania przerzutu kontrabandy do Jemenu. Stąd też uderzenia zarówno w domenie lądowej, ale i powietrznej ze strony Huti w Jemenie oraz poza nim są obarczone pytaniem o ich czasowe ograniczenia.
Nie musi być przełomu
Walki nie muszą przynieść przełomu nawet w przypadku włączenia się do nich sił państw trzecich na czele z Królestwem Arabii Saudyjskiej. Co więcej, uderzenia Huti na Królestwo Arabii Saudyjskiej można odbierać jako wręcz próbę wciągnięcia tego państwa w sposób nieprzygotowany (przy braku odpowiedniego studium planistycznego, działań sztabowych i zgrania sił przewidzianych do walki) do jakiejś formy operacji zaczepnej lub pełnoskalowej interwencji z użyciem komponentu lądowego. Sugeruje to topografia Jemenu, a także zdolności do przetrwania w tzw. bastionach na czele z górzystą muhafazą Sa’dah (Saada). Co więcej, trudnym do zaakceptowania jest obecnie scenariusz scentralizowania i usystematyzowania presji na Huti w obliczu podziałów występujących w siłach walczących z nimi. Mówiąc wprost, Jemen jest wysoce podzielonym państwem pod kątem celów i aspiracji politycznych różnych struktur, frakcji, a nawet poszczególnych dowódców. Dlatego też należało być ostrożnym w ocenach sukcesów Huti na kierunkach operacyjnych, a także względem obecnego stanu walk.
W tym miejscu możemy odnieść się szerzej do ostrożności, a raczej błędów popełnianych w toku wysuwanych narracji o konflikcie jemeńskim, które niestety można potraktować zdecydowanie jako szerszy problem. Pierwszym wątkiem jest budowanie narracji o przełomowości, kluczowości i wyjątkowości danego wydarzenia lub kampanii. Przykładowo, można było spotkać się z twierdzeniami, iż Huti są w stanie zdobyć cały Jemen, a obecnie w ramach operacji pk. Świt Jemenu pojawiają się odwrotne oceny. Jeden z autorów już widział zdobycie Sany oraz cyt. „bezalternatywną” klęskę Huti. W obu przypadkach pomija się specyfikę wieloletniego konfliktu, nie dąży się do zauważenia sił i środków, którymi dysponują walczące strony. Nie wspominamy nawet o specyfice politycznej, etnicznej itp. czynnikach charakteryzujących przestrzeń prowadzenia działań zbrojnych. Zauważmy, że w większej skali spotkaliśmy się z tym także w kontekście Ukrainy. Od 2022 r., a szczególnie w 2023 r., próbowano wskazywać na pojęcie „kontrofensywy” (nie w aspekcie wojskowej terminologii), jako zbudowanego medialnie konstruktu prowadzącego do przełomu. Te same mankamenty dziś obserwujemy w aspekcie ocen odnoszących się do Jemenu.
Ostrożniej z przekazami jednoźródłowymi
Drugim z elementów jest coraz częstsze korzystanie z jednoźródłowych komunikatów walczących stron, bez nakładania na nie odpowiednich filtrów, a nawet podstawowej krytyki źródeł. Trzeba podkreślić, że konflikt jemeński szczególnie od przełomu 2014-15 (zaangażowanie Saudyjczyków) stanowi interesujące studium, jeśli chodzi o operacje w domenie informacyjno-kognitywnej. W tym z wykorzystaniem narzędzi w postaci stacji telewizyjnych, przekazów internetowych, w tym w mediach społecznościowych z udziałem aktorów państwowych w stylu Królestwa Arabii Saudyjskiej, Iranu czy Kataru. Tym bardziej bazowanie na jednoźródłowym komunikacie, a nawet depeszy agencyjnej, etc. jest obarczone wysokim ryzykiem wprowadzenia samego siebie i odbiorcy w błąd.
