Geopolityka

Rosyjsko-turecki plan podziału wpływów w Libii

Amerykański zestaw Hawk podczas strzelania, podobny system w wersji zmodernizowanej w Libii rozmieściła Turcja. Fot. CPL A. GALAN JR./USMC/Wikimedia Commons.
Amerykański zestaw Hawk podczas strzelania, podobny system w wersji zmodernizowanej w Libii rozmieściła Turcja. Fot. CPL A. GALAN JR./USMC/Wikimedia Commons.

Konferencję pokojową w Berlinie dotyczącą konfliktu libijskiego można uznać za porażkę Unii Europejskiej i NATO jeszcze przed jej rozpoczęciem. Niemcy postanowiły bowiem nie zapraszać ani Grecji, ani Cypru, choć ewentualne porozumienie może naruszyć kluczowe interesy tych dwóch państw. Dowodzi tego też nieudany szczyt w Moskwie, na którym zresztą Rosja przeceniła znaczenie swoich układów z Turcją.

Gdy uwaga świata koncentrowała się na Iranie i Iraku w związku z eskalacją napięć na linii Waszyngton – Teheran, Rosja i Turcja postanowiły podzielić się wpływami w Libii. Zawarty układ miał zagwarantować Turcji kontrolę nad Trypolisem, Rosja natomiast wzmocniłaby swoją obecność na terenach kontrolowanych przez gen. Khalifę Haftara i jego Libijską Armię Narodową (LNA). Putin i Erdogan postanowili przy tym zignorować zdanie innych państw zaangażowanych w libijski konflikt, a także tych, których interesów dotyczy tzw. Memorandum of Understanding (MoU) w sprawie libijsko-tureckiej granicy wyłącznych stref ekonomicznych (EEZ) na Morzu Śródziemnym.

Umowa ta, zawarta 27 listopada 2019 r.,  ignorując istnienie Cypru i Krety naruszyła suwerenność tych dwóch państw i jest całkowicie niezgodna z prawem międzynarodowym. Jej celem jest umożliwienie przejęcia przez Turcję cypryjskich złóż gazu i zniweczenie przez nią planu budowy gazociągu wschodniośródziemnomorskiego, który pompowałby do Europy (przez Grecję) gaz z cypryjskiego złoża Afrodyta, izraelskiego złoża Lewiatan i egipskiego złoża Zohr.

Realizacja tego projektu leży głęboko w interesie nie tylko państw zaangażowanych w ten projekt bezpośrednio (Egiptu, Izraela, Cypru, Grecji) ale również Włoch oraz całej Unii Europejskiej. Zagraża natomiast tranzytowej pozycji Turcji oraz stanowi konkurencję dla dostaw gazu rosyjskiego do Europy. To powoduje, że zarówno Moskwa, jak i Ankara zainteresowane są w jego storpedowaniu.

Turcja zawarła przy tym również umowę o współpracy wojskowej z trypolitańskim rządem Fajeza al-Saradża (GNA), na mocy której poprosił on Ankarę o wsparcie wojskowe w walce przeciwko ofensywie LNA na Trypolis. Umowa ta została ratyfikowana przez turecki parlament. Natomiast libijski parlament, obradujący w konkurencyjnym dla Trypolisu libijskim ośrodku władzy tj. w Tobruku, kategorycznie potępił tę umowę, co zostało zignorowane przez Saradża i Turcję.

Na początku stycznia Turcja zaczęła przerzucać syryjskich dżihadystów do Libii. Obecnie jest ich już tam 2 tys.  6 stycznia Haftar zdobył jednak strategiczną Syrtę, gdyż na jego stronę przeszły tamtejsze milicje. Powodem było m.in. to, że wielu dotychczasowych przeciwników Haftara nie akceptuje tureckiej interwencji, o którą poprosił Saradź. Faktycznie prowadzi ona bowiem, do całkowitego uzależnienia GNA od Turcji.

Dla Rosji zdobycie przez Haftara Trypolisu i, w konsekwencji, przejęcie kontroli nad całą Libią nie byłoby jednak korzystne, mimo że LNA wspierana jest przez rosyjskich najemników. Rosja lawiruje między LNA i GNA, a wartością samą w sobie jest dla niej trwanie konfliktu. Wywieranie coraz większej presji na Haftara prowadziłoby do wymuszania na nim kolejnych koncesji w zakresie eksploatacji libijskiego gazu i ropy oraz wypychania konkurencji. Służyłaby temu współpraca rosyjsko-turecka, która oparta jest na transakcjonizmie.

Turecka obecność militarna w Trypolisie, według tych planów, powodowałaby, że Haftar potrzebowałby rosyjskiego wsparcia, by utrzymać swoją pozycję, a to z kolei miałoby swoją cenę. Gdyby natomiast wkroczył do Trypolisu i wojna by się zakończyła, to Rosjanie straciliby możliwość wywierania takiego nacisku. A Haftar ma bliższych sojuszników. Ponadto libijski generał zapowiedział unieważnienie MoU, a jest ono przecież również w interesie Moskwy.

