Geopolityka

Afganistan pod naporem talibów. Brytyjscy komandosi uratują Helmand?

Fot. Staff Sgt. Jeffrey Duran, U.S. Army
Fot. Staff Sgt. Jeffrey Duran, U.S. Army

Brytyjscy żołnierze, najpewniej elitarni operatorzy jednostek specjalnych, zostali wysłani do Afganistanu, aby wspomóc oddziały walczące z talibami w prowincji Helmand. To już kolejna taka sytuacja, po bitwie o Kunduz, w której terroryści zagrażają kluczowym ośrodkom władzy w jednej z prowincji Afganistanu, zmuszając jednocześnie tamtejsze władze do szukania pomocy ze strony zewnętrznych sojuszników. Czyżby wraz z końcem 2015 r. inicjatywa strategiczna już na stałe przeszła w ręce talibów, a rząd w Kabulu będzie cały czas zmuszony do podejmowania kolejnych szybkich działań ad hoc, przyduszając jedynie kolejne ogniska zagrożeń?

Coraz pewniejsi talibowie, rosną straty nie tylko w szeregach wojska i policji afgańskiej

Talibowie w najbliższym czasie mogą przejąć faktyczną kontrolę nad znaczną częścią prowincji Helmand, co niewątpliwie może w znacznym stopniu podważyć pozycję rządu w Kabulu w całym państwie. W tym samym czasie w rejonie bazy w Bagram doszło do najbardziej krwawego uderzenia na Amerykanów w tym roku. Zamachowiec-samobójca na motocyklu zabił sześciu członków patrolu. Także w stolicy, Kabulu, dało się odczuć w ostatnich dniach presję ze strony talibów. Przeprowadzili oni nieudany, na szczęście, atak rakietowy, starając się porazić kluczowe cele w rejonie m.in. ministerstwa górnictwa i - być może - pałacu prezydenckiego.

Jednak znaczenie samych walk prowadzonych obecnie o miasto Sangin dostrzega już nie tylko sama strona afgańska, ale również Stany Zjednoczone oraz Zjednoczone Królestwo, wysyłając do działań własne pododdziały sił specjalnych. Zwłaszcza dla Brytyjczyków jest to powrót do dobrze znanej rzeczywistości, codzienności, z jaką nie tak dawno stykał się ich kontyngent wojskowy, stacjonujący właśnie w tej prowincji i tworzący od 2006 r. trzon wojsk NATO-ISAF.

Zjednoczone Królestwo, w obliczu napiętej sytuacji w Helmandzie, miało bowiem podjąć decyzję o wysłaniu w trybie pilnym ok. 30 operatorów należących najprawdopodobniej do elitarnej formacji SAS lub SBS. Szczegóły dotyczące ich działań i obecności są, oczywiście, objęte tajemnicą, lecz wiadomo, że w ramach udziału w obecnej misji NATO w Afganistanie (Resolute Support) mała grupa Brytyjczyków została dyslokowana do bazy Camp Shorabak, położonej w pogrążonej w ciężkich walkach prowincji Helmand. Czynniki oficjalne zapewniają przy tym, że nie jest typowa misja bojowa, a raczej misja doradcza, prowadzona na rzecz walczących tam z talibami formacji Afgańskich Sił Zbrojnych (ANA) oraz innych lokalnych struktur bezpieczeństwa.

Brytyjscy wojskowi, przynajmniej w sferze przekazu przygotowanego dla mediów, mają przy tym nie działać poza samą bazą. Oprócz brytyjskich komandosów w rejon obecnych walk, obejmujących m.in. miasto Sangin, mieli wcześniej trafić również operatorzy z amerykańskich formacji należących do Sił Operacji Specjalnych (być może żołnierze z Sił Specjalnych, w ramach US Army). Na obecną chwilę można jedynie domniemywać, że w przypadku narastającego napięcia w całej prowincji część elitarnych operatorów ze Stanów Zjednoczonych/Zjednoczonego Królestwa może być również wykorzystana poza wspomnianymi bazami wojskowymi, chociażby do skutecznego naprowadzania różnych statków powietrznych, udzielających bliskiego wsparcia siłom afgańskim.