Szczególnie, w połączeniu z dążeniem do wskazania wcześniej zaakcentowanej przełomowości. Wszystko w sytuacji umownego podkręcania przekazu oraz wzmacniania tytułów, podstawowych komunikatów i uproszczania obrazu rzeczywistości w rejonie walk oraz na zapleczu. Tym samym otrzymujemy przestrzeń podatną na zakłamania, a nawet rezonującą przekazy jednej ze stron w sposób bezrefleksyjny. Jemen ponownie nie jest tu wyjątkiem, a w coraz większym stopniu regułą. Pamiętając np. o depeszy agencyjnej o stratach izraelskich w sprzęcie ciężkim, która powstała na bazie artykułu w portalu internetowym z Republiki Korei, gdzie przede wszystkim sięgnięto po dane z przestrzeni przekazów Hezbollahu. Przy czym z Jemenem jest jeszcze trudniej, gdyż jest to państwo wracające do przekazów jedynie w kontekście punktowych wydarzeń – ostrzał Królestwa Arabii Saudyjskiej, uderzenia na Morzu Czerwonym. Trwające tam walki, problem unifikacji tego państwa w latach 90-tych XX w., specyfika rozwoju i funkcjonowania Huti są więc nieczytelne.
Wiele z przekazów skrótowych dąży do jak największego uproszczenia i wytworzenia emocji, ale to generuje problemy w zrozumieniu dalszych faz konfliktu. Mówiąc obrazowo, pojawia się chaos w rozumieniu potencjalnych konsekwencji danego konfliktu, a także brak zrozumienia dla złożoności procesów, które mogą dotknąć np. Polskę. I znów mamy bolesne doświadczenia w tym aspekcie nie tyle z Bliskiego Wschodu, co z Ukrainy, gdzie materiały wpisane w trendy stawały się elementem walki w domenie informacyjno-kognitywnej lub zafałszowały realny wymiar konfliktu. W obu przypadkach pozwala to wytworzyć później masę krytyczną dla operacji wpływu przeciwnika, destabilizując zaufanie do prezentowanych publicznie narracji. Przykładowo, wskazanie, że upadek Sany to cyt. „bezalternatywny” koniec Huti może doprowadzić do pytań, dlaczego w Jemenie nadal toczą się walki, jeśli potencjalnie stolica państwa zostanie odbita.
Kiedy taktyka miesza się z obszarem strategii
Trzecim aspektem jest wycinkowość, a więc posługiwanie się materiałami o znaczeniu najczęściej taktycznym do ocen już w przestrzeni strategicznej. Ten aspekt widać w przypadku walk w Jemenie, jeśli chodzi o dokonywanie analiz szczebla operacyjnego w oparciu o krótkie przekazy wideo. Obie strony lub lepiej wiele ze stron konfliktu jemeńskiego rozumie tą kwestię i ją maksymalnie wykorzystuje. Stąd też mamy obraz Huti, jaki Huti chcą nam z Irańczykami przekazać – zarówno odnośnie ich siły militarnej, ale też poparcia na zapleczu. Zaś po drugiej stronie frontu podobne zaburzenia w ocenie pojawiają się w kontekście znaczenia operacyjnego i zasobów np. Brygady Gigantów (Al-Amaliqa/Alwiyat al-Amaliqa). Raz po raz otrzymujemy więc sprzeczne komunikaty i diagnozy odnoszące się do przestrzeni operacyjno-strategicznej. Przy czym obserwujemy również w kontekście Ukrainy, a nie tylko Jemenu odwrotny proces, gdzie mając pewne indykatory pozwalające na ocenę (pobieżną częstokroć) sytuacji operacyjno-strategicznej, istnieje przekonanie o możliwości zejścia z narracją do przestrzeni wręcz mniejszych związków taktycznych.
Czwartym elementem walk w Jemenie, który wymaga komentarza, jest aspekt geograficzny i topografia tego państwa. Niestety wiele z przekazów obecnych w polskiej i zagranicznej infosferze radzi sobie z narracjami odnoszącymi się do Morza Czerwonego, Cieśniny Bab Al-Mandab, ale już w przestrzeni lądowej są one co najmniej zagubione. Jeden z autorów pisał z przekąsem, że zdobycie miasta stołecznego Sany pozwala na kontrolę nad Jemenem i „bezalternatywne” pokonanie Huti, nawet jeśli ci będą walczyć w jakichś górach, zapominając, że dla Jemenu to właśnie walki górskie i w trudnym terenie są determinantą zwycięstwa. Należy przy tym pamiętać, że krytyka władzy Ali Abd Allah Saliha w jego nawet szczytowej pozycji w Jemenie opierała się na niemożności uzyskania pełnej kontroli nad obszarami górskimi, szczególnie w kontekście plemion, a nawet struktur pochodnych do Al-Kaidy. W ogóle, jeśli już przytacza się kazus Sany znajdującej się pod kontrolą Huti, to warto spojrzeć na ogólnodostępne profile terenu i wzniesień wokół tego miasta. Niestety, geografia tak często odmieniana w Polsce przez pryzmat wszelkich rozpropagowanych dysput „geopolitycznych” potrafi zaskakiwać.