Znaczenie rosyjskich najemników dla ofensywy Haftara na Trypolis jest przez wielu wyolbrzymiane, podczas gdy znacznie większe wsparcie militarne otrzymuje on od Egiptu oraz Zjednoczonych Emiratów Arabskich. Państwa te nie były więc zachwycone gdy Rosja i Turcja dogadały się w sprawie zawieszenia broni w Libii i rozmów pokojowych w Moskwie, których datę wyznaczono na 13 stycznia. Haftar bardzo niechętnie zgodził się na przyjazd na te negocjacje. W Rosji nie czekało go też takie przyjęcie, jakiego się spodziewał. Putin postanowił pokazać mu jego miejsce (rosyjskiego klienta).

Przynajmniej tak wydawało się gospodarzowi. Ale gdy libijskiemu generałowi podsunięto do podpisania dokument, na mocy którego utrzymywana była moc MoU i sankcjonowana była turecka obecność wojskowa w Trypolisie, ten poprosił o czas do namysłu. Rozmowy miały zostać wznowione następnego dnia ale zamiast tego Haftar po prostu wsiadł w samolot i odleciał. Dla Putina była to zniewaga i popsucie jego transakcyjnych układów z Erdoganem. Pod adresem libijskiego generała posypały się też groźby ze strony tureckiego prezydenta, który zapowiedział wysłanie do Trypolisu regularnych sił tureckich.

Decydując się na nagły wyjazd z Moskwy, Haftar zaryzykował, że Rosja, podobnie jak Turcja (choć mniej otwarcie) wesprze jego przeciwników w libijskiej wojnie domowej. Wszystko jednak wskazuje na to, że uczynił to, mając gwarancje zwiększenia pomocy ze strony Egiptu, Zjednoczonych Emiratów Arabskich, Jordanii oraz Grecji i być może również Francji. Egipt ma fatalne relacje z Turcją od czasu gdy rządzący obecnie w Kairze Abdel Fateh al-Sisi obalił rządy Bractwa Muzułmańskiego w tym kraju.

Turcja natomiast popiera Bractwo Muzułmańskie i dlatego niedopuszczenie do jej militarnej obecności za zachodnią granicą Egiptu, a także wzmocnienia się Bractwa Muzułmańskiego w Libii (a organizacja ta wspiera rząd Saradża) jest kwestią racji stanu. Można się zatem spodziewać, że Egipt zrobi wszystko, łącznie z krokami militarnymi, by zablokować przerzut tureckich wojsk do Libii. Kair zresztą kieruje się też swoim interesem ekonomicznym związanym ze współpracą energetyczną z Cyprem i Izraelem.

W czwartek 16 stycznia w Kairze odbyło się trzecie posiedzenie Wschodniośródziemnomorskiego Forum Gazowego (EMGF). Forum, którego celem jest przekształcenie wschodniej części basenu Morza Śródziemnego w gazowy hub, zostało powołane w styczniu 2019 r. przez Egipt, Cypr, Izrael, Grecję, Włochy i Jordanię. USA mają natomiast status stałego obserwatora. W czwartek o dołączenie do EMGF poprosiła Francja. Projekt ten ma też wsparcie Unii Europejskiej, która już w 2013 r. rekomendowała budowę gazociągu wschodniośródziemnomorskiego, a w latach 2015 – 2018 przeznaczyła na techniczne, ekonomiczne i środowiskowe studium tego projektu 34,5 mln Euro.

Turcja jednak w 2019 r. nasiliła działania zmierzające do zniweczenia tego projektu, m.in. wysyłając swoje statki wiertnicze na wody cypryjskie. W końcu grudnia turecka marynarka wojenna zmusiła do zawrócenia izraelską ekspedycję zmierzającą do prowadzenia gazowych prac eksploracyjnych w cypryjskim EEZ (za zgodą Cypru). Ankara, powołując się na swoją umowę z Saradżem, twierdziła bowiem, że jest to jej EEZ.

W Izraelu pojawiły się wówczas głosy, że Turcja stanowi obecnie największe zagrożenie dla Izraela, gdyż nie tylko dąży do zablokowania gazowej współpracy wschodniośródziemnomorskiej, w której Izrael ma swój udział, ale również może próbować blokować morskie trasy dostępu do Izraela. Dlatego również Izrael jest żywotnie zainteresowany tym, by MoU nie weszło w życie i turecka obecność militarna również nie doszła do skutku.

