- ANALIZA
- WIADOMOŚCI
Sahel bez zachodnich wojsk. Oni wypełnili próżnię [CZ. 2]
Autor. French Army
Po rozpadzie G5 Sahel w powstałą przestrzeń weszła Federacja Rosyjska. Początkowo głównym narzędziem Moskwy była Grupa Wagnera, która oferowała władzom ochronę, szkolenie i udział w operacjach w zamian za wpływy polityczne oraz dostęp do rynku i surowców.
Rosyjscy najemnicy nie byli zainteresowani rzeczywistym budowaniem samodzielnego potencjału obronnego partnerów z Sahelu. Przedłużający się brak bezpieczeństwa uzasadniał ich obecność i pozwalał kapitalizować kolejne kontrakty. Czyli Rosja korzysta na tym, że junty potrzebują poparcia.
To druga część publikacji. Aby przejść do pierwszej części kliknij tutaj.
Mali jest frontem wojennym Federacji Rosyjskiej
Po śmierci Prigożyna Moskwa zaczęła formalizować struktury i podporządkowywać je Ministerstwu Obrony oraz wywiadowi wojskowemu. W Mali Wagner został zastąpiony przez Korpus Afrykański, ale zmiana nazwy nie oznaczała końca rosyjskiej obecności. Rosja przejęła większą odpowiedzialność za operacje, które wcześniej można było przedstawiać jako działalność prywatnej firmy. W lipcu 2026 roku Rosja i państwa AES ponownie zapowiedziały pogłębienie współpracy wojskowej, mimo że dżihadyści nadal zdobywają teren.
Trzeba to powiedzieć wprost: Mali jest frontem wojennym Federacji Rosyjskiej w Afryce. W Republice Środkowoafrykańskiej rosyjska obecność służy głównie ochronie władz, zabezpieczaniu interesów gospodarczych i utrzymywaniu reżimu. W Sudanie Rosjanie koncentrują się na relacjach z walczącymi stronami, logistyce i surowcach. W Mozambiku Wagner nie poradził sobie z warunkami i po poniesieniu strat wycofał się. Natomiast w Mali rosyjskie formacje uczestniczą w regularnych operacjach, ponoszą straty i są bezpośrednio rozliczane z tego, czy potrafią zatrzymać JNIM oraz separatystów.
Wiosną 2026 roku skoordynowane działania JNIM i tuareskich rebeliantów doprowadziły do poważnych strat sił malijskich i rosyjskich. Korpus Afrykański potwierdził wycofanie z Kidal, a kryzys zagroził rosyjskim interesom, obejmującym projekty wydobywcze i energetyczne. Mali stało się ni mniej, ni więcej papierkiem lakmusowym rosyjskiej wiarygodności. Jeżeli Moskwa nie potrafi ustabilizować państwa, w którym działa najintensywniej, trudniej będzie przedstawiać jej model jako skuteczniejszą alternatywę dla Zachodu.
Rosja może dostarczać broń, amunicję, śmigłowce i instruktorów. Może też przeprowadzać brutalne operacje i pomagać w utrzymaniu najważniejszych baz. Nie jest jednak w stanie zastąpić funkcjonującego państwa. Co więcej, przemoc wobec ludności, szczególnie wobec społeczności Fulani i Tuaregów, zwiększa liczbę osób gotowych szukać ochrony albo zemsty po stronie organizacji zbrojnych. Siły Mali i Burkiny Faso w ostatnich latach odpowiadały za więcej ofiar cywilnych niż dżihadyści, a wykorzystanie tureckich dronów przez malijskie wojsko wiązało się także ze wzrostem liczby uderzeń w ludność.
