- ANALIZA
- WIADOMOŚCI
- OPINIA
Trump reżyseruje “Helikopter w ogniu 2” [OPINIA]
Amerykański atak na Wenezuelę nie zakończył się katastrofą tylko dlatego, że wenezuelska armia nie zamierzała walczyć za swojego „prezydenta”. I nie walczyła.
Autor. M.Dura
Politycy i eksperci oceniający amerykańską operację Absolute Resolve w Wenezueli są zasadniczo zgodni. Według większości z nich była to akcja perfekcyjnie zaplanowana, przygotowana i przeprowadzona. Ale czy na pewno? Może trzeba się lepiej zastanowić, dlaczego to właśnie ta operacja wojsk specjalnych zakończyła się „sukcesem”, podczas gdy wiele innych, równie „perfekcyjnie” przygotowanych akcji, już nie?
Zasadniczo za każdym razem działano przecież tak samo. Najpierw przeprowadzano rozpoznanie przeciwnika, później następowało uderzenie rakietowe, lotnicze i radioelektroniczne, eliminujące obronę przeciwlotniczą i system dowodzenia, a później śmigłowce lub samoloty przerzucały komandosów, którzy wykonywali swoją robotę. Pomimo tego wiele takich operacji się nie udało albo udało częściowo, a w większości organizatorzy ponosili straty, jeżeli już nie ludzkie, to chociażby sprzętowe.
Tymczasem Amerykanom w Wenezueli się powiodło, nie zginął żaden ich żołnierz i skończyło się na uszkodzeniu tylko jednego śmigłowca. Jednak stało się tak tylko dlatego, że w czasie akcji Amerykanom sprzyjało wszystko – w tym również wenezuelska armia. Wenezuelczycy nie chcieli bowiem walczyć za Maduro, nie mając takiej motywacji, jaką mieli np. Somalijczycy w Mogadiszu czy Talibowie w Afganistanie. Gdyby więc działano nie nad Caracas, ale nad Bagdadem, Mogadiszem czy jakimś miastem w Afganistanie, zajętym przez Talibów, to nawet tak „perfekcyjnie” przygotowana i poprowadzona akcja prawdopodobnie skończyłaby się katastrofą.
Czego nie wiadomo z tego, co podobno już wiadomo?
W ocenach całej operacji popełnia się najczęściej trzy błędy. Po pierwsze, przyjmuje się za pewnik informacje przekazywane obecnie przez amerykańskie i wenezuelskie agencje oraz media. Tymczasem w większości z nich znajdowały się błędy, które później rzutowały na ocenę całej sytuacji. Przykładowo, początkowo informowano, że w pierwszym uderzeniu Wenezuelczycy zarejestrowali tylko „co najmniej siedem eksplozji”. Z późniejszych przekazów wynika jednak, że tych uderzeń było o wiele więcej.
Amerykanie zaatakowali bowiem m.in.: port La Guaira (gdzie, jak to określono w przekazach medialnych: „zniszczono i uszkodzono wiele kontenerów transportowych”), lotnisko Higuerote (gdzie podobno zniszczono jeden samolot i wyrzutnię rakiet przeciwlotniczych Buk-M2E), bazy lotnicze Generalissimusa Francisco de Miranda (La Carlota) i Cuartel de la Montaña oraz kompleks wojskowy znany jako Fort Tiuna.
Autor. Wikipedia
Uderzeń było więc więcej, chociażby w bazie Fort Tiuna (El Fierte Tiuna), która mieści się na stosunkowo dużym obszarze pomiędzy wzgórzami na południu Caracas. Umieszczono tam wiele ważnych instytucji, w tym: ministerstwo obrony narodowej, Dowództwo Generalne Armii, obiekty różnych uczelni wojskowych oraz koszary międzynarodowego Batalionu Bolívar. Celem amerykańskich komandosów nie były jednak wszystkie budynki wojskowe, ale prawdopodobnie znajdująca się w Fort Tiuna rezydencja La Viñeta (oficjalna rezydencja wiceprezydenta), gdzie być może przebywał Nicolas Maduro.
