- WIADOMOŚCI
- KOMENTARZ
- ANALIZA
- OPINIA
Rosyjska rakieta nad Polską: dlaczego nie została zestrzelona? [OPINIA]
Autor. 31 BLT kpt. Paweł KRZESZKIEWICZ
W nocy z 29 na 30 lipca doszło do naruszenia przestrzeni powietrznej Polski przez rosyjski statek powietrzny, najprawdopodobniej rakietę manewrującą Ch-101. Pocisk upadł w rejonie około 85 km od polskiej granicy, pokonując ponad 100 km. Dlaczego nie został zestrzelony?
W ataku, jaki przeprowadzono na Ukrainę w nocy z 29 na 30 lipca, wykorzystano – według Sił Powietrznych Ukrainy – obok pocisków balistycznych Iskander-M, przeciwokrętowych Oniks/Cyrkon i bezzałogowców – ponad 60 pocisków manewrujących Ch-101 i Kalibr. Inaczej niż w ostatnich uderzeniach, które obejmowały – obok terenów przygranicznych – głównie obszary stolicy Ukrainy i portu w Odessie, zaatakowano także rejon Lwowa.
Spowodowało to reakcję polskiego lotnictwa. Już po godzinie 2 w nocy poderwano myśliwce, podniesiono też poziom gotowości naziemnych systemów obrony powietrznej. „W związku z aktywnością lotnictwa dalekiego zasięgu Federacji Rosyjskiej, wykonującego uderzenia na terytorium Ukrainy, rozpoczęło się operowanie lotnictwa wojskowego w polskiej przestrzeni powietrznej” – informowało Dowództwo Operacyjne Rodzajów Sił Zbrojnych. Polaków wspierał sojuszniczy samolot tankowania powietrznego, bo własnych platform tej klasy Siły Powietrzne wciąż nie posiadają.
❗️ Uwaga. W związku z aktywnością lotnictwa dalekiego zasięgu Federacji Rosyjskiej, wykonującego uderzenia na terytorium Ukrainy, rozpoczęło się operowanie lotnictwa wojskowego w polskiej przestrzeni powietrznej.
— Dowództwo Operacyjne RSZ (@DowOperSZ) July 30, 2026
Zgodnie z obowiązującymi procedurami Dowództwo Operacyjne RSZ… pic.twitter.com/uyUywk460b
Godzinę później wojsko obserwowało około dwudziestu środków napadu powietrznego, potencjalnie zmierzających w stronę terytorium Polski. Charakterystyka ich lotu, choć nie powiedziano tego wprost, najprawdopodobniej wskazuje na pociski manewrujące. A więc trudne do wykrycia z ziemi, lecące na wysokości od kilkunastu do kilkuset metrów, ze zmiennym kierunkiem lotu i prędkością około 200-250 metrów na sekundę.
❗️ Uwaga. W godzinach nocnych narodowe i sojusznicze systemy rozpoznania wykryły intensywną aktywność bojową lotnictwa dalekiego zasięgu Federacji Rosyjskiej. W celu zapewnienia bezpieczeństwa polskiej przestrzeni powietrznej podwyższono gotowość bojową środków systemu obrony… pic.twitter.com/gP28zkKTkx
— Dowództwo Operacyjne RSZ (@DowOperSZ) July 30, 2026
Najbliżej Polski, bo 5 km od granicy, o godzinie 3:29, znajdował się jeden z obiektów, po czym zawrócił w kierunku wschodnim. O godzinie 3:40 doszło natomiast do naruszenia polskiej przestrzeni powietrznej przez inny obiekt, który upadł o 3:46, przed dokonaniem wzrokowej (optoelektronicznej) identyfikacji przez samolot F-16, który został wysłany w kierunku maszyny. Szef MON Władysław Kosiniak-Kamysz potwierdził, że Dowódca Operacyjny miał uprawnienia do użycia uzbrojenia. Potwierdził to też sam gen. Ireneusz Nowak.
Do użycia broni jednak nie doszło, bo nie dokonano jednoznacznej identyfikacji zagrożenia. Minister obrony wskazał też, że blisko terytorium Polski operowały ukraińskie myśliwce MiG-29. Ich charakterystyka, zwłaszcza gdy wykonują lot na przechwycenie pocisków manewrujących, co wymaga pościgu i strzelania z bliskiej odległości, może – przy zastosowaniu wyłącznie systemów radiolokacyjnych – zostać uznana za podobną do rakiet manewrujących.
Inaczej mówiąc, bez identyfikacji wzrokowej – lub za pomocą głowicy optoelektronicznej – istniałoby ryzyko, że w wyniku strzelania rakietowego zostałby porażony samolot ukraiński. Przypadki „własnego ognia” nie są niczym nowym, zdarzały się choćby w Kuwejcie podczas odpierania irańskich ataków w 2026 roku, jak i obu stronom wojny na Ukrainie. Dodatkowym utrudnieniem jest tu fakt, że Kijów nie jest członkiem NATO i nie korzysta z radiolokacyjnego systemu identyfikacji swój-obcy (IFF) w sojuszniczym standardzie. Nie ma też ani stałego zamknięcia przestrzeni powietrznej w rejonie potencjalnych działań (co rodzi ryzyko dla statków cywilnych). Dlatego identyfikację uznaje się za niezbędną.