Złoto łączy Afrykę z wojną w Ukrainie
Rosyjska obecność w Mali nie może być analizowana wyłącznie jako operacja antyterrorystyczna. W grę wchodzi dostęp do złota, litu i innych zasobów. Model wypracowany wcześniej w Republice Środkowoafrykańskiej i Sudanie polegał na łączeniu usług wojskowych z koncesjami, ochroną kopalń, kontrolą transportu oraz pośrednictwem w eksporcie. Nie zawsze oznacza to formalne przejęcie złoża. Wystarczy wpływ na licencje, bezpieczeństwo wydobycia i sieci handlowe.
Kreml może uzyskiwać z afrykańskiego wydobycia surowców ponad miliard dolarów rocznie, a w odniesieniu do Mali, Sudanu i Republiki Środkowoafrykańskiej pojawiała się kwota około 2,5 mld dolarów. Są to dane szacunkowe, ponieważ duża część handlu odbywa się poza oficjalnymi statystykami. Nie zmienia to zasadniczego wniosku, czyli że afrykańskie złoto pomaga Rosji obchodzić sankcje i finansować działania związane z wojną przeciw Ukrainie.
Złoto trafia między innymi do Zjednoczonych Emiratów Arabskich, gdzie może zostać połączone z legalnym obrotem i zamienione na środki finansowe. ZEA pozostają najważniejszym punktem wejścia dla niezadeklarowanego złota z Afryki. W handlu złotem z Mali ważną rolę odgrywają także rynki europejskie, w tym Szwajcaria, co pokazuje, że odpowiedzialność nie kończy się na granicach państw afrykańskich. Problemem jest nie tylko samo wydobycie, lecz także brak przejrzystości pochodzenia surowca.
Afryka, Rosja i Ukraina są zatem naczyniami połączonymi. Rosyjskie siły pomagają utrzymywać przyjazne władze i zabezpieczać dostęp do zasobów. Zyski wzmacniają rosyjską gospodarkę wojenną, a obecność polityczna pozwala Moskwie zdobywać poparcie lub neutralność państw afrykańskich na forum międzynarodowym. Ktokolwiek uważa, że sytuacja w Mali nie ma związku z bezpieczeństwem Polski i wschodniej flanki NATO, pomija finansowy i strategiczny wymiar rosyjskiej obecności. Rywalizacja z rosyjskimi najemnikami w Afryce jest częścią tej samej konfrontacji, która trwa w Europie Wschodniej.
Walka o stolice
Największym błędem w ocenie sytuacji jest mierzenie sukcesu wyłącznie liczbą stolic i dużych miast pozostających pod kontrolą władz. JNIM nie musi zdobywać Bamako, Wagadugu ani Niamey. Organizacja może otaczać mniejsze miejscowości, niszczyć infrastrukturę, blokować dostawy paliwa i zmuszać garnizony do pozostawania za murami baz. Państwo formalnie utrzymuje miasto, ale nie kontroluje prowadzących do niego dróg ani otaczających wsi.
JNIM pobiera zakat, rozstrzyga spory, reguluje dostęp do pastwisk i zawiera lokalne porozumienia. W jednym regionie prowadzi otwartą ofensywę, w innym ogranicza przemoc po uzyskaniu podporządkowania mieszkańców. Dlatego mniejsza liczba ataków nie zawsze oznacza poprawę. Czasami świadczy o tym, że organizacja nie musi już walczyć, ponieważ administracja została wyparta, a społeczność zaakceptowała narzucone zasady.
Szczególnie niebezpieczna jest zdolność do wykorzystywania konfliktów lokalnych. Nie wolno utożsamiać całej społeczności Fulani z dżihadyzmem. JNIM rekrutuje jednak wśród części pasterzy, którzy czują się zagrożeni przez wojsko, milicje albo konkurujące społeczności. Podobnie wygląda sytuacja z Tuaregami. Ugrupowania separatystyczne nie są częścią Al-Kaidy i mają inne cele, ale w określonych warunkach mogą koordynować działania z JNIM przeciwko wspólnemu przeciwnikowi. W 2026 roku taka współpraca była widoczna podczas ofensywy przeciwko siłom malijskim i rosyjskim.