Po drugie, uznano za pewnik słowa Donalda Trumpa, że doszło w Fort Tiuna do brutalnej walki. W rzeczywistości komandosi z Delta Force zabili kubańską ochronę Maduro. Pomógł w tym niewątpliwie fakt, że Amerykanie poprzez cyberatak wyłączyli prąd w dużej części Caracas, w tym w Fort Tiuna. Jest mało prawdopodobne, by Kubańczycy mieli noktowizory, natomiast Amerykanie je mieli i, co najważniejsze, potrafili je doskonale wykorzystać.
Dodatkowo komandosi Delta Force są cały czas szkoleni w tego rodzaju operacjach, w tym w walce w zamkniętych pomieszczeniach. Co więcej, doskonale wiedzieli, co robić i gdzie, ponieważ przez kilka miesięcy trenowali atak na pełnowymiarowych makietach całego kompleksu zbudowanego w Kentucky. Mieli też wsparcie ogniowe z powietrza śmigłowców Apache (lub Black Hawk DAP) oraz prawdopodobnie dronów śledzących na bieżąco całą sytuację. Przewaga informacyjna była więc na pewno po stronie Amerykanów.
Autor. GoogleMaps/Vantor/M.Dura
Było to ważne, ponieważ na całym terenie Fort Tiuna mogło znajdować się nawet kilka tysięcy wenezuelskich żołnierzy, w tym wspomniany już batalion Bolívar. Oczywiście zdjęcia satelitarne pokazują ewidentnie zniszczone jakieś budynki koszarowe w centralnej części bazy. Jednak liczba ofiar ze strony Wenezueli (około 40 osób) wskazuje, że praktycznie nikt ze stacjonujących tam wojskowych nie ucierpiał. Od razu nasuwa się więc pytanie: gdzie znajdowali się żołnierze z Fort Tiuna, kiedy ten fort był atakowany przez Delta Force?
Pytanie to jest o tyle zasadne, że Wenezuelczycy musieli się spodziewać ataku. Donald Trump go bowiem wcześniej zapowiedział, w sposób zawoalowany, ale zapowiedział. Dodatkowo zaraz po rozpoczęciu ataku pojawił się komunikat rządu Wenezueli, że Maduro ogłosił stan wyjątkowy. A to oznacza alarm w jednostkach wojskowych, w których żołnierze na pewno nie pozostali w łóżkach – szczególnie, gdy zaczęły być słyszane eksplozje.
Podobnie jest zresztą z „prezydentem” Maduro. Jedna z amerykańskich stacji telewizyjnych przekazała, że został on przez komandosów „wyciągnięty z łóżka”. W innych z kolei przekazach poinformowano, że złapano go w momencie, gdy chciał się ukryć w bezpiecznym pokoju. Oznaczałoby to jednak, że Maduro został poinformowany o nalotach, później ogłosił stan wyjątkowy i w końcu, pomimo strzelaniny, położył się spać. Tymczasem w momencie ataku osoba chroniona jest zasadniczo od razu umieszczana w najbardziej bezpiecznym miejscu. W tym przypadku jednak tego nie zrobiono. I to również trzeba będzie później wyjaśnić.
Autor. GoogleMaps/Vantor/M.Dura
Trzecim błędem w obecnych ocenach całej operacji jest uznanie, że Amerykanom udało się „chirurgicznymi uderzeniami” unieszkodliwić wenezuelską obronę przeciwlotniczą i w ogóle całe siły zbrojne Wenezueli. To właśnie po to, już w pierwszych minutach ataku o 2.00 w nocy 3 stycznia 2026 roku, uderzono lotnictwem i rakietami w systemy radiolokacyjne oraz centra dowodzenia i łączności. Jest jednak pewne, że nie zniszczono wszystkich elementów systemu OPL, bo to jest po prostu niemożliwe.