Helmand bastionem Talibów i ... produkcji opium

Prowincja Helmand już od pewnego czasu stała się celem ataków talibów, którzy przecież od lat uznawali ją za jedno ze swych sanktuariów. Równocześnie, w tym rejonie istniał oraz nadal istnieje bardzo silny przemysł związany z produkcją i handlem opium. Obecność dużych pieniędzy, płynących bezpośrednio z narkobiznesu, tym bardziej wzmacnia znaczenie prowincji w całościowym rozkładzie sił w ramach afgańskiej walki o władzę i wpływy pomiędzy władzami w Kabulu, regionalnymi ośrodkami decyzyjnymi, skupionymi wokół kluczowych watażków/polityków/producentów opium itd., a talibami.

Przy czym koniec 2015 r. może przynieść realne przewartościowanie w zakresie utrzymania kontroli nad Helmandem, gdyż to właśnie w grudniu talibowie przeprowadzili kolejną ze swych ofensyw, której celem jest, być może, przejęcie kontroli nad całą prowincją - szczególnie, jeśli uda im się w pełni zdobyć miasto Sangin oraz utrzymać się w nim przez pewien czas. Oznaczałoby to znaczne rozszerzenie działań poza dotychczasowe rejony południa prowincji, które - de facto -znajdują się już pod kontrolą talibów. W tym tygodniu część afgańskich parlamentarzystów zwróciła się do władz centralnych z dramatycznym apelem o przywrócenie władztwa państwa na południu Helmandu, bo inaczej będzie za późno. Przy czym w Kabulu raczej cały czas mówiło się o wiosennej ofensywie, kamuflując zapewne własną słabość i realną niemożność przygotowania skutecznej kontrofensywy.

Jednocześnie władze Afganistanu zapewniają, że nawet pomimo trudnej sytuacji w rejonie prowincji Helmand, raz po raz odzyskują inicjatywę strategiczną. Ma temu sprzyjać przysłanie odpowiednich posiłków z prowincji Logar oraz Kandahar. Sygnały płynące z Sangin, a także Greshk czy Ashir, przeczą oficjalnemu optymizmowi towarzyszącemu opisowi działań strony rządowej w regionie. Talibowie mają przy tym działać zgodnie z modus operandi, który wyznaczyła słynna już bitwa o Kunduz. Najpierw zabezpieczają kontrolę nad głównymi, nielicznymi drogami, które mogą posłużyć za drogę ewakuacji lub wzmocnienia sił rządowych. Następie uderzają na osamotnione punkty kontrolne, by dopiero później wkroczyć do miast rozbijając ich obronę na sieć odizolowanych od siebie bastionów, będących najczęściej siedzibami policji, wywiadu, czy też bazami wojskowymi.

Niszczone są przy tym wszelkie budynki administracji, symbolizujące zwierzchnictwo władz z Kabulu, co ma mieć wymiar nie tyle praktyczny co symboliczny, oddziaływujący na wszystkich zwolenników lub potencjalnych zwolenników afgańskich władz. Reakcja sił zbrojnych Afganistanu oraz innych służb jest przy tym bardzo czytelna i łatwa do przewidzenia, gdyż od razu dąży się do wysłania wsparcia z lądu i powietrza. Jednak braki w zakresie chociażby śmigłowców transportowych utrudniają tego rodzaju manewr, narażając ściągane odwody na zasadzki oraz oddziaływanie np. IED na drogach. Talibowie ewidentnie zdają sobie sprawę, że ostatecznie będą musieli się wycofać, jak to miało miejsce chociażby w Khan Shin, lecz poczucie ich stałej obecności i zdolności do infiltracji poszczególnych rejonów pozostaje.

Przyznać się do porażki w wymiarze strategicznym?