Właśnie na tym polega obecna trudność w Sahelu. Junty przedstawiają konflikt jako prostą walkę państwa z terrorystami, podczas gdy w rzeczywistości nakładają się na siebie spory o władzę, ziemię, pastwiska, surowce i przyszłość północnego Mali. Brutalna operacja może zabić kilkudziesięciu bojowników, ale jeżeli równocześnie niszczy wieś i zabija cywilów, tworzy podstawy następnej rekrutacji.
JNIM i Państwo Islamskie
JNIM, czyli Jama’at Nusrat al-Islam wal-Muslimin, powstał w 2017 roku z połączenia struktur powiązanych z Al-Kaidą. W jego skład weszły między innymi Ansar Dine, Front Wyzwolenia Maciny, al-Mourabitoun oraz saharyjskie środowiska Al-Kaidy Islamskiego Maghrebu. Organizacja zachowała zdecentralizowany charakter, co pozwala jej dostosowywać działania do poszczególnych regionów.
Najbardziej aktywnym komponentem jest Katiba Macina, która rozwinęła wpływy w centralnym i południowym Mali, wykorzystując konflikty między pasterzami a rolnikami oraz słabość władz lokalnych. W północnej Burkinie Faso ważną rolę odgrywa Ansarul Islam, natomiast na wschodzie i południowym wschodzie rozwijają się struktury odpowiedzialne za ekspansję w stronę Nigru, Beninu i Togo. Siła JNIM nie wynika wyłącznie z liczby bojowników, ale bardziej z tego, że organizacja potrafi łączyć ideologię Al-Kaidy z lokalnymi interesami, przemytem i nieformalnym zarządzaniem.
Drugim głównym aktorem jest Państwo Islamskie w Sahelu, wcześniej określane jako Państwo Islamskie na Wielkiej Saharze. Ugrupowanie jest szczególnie aktywne na pograniczu Mali, Nigru i Burkiny Faso. JNIM i Państwo Islamskie rywalizują o terytorium, ludność i szlaki handlowe. Nie należy więc przedstawiać ich jako jednolitego sojuszu. Z drugiej strony presja państwa może czasowo ograniczać ich wzajemne walki, a ofensywa jednego ugrupowania stwarza drugiemu możliwość zajęcia opuszczonych obszarów. Co kluczowe, obie grupy – na rzecz wspólnej wojny – będą walczyć z FAMA (Siły Zbrojne Mali) oraz Rosjanami (czy też Korpusem Afrykańskim).
Niger prowadzi przy tym dwie wojny. Na zachodzie mierzy się z JNIM i Państwem Islamskim w Sahelu, natomiast na południowym wschodzie pozostaje zagrożony przez ISWAP oraz pozostałości Boko Haram. Ewentualne połączenie tych interesów nie musi oznaczać formalnego sojuszu organizacji terrorystycznych. Wystarczy najprostsza wymiana broni, materiałów wybuchowych, informacji i korzystanie z tych samych tras. To właśnie sieci terrorystyczne i ataki z wielu stron, a nie wspólne dowództwo, są obecnie największym zagrożeniem dla junt w Sahelu.
Marsz na południe
Ekspansja JNIM w stronę Zatoki Gwinejskiej nie rozpoczęła się od wielkiej kolumny bojowników maszerującej z Mali (jak np. porównać to do rosyjskich kolumn na Ukrainie). Organizacja przesuwa się etapami, czyli najpierw umocniła wpływy w Mali i Burkinie Faso, a dalej w dół kontynentu. Co ważne, regularnie już dochodzi do starć na granicy Burkina Faso – Benin i Burkina Faso – Togo.
W Beninie JNIM nie ogranicza się już do korzystania z terenów poza miastami jako zaplecza. Organizacja atakuje wojsko i próbuje osadzać się w lokalnych gospodarkach po obu stronach granicy z Nigrem. Ugrupowanie prowadzi działania propagandowe, buduje relacje z mieszkańcami i angażuje się w nielegalny handel, choćby bronią. Podobnie jest w Togo, gdzie JNIM coraz mocniej działa w kraju.