Praktycznie nietknięte przez Amerykanów były bowiem systemy mogące działać całkowicie pasywnie i autonomicznie - w odniesieniu do celów widzianych tylko wzrokiem, a więc bez konieczności wykorzystywania radarów. A jak się okazuje, takich systemów w Wenezueli jest bardzo dużo.
Czy rzeczywiście unieszkodliwiono całą wenezuelską obronę przeciwlotniczą?
Obrona przeciwlotnicza Wenezueli była dobrze rozpoznana przez Amerykanów, którzy wiedzieli, jak i gdzie uderzyć, by nie spowodować zbyt dużych strat ludzkich, a jednocześnie wyłączyć najbardziej niebezpieczne systemy średniego i krótkiego zasięgu typu S-300, Buk-M2E i Pieczora. Problem polega na tym, że Wenezuelczycy posiadają także zestawy przeciwlotnicze, które mogą być użyte bez systemów transmisji danych i radarów.
Wśród nich są szwedzkie wyrzutnie RBS-70 (zwalczające cele na odległości do 9 km i na pułapie do 5 km), francuskie Mistral (zwalczające cele na odległości do 8 km i na pułapie do 6 km) i rosyjskie Igła-S (zwalczające cele na odległości do 5 km i na pułapie do 3,5 km). Co ważne, zestawy przeciwlotnicze Mistral i Igła-S są w pełni pasywne i Amerykanie nie byliby w stanie ich wykryć do momentu wystrzelenia pocisku. I nie pomógłby w tym żaden, nawet najbardziej wyrafinowany system rozpoznania – satelity, drony nad obszarem prowadzenia operacji oraz natychmiastowe środki przeciwdziałania.
Autor. M.Dura
Operacja przebiegała bowiem nad miastem, w którym żyje dwa miliony ludzi, i których dużą część wyciągnęły na ulicę i balkony wybuchy na terenie różnych obiektów wojskowych. Operatorzy rakiet przeciwlotniczych po ich wystrzeleniu nie musieliby się więc niczego obawiać, najpierw niewidoczni z powodu pasywności ich systemów uzbrojenia, a po ich użyciu, po prostu kryjąc się w tłumie cywili i wśród gęsto rozstawionych budynków cywilnych. Chcąc ich zneutralizować, Amerykanie musieliby strzelać w kierunku zabudowań mieszkalnych, a na to nie zdecydowałby się nawet Donald Trump.
O skali zagrożenia może świadczyć fakt, że wenezuelskie siły zbrojne mogą posiadać nawet pięć tysięcy zestawów klasy MANPADS typu Igła-S. Amerykanie jednak to niebezpieczeństwo zignorowali, wysyłając nad Caracas swoje śmigłowce i nie przygotowując planu ewakuacji na przypadek niepowodzenia całej operacji. Na ich szczęście wenezuelscy żołnierze w większości gdzieś nagle zniknęli.
Czy Amerykanie rzeczywiście walczyli z całą, wenezuelską armią?
Z przebiegu operacji w Wenezueli wynika, że:
- albo wenezuelska armia nie ma żadnej wartości bojowej,
- albo doszło do jakiegoś, tajnego porozumienia Amerykanów z Wenezuelczykami i ci po prostu nie podjęli walki,
- albo też wenezuelscy żołnierze nie chcieli walczyć za Maduro.
Najmniej prawdopodobne jest pierwsze wytłumaczenie. Wenezuelscy żołnierze nie stanowią bowiem elity, ale na pewno wiedzą, jak wykorzystywać posiadane przez nich uzbrojenie. Tym bardziej, że wiele z obecnie wykorzystywanych systemów jest tak prostych w obsłudze, że obsługują je nawet słabo wykształceni fanatycy islamscy i Talibowie.