O ile jednak Izrael nie może otwarcie poprzeć LNA w Libii ze względu na to, że zostałoby to wykorzystane przez propagandę drugiej strony, to krok taki mogła i zrobiła Grecja. Umowa Saradża i Erdogana, naruszająca suwerenność Grecji, została podpisana tuż przed ostatnim szczytem NATO, który odbył się w Londynie. Sekretarz Generalny Sojuszu Jens Stoltenberg, mimo wniosku Grecji o zajęcie się tą sprawą przez NATO, zablokował wprowadzenie tego problemu do porządku obrad, co można uznać za kolejną porażkę NATO. Zamiatanie pod dywan problemu nic jednak nie dało, o czym świadczy wzmożenie przez Turcję naruszeń przestrzeni powietrznej Grecji.

Tylko jednego dnia, 14 stycznia, Grecy odnotowali aż 91 naruszeń swojej przestrzeni powietrznej przez tureckie F-16, helikoptery oraz samolot walki radioelektronicznej. Następnego dnia naruszeń było aż 120. Turcja zawsze naruszała grecką przestrzeń powietrzną, gdyż nie uznaje greckiej suwerenności nad częścią wysp na Morzu Egejskim, ale od 2016 r. liczba naruszeń zaczęła dramatycznie rosnąć. W 2016 r. Grecy odnotowali 1671 naruszeń, w 2017 już 3317, w 2018 – 3705, a w 2019 – 4811. W dniach 1-17 stycznia odnotowano natomiast 383 pogwałcenia greckiej przestrzeni powietrznej.

image
Fot. joepyrek/CC BY-SA 2.0

Trudno się zatem dziwić, że Grecja uznaje rozwój wydarzeń w Libii za niezwykle ważny dla jej racji stanu. Po zawarciu umowy między Turcją a GNA, Ateny nakazały libijskiemu ambasadorowi opuścić Grecję, a następnie rozpoczęły intensywne rozmowy z libijskim ośrodkiem władzy w Tobruku. Przewodniczący libijskiego parlamentu odwiedził Ateny 12 grudnia 2019 r. i po rozmowach z władzami greckimi podkreślił, że MoU jest nieważne. 17 stycznia do Aten przyleciał natomiast gen. Khalifa Haftar, który spotkał się tam m.in. z greckim ministrem spraw zagranicznych Nikosem Dendiasem oraz premierem Kyriakosem Mitsotakisem. Po rozmowach szef greckiego rządu oświadczył, że Grecja nigdy nie zgodzi się na takie rozwiązanie polityczne w Libii, które doprowadzi do utrzymania w mocy MoU.

Kanclerz Angela Merkel zapewne spodziewała się takiego stanowiska Grecji i dlatego po prostu nie zaprosiła tego państwa na konferencję w Berlinie. Nie będzie też Cypru i oczywiście Izraela, choć wśród gości można znaleźć nawet delegację Republiki Konga. Poza tym w obradach mają uczestniczyć również USA, Rosja, Chiny, Wielka Brytania, Francja, Włochy, Algieria, Egipt, Zjednoczone Emiraty Arabskie, Turcja, przedstawiciele ONZ, UE, Unii Afrykańskiej i Ligi Arabskiej. Ponadto Saradź wezwał do zaproszenia również Kataru (wspierającego Bractwo Muzułmańskie) i Tunezji (gdzie niedawno Bractwo Muzułmańskie wygrało wybory).

Wpływy Bractwa Muzułmańskiego w Trypolisie to drugi powód międzynarodowego konfliktu wokół Libii. Egipt oraz Zjednoczone Emiraty Arabskie uważają tę organizację za kluczowe zagrożenie i dlatego są żywotnie zainteresowane zajęciem Trypolisu przez Haftara. Kontrola nad Trypolisem wiąże się jednak z jeszcze innym problemem, którym Europa jest, lub przynajmniej powinna być, żywotnie zainteresowana. Libia jest bowiem krajem, przez który wiedzie środkowo-śródziemnomorski szlak migracyjny z Afryki do Europy. Nic nie wskazuje przy tym na to, by migracyjna presja z Afryki miała ulec osłabieniu, gdyż wynika to z dynamiki demograficznej.

Tymczasem kanclerz Merkel zdaje się dążyć do oparcia porozumienia pokojowego w Libii na warunkach, które utrwalą rosyjsko-tureckie wpływy w tym kraju. Z perspektywy szantażu migracyjnego i stosowania tego jako narzędzia nacisku politycznego na UE jest to szaleństwo, zwłaszcza, że Turcja kontroluje już szlak wschodnio-śródziemnomorski. W 2015 r. tureckie służby specjalne stymulowały strumień migracyjny do Europy, a następnie wymusiły od UE wypłatę 6 mld euro, ciągle szantażując kolejnym kryzysem migracyjnym.