Co ważne, Ghana pozostaje w innej sytuacji. Nie ma tam jeszcze kampanii terrorystycznej porównywalnej z północnym Beninem i Togo. Brak dużych zamachów nie oznacza braku zagrożenia. Północne regiony mogą być wykorzystywane do utrzymania zaplecza, żeby nie otwierać kolejnego frontu.
Nie istnieje jeszcze jednolity pas terytorium kontrolowany przez dżihadystów od Mali do oceanu. Określenie „korytarz do Zatoki Gwinejskiej” należy rozumieć jako sieć stref wpływu, tras przemytu i bezpiecznych obszarów. JNIM nie musi kontrolować każdego kilometra. Wystarczy zdolność do przerzucania ludzi, broni i pieniędzy przez Burkinę Faso do Beninu, Togo oraz północnej Ghany. Taki korytarz powoli się tworzy. Jeśli nikt nie zatrzyma JNIM i innych grup, to będzie to „pas terrorystyczny”, który z kolejnymi latami będzie czymś na kształt „quasi-państwa”.
Dżihadyści nie muszą również zajmować portów. Znacznie łatwiej jest uderzać w drogi prowadzące do Kotonu, Lomé, Abidżanu i Dakaru. Blokowanie transportu może osłabiać jednocześnie państwa nadbrzeżne i junty AES. Dla JNIM wojna ekonomiczna jest często bardziej opłacalna niż próba utrzymania dużego miasta.
Drony i nowy rynek
Sahel stał się przestrzenią dla szybkiego rozwoju bezzałogowców. Turcja sprzedała drony władzom Mali, Burkiny Faso i Nigru oraz rozwinęła szerszą współpracę wojskową. Ankara buduje w Afryce obecność polityczną, gospodarczą i logistyczną, oferując partnerstwo bez presji porównywalnej z warunkami stawianymi przez Unię Europejską. W 2026 roku tureckie znaczenie w Mali rosło równolegle do problemów rosyjskiego Korpusu Afrykańskiego.
Trzeba jednak rozdzielić dwa zjawiska. Turcja dostarcza zaawansowane systemy państwom, a nie JNIM. Dżihadyści pozyskują przede wszystkim tanie drony cywilne, które modyfikują do prowadzenia rozpoznania i zrzucania ładunków. Od 2023 roku JNIM szybko rozwijał takie zdolności i łączył ataki dronów z uderzeniami lądowymi. Jest to kolejny przykład, jak niedrogie technologie zmieniają konflikt na obszarze większym od wielu państw europejskich. Co ważne, terroryści w Sahelu zaczęli wykorzystywać sztuczną inteligencję do przeprowadzania ataków.
Nie wszystkie państwa zachodnie całkowicie opuściły region. Włochy utrzymały bilateralną misję szkoleniową w Nigrze, obejmującą około 350 żołnierzy. Hiszpania zakończyła natomiast w 2025 roku działanie ostatniego stałego kontyngentu w Sahelu, choć nadal rozwija współpracę z państwami Afryki Zachodniej. Różnica pokazuje brak jednej zachodniej strategii. Poszczególne państwa zachowują kontakty, ale nie tworzą systemu, który mógłby zastąpić wcześniejszą obecność.
Chiny również obserwują sytuację i rozwijają wpływy gospodarcze, ale nie zamierzają przejmować pełnej odpowiedzialności za walkę z terroryzmem; podobnie Turcja. Oba państwa mogą dostarczać sprzęt i inwestycje, natomiast unikają wielkiej operacji lądowej. Sahel pokazuje zatem różnicę między obecnością a odpowiedzialnością. Wielu aktorów chce korzystać z rynku i wpływów, ale niewielu jest gotowych ponosić koszt długotrwałej stabilizacji.
Trzecia i ostatnia część publikacji ukaże się wkrótce.




Wybrane okazje dla Ciebie