Choć mówi się o współpracy z Ukrainą i przekazywaniu informacji, co jest niezbędne, to tutaj też należy zachować pewien dystans. Jeszcze in 2022 roku, przy okazji incydentu w Przewodowie, prezydent Wołodymyr Zełeński stwierdził na początku, że rosyjskie rakiety uderzyły w Polskę, choć wtedy na teren RP dostała się ukraińska rakieta przeciwlotnicza, wystrzelona przeciwko rosyjskim pociskom. Na wypowiedź prezydenta Zełeńskiego zareagował przecząc nawet ówczesny prezydent USA Joe Biden. A i później strona ukraińska w ograniczony sposób przekazywała informacje. Kijów zabiegał też wielokrotnie o to, by NATO mogło zestrzeliwać rosyjskie środki napadu już nad jego terytorium, co jednak wiąże się z dużym ryzykiem niekontrolowanej eskalacji. A o tym, że nieprzemyślane działania i przekraczanie granic w imię „własnych racji” mogą do niej prowadzić, świadczą – znów – wydarzenia na Bliskim Wschodzie.
Identyfikacji wzrokowej celu powietrznego wymagają też obowiązujące przepisy. Mówi o tym art. 18b ustawy z 12 października 1990 roku o ochronie granicy państwowej. Zniszczenie obcego wojskowego statku powietrznego jest możliwe, co do zasady, tylko po jego identyfikacji i przechwyceniu. Decyzję o zniszczeniu wrogiego statku powietrznego, podejmowaną przez Dowódcę Operacyjnego Rodzajów Sił Zbrojnych traktuje się jako środek ostateczny, „po rozpatrzeniu całokształtu okoliczności konkretnego zdarzenia i wynikającego z niego realnego i poważnego zagrożenia dla życia osób postronnych z uwzględnieniem nadrzędności ochrony życia osób postronnych”.
Możliwe jest zniszczenie naruszyciela bez przechwycenia i identyfikacji, jeśli dokonuje on ataku zbrojnego na terytorium RP, manewruje na pozycję dogodną do takiego ataku lub dokonuje rozpoznania w celu wykonania ataku. Piloci mogą sami decydować o użyciu uzbrojenia w dwóch przypadkach: ataku na statek przechwytujący (np. gdyby naruszycielem był obcy myśliwiec) oraz utraty łączności z dowództwem i ataku (bądź przygotowania do niego) przez statek powietrzny.
Oddzielne przepisy (art. 18bk tej samej ustawy) określają też tryb zwalczania pocisków rakietowych przez polskie i sojusznicze naziemne systemy obrony powietrznej. Niemniej i tutaj decyzję podejmuje się „po rozpatrzeniu całokształtu okoliczności konkretnego zdarzenia i wynikającego z niego realnego i poważnego zagrożenia dla życia osób postronnych, w tym możliwych ofiar ataku”.
Od 2022 roku we wschodniej Polsce rozmieszczone są naziemne zestawy obrony powietrznej, w tym między innymi typu Kub, Newa, Osa i Poprad. Maksymalny zasięg, zwłaszcza w zwalczaniu tak trudnych celów jak pociski manewrujące to od kilku (Poprad) do kilkunastu kilometrów. W założeniu są to systemy obrony punktowej i jest mało prawdopodobne, by pocisk wszedł w ich zasięg, pozwalając na optoelektroniczną identyfikację i następnie zwalczanie fizyczne. Systemy o wyższych parametrach są rozlokowane jedynie w kluczowych miejscach (np. okolice Rzeszowa) i rakieta była raczej na pewno poza ich zasięgiem, zwłaszcza że leciała na małej wysokości. Swoją drogą, Ukraińcy są bardzo skuteczni w zwalczaniu pocisków manewrujących, ale przy założeniu, że atakują one cele w głębi terytorium kraju (takim dla Ukrainy jest choćby Lwów, a także Kijów), bo już ataki na położoną na wybrzeżu Odessę są skuteczniejsze.
Dodajmy, że pewnym utrudnieniem dla strony polskiej mógł być fakt, że do około godziny 3:29 ostatni pocisk z uznanej za stanowiącą zagrożenie grupy środków napadu znajdował się zaledwie 5 km od granicy (to jest około 20 sekund lotu), zanim zawróciła na wschód. Z kolei do wykrycia naruszenia doszło o godzinie 3:40, prawdopodobnie w nieco innym miejscu granicy i przez inny środek napadu powietrznego. Część źródeł mówi też, że pocisk wykryto już ok. 30 km po naruszeniu granicy. Polskie myśliwce prawdopodobnie mogły więc być przygotowywane do przechwycenia pierwszej grupy środków napadu i musiały następnie wykonać lot w kierunku drugiego statku powietrznego, co mogło dodatkowo utrudnić proces przechwycenia (z uwzględnieniem identyfikacji).
To oczywiście rodzi pytania o to, czy wlot w kierunku terytorium Polski był wynikiem awarii, czy też celowego działania – prowokacji – strony rosyjskiej. Na ten moment nie można wykluczyć ani jednego, ani drugiego scenariusza, choć do naruszenia doszło tuż po wizycie prezydenta Zełeńskiego w USA i Polsce. A fizyczne przeciwdziałanie jest utrudnione, ze względów opisanych powyżej. Trzeba też pamiętać, że największe pod względem skali decyzje w sprawie budowy polskiego, naziemnego systemu obrony powietrznej podjęto dopiero od 2022 roku, przez co dostawy są dopiero oczekiwane z uwagi na cykle produkcyjne i proces szkolenia. W sytuacji konfliktu zbrojnego system obrony powietrznej funkcjonowałby na innych zasadach, choć oczywiście i tak nie byłby w pełni szczelny.