Bardziej prawdopodobne jest drugie rozwiązanie. Oczywiście można by się zastanawiać, dlaczego, jeżeli doszło do jakiegoś porozumienia Amerykanów z wojskiem, to i tak zaatakowano kilka wenezuelskich stanowisk radarowych i obrony przeciwlotniczej. I tu odpowiedź może być bardzo prosta. Dla zachowania pozorów i ponieważ te stanowiska w tym czasie były najczęściej opuszczone. Trudno jest bowiem przypuszczać, by przy tak zmasowanych nalotach zginęło tylko około 58 osób, w tym 32 kubańskich ochroniarzy „prezydenta” Maduro w starciu z Delta Force.
Autor. mil.ru
Jednak najbardziej prawdopodobne jest to, że Wenezuelczycy nie chcieli po prostu walczyć z amerykańską armią i samodzielnie opuścili swoje stanowiska. Trzeba bowiem pamiętać, że nawet przy jakimś układzie wenezuelskich generałów z Amerykanami jakiś żołnierz mógł nie usłuchać ich rozkazu i użyć uzbrojenia. Na szczęście dla Amerykanów to się nie zdarzyło i dzięki temu cała, trwająca dwie godziny dwadzieścia minut operacja porwania „prezydenta”, została przeprowadzona praktycznie bez strat ze strony atakującego.
Amerykańskie dowództwo nie mogło jednak na pewno wiedzieć, że wszyscy żołnierze wenezuelscy nie podejmą walki, dlatego akcja w Wenezueli obarczona była ogromnym ryzykiem. I uzyskane korzyści (a więc aresztowanie z naruszeniem prawa międzynarodowego Nicolasa Maduro i jego żony Cili Flores oraz medialny triumf Donalda Trumpa) na pewno tego ryzyka nie uzasadniają. Liczenie na szczęście jest więc najważniejszym zarzutem wobec Donalda Trumpa.
Która faza operacji Absolute Resolve była najbardziej ryzykowna?
Opisując atak na Wenezuelę, komentatorzy skupiają się głównie na jej czterech etapach, które rzeczywiście można chwalić: na przygotowaniu, na precyzyjnych nalotach, na ataku komandosów jednostki Delta Force na siedzibę Nicolasa Maduro i na jego porwaniu wraz z żoną do Stanów Zjednoczonych. I tu wszystko rzeczywiście było dobrze zaplanowane i wykonane.
Zobacz też

Praktycznie całkowicie pomija się jednak najważniejszy i najtrudniejszy element operacji Absolute Resolve, a więc przerzut śmigłowcami grupy uderzeniowej z Delta Force, która miała aresztować Maduro w jego siedzibie. Jest to o tyle dziwne, że w większości tego rodzaju akcji specjalnych, to właśnie ta faza przynosiła najwięcej problemów, największe straty, a parę razy zadecydowała również o fiasku całej operacji. Dobitnym tego przykładem była próba odbicia amerykańskich zakładników przetrzymywanych w Iranie, w ramach operacji Orli Szpon w kwietniu 1980 roku.
Przerzut amerykańskich komandosów z Delta Force zakończył się całkowitym fiaskiem, i to nie z powodu irańskiego przeciwdziałania, ale niesprzyjającej pogody. W efekcie tego nie tylko nie uwolniono zakładników, ale dodatkowo zginęło 8 amerykańskich żołnierzy, 4 z nich zostało rannych, jak również utracono 6 śmigłowców RH-53D oraz 1 samolot EC-130E.
Autor. Wikipedia
Trzynaście lat później doszło do podobnej tragedii w czasie akcji komandosów Delta Force i żołnierzy Rangers, tym razem w Somalii. W październiku 1993 roku, podczas operacji przerzutu żołnierzy do centrum Mogadiszu i aresztowania dwóch doradców Mohameda Aidida, słabo uzbrojeni Somalijczycy podjęli walkę, ostatecznie zabijając osiemnastu Amerykanów, raniąc ponad siedemdziesięciu i zestrzeliwując dwa amerykańskie śmigłowce Black Hawk. Zginęli wtedy również trzej operatorzy właśnie oddziału Delta Force.