Sytuacją w Libii zainteresowane są też Włochy i Francja, których koncerny odpowiednio Eni i Total zaangażowane są w eksplorację i eksploatację libijskich złóż. Rzym i Paryż popierają przy tym przeciwne strony, co wiąże się również z tym, że włoski rząd zawarł porozumienie z Trypolisem w sprawie powstrzymywania migracji do Europy. Ale Włochy mogą być zmuszone do rewizji swojego stanowiska, gdyż kontrola turecka nad Trypolisem może być w kontekście migracji bardzo groźna dla tego państwa. Ponadto Włochy zainteresowane są również rozwojem gazowego projektu wschodniośródziemnomorskiego, który Turcja chce storpedować. W piątek doszło jeszcze jedno zagrożenie dla Włoch – zamknięcie gazociągu Greenstream pompującego gaz z Mellitah w Libii do Geta na Sycylii.

LNA i związane z nią oddziały ochrony instalacji gazowo-naftowych (Petroleum Facilities Guard) pod dowództwem gen. Nadżi al-Maghraby kontrolują obecnie większość libijskich złóż i instalacji, w tym stację w Mallitah. Rozliczenia ze sprzedaży ropy i gazu dokonywane są jednak poprzez związaną z GNA, Narodową Korporację Naftową (NOC). Dlatego 17 stycznia doszło do zablokowania instalacji przesyłowych. Oficjalnie odpowiadają za to uczestnicy protestów przeciwko tureckiej interwencji w Libii, do których wezwała starszyzna plemion wspierających Haftara.

Protestujący zarzucili GNA, że ze środków pochodzący z ropy i gazu finansuje syryjskich najemników przysłanych przez Turcję i zapowiedzieli, że blokada będzie trwała, aż do upadku GNA, wycofania syryjskich najemników oraz tureckich doradców wojskowych z terytorium Libii. LNA natomiast ogłosiła, że będzie chronić uczestników protestu. Wśród zablokowanych instalacji jest między innymi stacja przesyłowa w Malliytah.

W coraz bardziej intensywnym sporze wokół Libii i wschodniego basenu Morza Śródziemnego uderza bardzo małe zaangażowanie USA. Może ono wynikać z tego, że administracja Trumpa nie uznaje Libii za kraj priorytetowy z punktu widzenia swoich interesów. Niemniej w realizację projektu wschodniośródziemnomorskiego zaangażowane są też takie amerykańskie koncerny jak Exxon czy Noble.

Ponadto nie bez znaczenia jest również to, że stroną sporu jest też Izrael. Z drugiej strony Trump pokazał, że nie chce wchodzić w konflikt z Turcją nawet jeśli jest to głęboko w interesie USA. Gen. Khalifa Haftar, który jest zresztą obywatelem USA i jego rodzina cały czas mieszka w Ameryce, a także był współpracownikiem CIA, od dawna próbuje lobbować w Waszyngtonie, by zyskać amerykańskie poparcie. Póki co jednak niezbyt skutecznie.

Od 12 stycznia w Libii obowiązuje zawieszenie broni, ale według napływających z tego kraju informacji wykorzystywane jest ono do przegrupowywania sił. Po zawieszeniu broni otwarto lotnisko w Trypolisie, wcześniej zamknięte z uwagi na bombardowania sił LNA. Według niepotwierdzonych informacji w czasie trwania rozejmu rozmieszczono tam tureckie systemy przeciwlotnicze typu HAWK. Gdyby okazało się to prawdą, mogłoby to znacząco utrudnić działania lotnictwa w regionie, a także wesprzeć obecność Turcji i zabezpieczyć możliwość przysyłania posiłków drogą lotniczą. Nic nie wskazuje na to, by berlińska konferencja była przełomem w libijskiej wojnie i sporze wokół EEZ na Morzu Śródziemnym. Niemcy chcą najwyraźniej te sprawy oddzielić, kierując się przekonaniem, iż ułatwi to negocjacje.

Tymczasem nawet jeśli się tak stanie, to jakiekolwiek porozumienie będzie kruche i nietrwałe. Wznowienie ofensywy przez Haftara może z kolei sprowokować Turcję do spełnienia swoich gróźb dokonania interwencji zbrojnej na pełną skalę. Lub przynajmniej próby dokonania takiej interwencji, gdyż Egipt, ZEA, a także Grecja i Izrael, zrobią wszystko by do niej nie dopuścić. Nie wiadomo jak zachowa się Rosja. Póki co Haftar zapowiedział kolejną wizytę w Moskwie, ale nie ustalono żadnego jej terminu.

Jeśli jesteś przedstawicielem wybranych instytucji zajmujących się bezpieczeństwem Państwa przysługuje Ci 100% zniżki!
Aby uzyskać zniżkę załóż darmowe konto w serwisie Defence24.pl używając służbowego adresu e-mail. Po jego potwierdzeniu, jeśli przysługuje Tobie zniżka, uzyskasz dostęp do wszystkich treści na platformie bezpłatnie.