Równocześnie władze Afganistanu muszą zdawać sobie sprawę z długookresowej niemożności ciągłego gaszenia kolejnych ofensyw talibów w różnych powiatach i prowincjach. Wyczerpuje to bowiem zapasy oraz osłabia w sposób znaczący najbardziej elitarne formacje, przez co neguje zdolności do potencjalnego przejęcia inicjatywy strategicznej w ramach tzw. ofensywy wiosennej. Jednocześnie zachodni partnerzy Afganistanu, podejmując m.in. decyzje o coraz szerszym wsparciu Afgańczyków w zakresie operacji lotniczych, jak i udziału operatorów wojsk specjalnych, muszą zdawać sobie sprawę ze słabości obecnych afgańskich wojsk i służb bezpieczeństwa. Stawiając się równocześnie na rozdrożu pomiędzy swoistą akceptacją upadku zwierzchnictwa władz w Kabulu nad częścią terytorium (szczególnie południe państwa), a ponownym wzmocnieniu własnej obecności wojskowej.

Ta druga opcja jest raczej mało prawdopodobna, gdyż - chociażby przez pryzmat tłumaczeń brytyjskich władz w zakresie wysłania dodatkowych wojskowych do Helmandu - widać jak strasznie niepopularnym tematem jest współcześnie Afganistan. Zaś w przypadku Stanów Zjednoczonych, szczególnie jeszcze w okresie prezydentury Baracka Obamy, trudno przypuszczać, że nastąpi przyznanie się oficjalnych czynników do katastrofalnego błędu w zakresie zbyt szybkiej i nieprzygotowanej „afganizacji” wojny. Przy czym wszelkie pośrednie działania będą miały wymiar taktyczny, nie tworzący jakichkolwiek istotnych zmian z perspektywy całościowej strategii względem Afganistanu. 

Innym interesującym elementem, kluczowym w postrzeganiu bieżących wydarzeń w Afganistanie, jest swoiste zmęczenie mediów na Zachodzie problemami tego państwa. W przypadku Polski wcześniejsze walki w różnych prowincjach były raczej traktowane epizodycznie lub pomijane, a obecność polskich wojskowych w samym Afganistanie pojawiła się w głównej mierze wraz z wizytą ministra obrony narodowej Antoniego Macierewicza w bazie Bagram. Wówczas w Polsce choć na chwilę można było odczuć zainteresowanie zapomnianym na co dzień Afganistanem, przy czym dało się zauważyć, iż największe emocje wzbudził strój ministra, niż szersze ujęcie budowanej tam przez naszych żołnierzy od lat konstrukcji afgańskiego państwa, jego sił zbrojnych, policji i administracji.

Co równie ważne, w przypadku zachodnich mediów, takie wydarzenia jak atak na patrol, w którym zginęło sześciu amerykańskich wojskowych, było zdominowane dyskusją na temat preferencji seksualnych jednej z ofiar. Ewidentnie mniej porywające są bowiem tematy obejmujące pozostawienie Afgańczyków bez odpowiedniego transportu powietrznego, wsparcia lotniczego (swoje kursy w Stanach Zjednoczonych kończy dopiero pierwsza grupa pilotów afgańskich A-29 Super Tucano), zaplecza logistycznego, uniemożliwiającego utrzymanie stanów wyposażenia, które otrzymało to państwo w ramach pomocy zagranicznej itd.

W obliczu tych wszystkich wydarzeń i sygnałów płynących z Afganistanu rozsądnym jest postawienie pytania na ile już teraz, jako wspólnota międzynarodowa, chcemy pozostawić to państwo samo sobie, a na ile jesteśmy skłonni dać mu drugą szansę. Szczególnie, że trzeba mieć w pamięci stworzenie na terytorium Afganistanu opuszczonego przez wszystkich najważniejszych graczy, nie tylko samego krwawego i restrykcyjnego reżimu talibów, ale również rozbudowanie bezpiecznego sanktuarium dla działań islamistycznej międzynarodówki terrorystycznej. A przecież to właśnie z niej wywodzi się nie tylko cała generacja członków Al-Kaidy, lecz również ludzi skupionych wokół nieżyjącego już Jordańczyka Abu Musaba az-Zarkawiego, ojca chrzestnego współczesnego Daesh. Pytanie o Afganistan jest - tak naprawdę - pytaniem o to, na ile przywódcy na Zachodzie są w stanie wyciągać wnioski płynące z historii oraz z własnych błędów.

Komentarze