Co ciekawe, w Mogadiszu Amerykanie byli w o wiele lepszej sytuacji niż w Caracas w 2026 roku. Mieli bowiem możliwość uzyskania wsparcia zarówno ze swojej bazy pod Mogadiszem, jak i również od pakistańskiego kontyngentu ONZ, stacjonującego na miejskim stadionie. To wsparcie okazało się niezbędne, gdy cała operacja się posypała i Amerykanie zostali otoczeni w mieście przez atakującą policję somalijską uzbrojoną tylko w karabiny i granatniki przeciwpancerne RPG.
Amerykańscy komandosi, którzy zostali przerzuceni do Fort Tiuna, na taką pomoc nie mogli liczyć. Amerykanie nie mieli bowiem na lądzie sił wsparcia poza jednostkami Piechoty Morskiej na okrętach pływających u wybrzeży Wenezueli. Dlatego Donald Trump mówił nieprawdę, wskazując, że w gotowości do udzielenia wsparcia byli cały czas amerykańscy Marines. Gdyby zestrzelono kilka amerykańskich śmigłowców i trzeba by było przeprowadzić ewakuację, to Amerykanie mogliby dotrzeć na miejsce tylko transportowani na kolejnych śmigłowcach lub samolotach pionowego startu MV-22 Osprey. I wtedy straty od rakiet z ziemi mogłyby być o wiele większe.
Z kolei zorganizowanie konwoju pojazdów wymagałoby przeprowadzenia lądowania w porcie lub na plażach. A to wiązałoby się z groźbą jeszcze większych strat i byłoby już traktowane jako zbrojna inwazja jednego państwa na drugie.
Jak można by było zatrzymać amerykańską operację w Caracas?
Przerzut komandosów Delta Force do Fort Tiuna na pokładzie śmigłowców był niebezpieczny z kilku powodów. Po pierwsze, można było łatwo przewidzieć trasę przelotu Amerykanów do miejsca pobytu prezydenta Maduro. Amerykanie mieli do przebycia ponad 20 kilometrów nad Wenezuelą (nie licząc przelotu nad morzem), w tym 10 kilometrów nad niekontrolowanym przez Amerykanów Caracas. O ile trudno byłoby określić dokładne miejsce wybrzeża, gdzie wlecą amerykańskie śmigłowce, to trasa dolotu do Fort Tiuna nad Caracas była już łatwa do przewidzenia.
Autor. Google Maps/M.Dura
Po drugie, przewidując, gdzie będą leciały helikoptery, można było bez problemów tak rozmieścić operatorów przenośnych przeciwlotniczych zestawów rakietowych typu Igła, by co najmniej kilkunastu z nich miało w swoim zasięgu zbliżające się śmigłowce. By stworzyć taką tarczę z MANPADS-ów wystarczyłoby tak naprawdę rozstawić dwudziestu operatorów. Byliby oni całkowicie bezpieczni, ponieważ po strzale mogliby się ukryć wśród cywilnej ludności lub w gęstej zabudowie miasta. Prawda jest więc taka, że tych dwudziestu operatorów MANPADS-ów wystarczyłoby, by zatrzymać operację Donalda Trumpa, w której wzięło udział kilka tysięcy Amerykanów, kilkadziesiąt okrętów oraz ponad 150 statków powietrznych.