Niejednorodny obraz sił walczących
Piątym aspektem jest postępująca unifikacja sił walczących do statystyk lub zbyt daleko idących uproszczeń, które są kompatybilne z łatwym i wzmacniającym emocje przekazem. Na przykładzie tylko Jemenu najczęściej mówi się o Huti i tych drugich. Przy czym nawet w przypadku, jak na jemeńskie standardy, dobrze zunifikowanych Huti, to ich jednostki są wysoce zróżnicowane pod kątem zasobów, wyszkolenia, morale, a nawet wieku bojowników. Od jednostek szkolonych przez Strażników Rewolucji, po lokalnie działające bojówki, które obecnie akceptują cele liderów Huti. Jeszcze więcej problemów rodzi się w przypadku umownie tej drugiej strony. Szczególnie, że jej obraz nie pasuje do prostego podziału na czerwonych i niebieskich. Siły walczące z Huti to konglomerat ideologiczny, polityczny, a także jeśli chodzi o wsparcie zewnętrzne. To także siły, analogicznie jak w przypadku Afganistanu, targane korupcją i nepotyzmem stymulowanym dużymi transferami środków finansowych z zewnątrz. Zupełnie pomija się lub ogranicza znaczenie prywatnych firm wojskowych PMC w ich efektywności lub braku efektywności.
Na łamach Defence24 wskazaliśmy, że przy uderzeniu Huti na kierunku południowym zaskoczeniem były obrazy dużej ilości utraconych jednostek sprzętu, w tym MRAP. Nie powinno być przy tym zaskoczenia, analizując sukcesy Talibanu przed samym upadkiem Kabulu. Jednak w wielu polskich przekazach takie zaskoczenie pojawiło się. Najczęściej wyjaśnieniem była sprawa efektywności sił Huti, a także wsparcia (prawdopodobnego) w sferze planistycznej oraz kompleksu dowodzenia i kierowania (C2) ze strony irańskich Strażników Rewolucji. W przypadku Ukrainy podobne, chociaż na szczęście bardziej ograniczone przypadki występowały i występują także np. w odniesieniu do uznawania przełomowego znaczenia danego systemu uzbrojenia. Kazus ostatnio analizowany obejmuje chociażby problemy z ukraińskimi F-16, stawianymi niejako jako cudowne rozwiązanie dla tego konfliktu zbrojnego.
Odporność informacyjna państwa
Podsumowując, konflikt w Jemenie i jego obecna faza (jedna z kolejnych) powinny stanowić przypomnienie o złożoności wojny jako tematu nie tylko do analiz, ale także formułowania prostych przekazów informacyjnych. Niestety, od klasycznego pojęcia „mgły wojny”, aż po współczesne występowanie złożonych środków działania w domenie informacyjno-kognitywnej, narracje o trwającej wojnie muszą zakładać ostrożność, ocenę źródeł, akceptację braków, jeśli chodzi o realny obraz sytuacyjny, a także niemożność sformułowania prostych przekazów dla każdego odbiorcy. Odchodzenie od tych zasad kończy się wprowadzaniem w błąd, pojawieniem się zaskoczenia, a finalnie niechęcią do źródeł eksperckich. To zaś prowadzi w prostej linii do wytworzenia się luk w zakresie osłony naszej własnej domeny informacyjnej i kognitywnej.
Co więcej, USA próbowały na początku XXI w. zamknąć w prostych przekazach swoje interwencje w Afganistanie (od 2001) i przede wszystkim Iraku (od 2003), co zakończyło się tragicznie dla zaangażowanych w nie sił i środków, a także polityków oraz dowódców. Analogicznie, obecnie Europa boryka się już z problemem odbioru działań wojennych na Ukrainie, co sprzyja rosyjskiemu agresorowi. Być może właśnie na przykładzie takich konfliktów umownie peryferyjnych, jak właśnie Jemen, należy zreformować nasze całościowe podejście do opisu i wprowadzanych narracji w przypadku działań zbrojnych. Nie będzie to proces łatwy, gdyż pozbawiony „trendowania”, szukania dojścia do masowego odbiorcy itp. Lecz w perspektywie budowy odporności państwa, o której tyle współcześnie mówimy, najprawdopodobniej jest to proces wymagany.