Po trzecie, Amerykanie lecieli prawdopodobnie w taki sposób nad Caracas, że nawet nieprzeszkolony operator mógł wyróżnić te śmigłowce, które były najważniejsze i właśnie je zaatakować. Większość komandosów Delta Force była bowiem prawdopodobnie rozmieszczona na dwóch śmigłowcach CH-47 Chinook. Co gorsza, z umieszczonego na YouTube filmu z telefonu komórkowego, na którym jakiś Wenezuelczyk nagrał „defilujący” nad Caracas konwój amerykańskich śmigłowców, wynika, że dwa te ciężkie helikoptery znalazły się w środku szyku, lecąc samodzielnie i bez osłony z boku. Mniejsze śmigłowce osłony znajdowały się bowiem z przodu i z tyłu – w tym szturmowe AH-64 Apache.
Helikoptery transportowe były w zasięgu obiektywu telefonu przez kilkanaście sekund i pomimo tego Amerykanie nie wiedzieli, że są nagrywani. Tak samo nie wiedzieliby, że są śledzeni przez wenezuelskich operatorów zestawów MANPADS. I tak byłoby do momentu odpalenia ich rakiet przeciwlotniczych.
Czy lecące śmigłowce są bezbronne?
Każdy współczesny śmigłowiec wojskowy jest w jakiś sposób chroniony przed atakami rakiet przeciwlotniczych naprowadzanych na podczerwień. Chinooki są w o tyle trudnej sytuacji, że są duże, mają dwa silniki i pozostawiają za sobą o wiele większy ślad termiczny niż mniejsze, szturmowe śmigłowce Apache. Rakiety zestawów MANPADS namierzyłyby więc Chinooki z łatwością i na pewno nie zostałyby zmylone śladami termicznymi śmigłowców osłony.
Autor. M.Dura
Do obrony przed atakiem rakiet naprowadzanych na podczerwień, helikoptery Chinook wykorzystują najczęściej wyrzutnie specjalnych flar, które są wystrzeliwane wokół atakowanego statku powietrznego. Skuteczność tych flar nie jest jednak stuprocentowa, szczególnie w odniesieniu do nowej generacji MANPADS-ów, takich jak chociażby polskie zestawy Piorun. Najnowsze rakiety mogą bowiem zignorować wystrzelone flary, które lecą inaczej niż wcześniej śledzony śmigłowiec.
Dlatego na najważniejszych statkach powietrznych stosuje się specjalne systemy zakłócające, które nakierowują skupioną wiązkę laserową w kierunku głowicy nadlatującego pocisku. Tak silne promieniowanie zakłóca działanie głowicy lub nawet ją niszczy, przerywając atak. Systemy oznaczone jako DIRCM (Directed Infrared Counter Measures) mają jednak kilka wad. Po pierwsze są drogie, a po drugie mogą zwalczać jednocześnie tylko jeden pocisk.
Przy ataku kilku rakiet z bliskiej odległości, przynajmniej kilka z nich mogłoby się przedrzeć i uderzyć w cel. Oczywiście Amerykanie wcześniej zadbali, by przerwać łączność radiową nad Caracas, jednak nie udało się im wyłączyć całej telefonii komórkowej i Internetu. Wenezuelczycy mieli więc teoretycznie możliwość zsynchronizowania swoich działań w taki sposób, by nagle w kierunku Chinooków poleciało kilka rakiet jednocześnie.
Lecące nisko śmigłowce mogą być bezbronne
Co grosza dla Amerykanów, ich systemy przeciwdziałania nie miałyby żadnego znaczenia, gdyby Wenezuelczycy ostrzelali śmigłowce z przeciwpancernych pocisków kierowanych RPG. Na co dzień jest to uzbrojenie przeznaczone przede wszystkim do zwalczania pojazdów na bliskich odległościach. Jest to oczywiście prosta broń niekierowana, jednak dzięki temu nie można jej zakłócić. Historia niejednokrotnie więc pokazała, że RPG mogą być również przydatne w odniesieniu do helikopterów.
Autor. mil.ru
Amerykanie przekonali się o tym w 1993 roku, podczas operacji w Mogadiszu, gdy Somalijczycy właśnie z takiej broni zestrzelili dwa ich śmigłowce Black Hawk, doprowadzając do późniejszej śmierci kilkunastu Amerykanów. Przekonali się o tym również 6 sierpnia 2011 roku, gdy nad Afganistanem zestrzelono nie rakietą przeciwlotniczą, lecz przeciwpancernym, niekierowanym granatnikiem RPG śmigłowiec CH-47D Chinook lecący ze wsparciem dla atakowanego oddziału Rangersów.
Był to najtragiczniejszy dzień w historii morskich sił specjalnych Stanów Zjednoczonych. Na pokładzie trafionego w wirnik helikoptera zginęło bowiem w sumie 38 osób, w tym 25 komandosów elitarnej jednostki specjalnej amerykańskiej marynarki DEVGRU, znanej powszechnie jako SEALs Team 6, która trzy miesiące wcześniej zasłynęła zabiciem Osamy Bin Ladena. A zrobił to zwykły Talib wykorzystując prosty granatnik RPG.
To właśnie dlatego faza przelotu śmigłowców nad Caracas była punktem krytycznym. W tych kilkunastu minutach wyszkolenie specjalsów Delta Force przestało mieć jakiekolwiek znaczenie, a liczyło się tak naprawdę po prostu szczęście: że Wenezuelczycy nie będą strzelali, że ewentualnie systemy przeciwdziałania zadziałają i że żadna z maszyn nie będzie miała problemów technicznych.
Autor. M.Dura
A te problemy też mogą być problemem, o czym przekonali się komandosi z SEALs Team Six podczas akcji Włócznia Neptuna 2 maja 2011 roku. W ataku na siedzibę Osamy Bin Ladena rozbił się bowiem jeden z dwóch śmigłowców MH-60 Black Hawk (w specjalnej wersji stealth) przewożących oddział szturmowy. Na szczęście pilot zdołał wylądować i wszyscy komandosi mogli wziąć udział w ataku. Jednak to właśnie dlatego na szczęściu nie można opierać w żaden sposób tak wrażliwych operacji, jaką nakazał przeprowadzić Donald Trump na terytorium obcego państwa.
Gdyby przy braku szczęścia zdarzyło się, że chociaż jeden z Chinooków by spadł, to operacji w Fort Tiuna nie można byłoby już przeprowadzić, a to, co miało być operacją szturmową, zamieniłoby się w niezwykle ryzykowną operację ratunkową. Donald Trump na pewno widział film „Helikopter w ogniu” i wiedział, co mogłoby się stać z amerykańskimi żołnierzami, gdyby nagle zostali otoczeni przez Wenezuelczyków zdecydowanych, by bronić swojego miasta i kraju.
Pomimo tego postanowił „nakręcić” swoją wersję tego filmu, nie korzystając ze statystów, ale zabijając Wenezuelczyków i Kubańczyków oraz ryzykując życiem własnych żołnierzy. Jak na razie osiągnął tylko to, że w areszcie ma dwie osoby, które każdy demokratyczny sąd by je zwolnił ze względu na posiadany immunitet i niedotrzymane procedury. W Stanach Zjednoczonych za Donalda Trumpa nie jest to jednak wcale takie pewne.
Oczywiście mało kto żałuje Maduro, bo to postać godna pogardy. Problem jest w tym, że Trump kazał go porwać, nie po to, by doprowadzić do jakichś demokratycznych zmian w Wenezueli, ale dla ropy naftowej i swojego ego, do czego się zresztą przyznał, grożąc przy okazji innym państwom – w tym Kolumbii i Danii (za Grenlandię). Dlatego aresztowanie Maduro z żoną może być w geopolityce przysłowiowym otwarciem Puszki Pandory.
Wszystko zależy teraz tylko od tego, jak Chiny i Rosja potraktują atak amerykański – czy jako ostrzeżenie, czy też jako przyzwolenie.



PROGNOZA 2026 | Jakie drony na Ukrainie? | Flota cieni na Bałtyku | Defence24Week #142