- WIADOMOŚCI
- ANALIZA
Amerykanie są sojusznikami. Ale czy wiarygodnymi? [OPINIA]
Autor. M.Dura
Nałożenie limitu prędkości na system Starshield wykorzystywany na Ukrainie to bardzo mocne ostrzeżenie, że Amerykanie mogą wpływać na kraje wykorzystujące ich systemy uzbrojenia, ograniczając możliwości tych systemów zdalnie, bez żadnego ostrzeżenia i dla własnego politycznego lub biznesowego interesu.
Firmy sprzedające swoje produkty nie powinny mieć możliwości decydowania, czy kupujący może ten produkt wykorzystywać, czy też nie. Jak się jednak okazuje w odniesieniu do rozwiązań amerykańskich ta reguła wcale nie musi być respektowana i to nawet w sprawach dotyczących obronności. Oczywiście w przypadku systemów uzbrojenia zawsze są nakładane pewne ograniczenia związane z licencją, prawem zbywania oraz sposobem konserwacji i wykorzystania.
Ukraińcy się zresztą na nie zgadzali, np. nie atakując amerykańskimi rakietami celów znajdujących się na terytorium Federacji Rosyjskiej sprzed 2014 roku. Takie ograniczenia były jednak ustalane i akceptowane już w momencie przekazywania uzbrojenia. Później w tych zasadach użytkowania nie powinno się już niczego zmieniać i np. decyzja, że dana rakieta zostanie wystrzelona powinna zależeć już tylko od jej użytkownika. Bo na tym właśnie polega autonomia w działaniu.
Zobacz też 
Ostatnie wydarzenia na Ukrainie pokazały jednak, że w przypadku systemów amerykańskich o takiej suwerenności nie można już mówić.
Starlink otwiera oczy użytkownikom amerykańskich systemów
To, co się stało ze Starlinkiem na Ukrainie w nocy z 13 na 14 października 2026 roku powinno niepokoić. System ten jest bowiem wykorzystywany przez Ukraińców m.in. na dronach przechwytujących. Ich nagłe uziemienie spowodowało, że rosyjskie Gieranie przebiły się w większej liczbie niż standardowo przez ukraińską linię obrony i spowodowały straty – tylko z powodu tego, że w USA komuś coś się nagle odmieniło.
About 90% of aerial targets are neutralized during Russia’s massive attacks. Layered air defense makes that number possible, and interceptor drones are a growing part of it. The latest batch of Shaheds and Gerberas fell to special forces drone operators guarding their sector of Ukraine’s sky. 📹: @ng_ukraine
— Defense of Ukraine (@DefenceU) October 23, 2026
Jednak wcale nie chodzi tu tylko o sam fakt wprowadzenia ograniczenia możliwości działania Starlinka przy prędkościach większych niż 160 km/h. O wiele większym problemem jest zrobienie tego przez Amerykanów w czasie rozpaczliwej obrony własnych miast przez Ukraińców, bez uprzedzenia i bez wyjaśnień. Dlaczego to jest właśnie problemem? Bo przez czyjąś decyzję poginęli ludzie.
Amerykanie bardzo szybko się zorientowali, że wizerunkowo wypadło to dla nich bardzo źle. Dlatego w Stanach Zjednoczonych do dzisiaj nikt nie chce się przyznać do winy. Widać to w komunikatach płynących z Białego Domu, w których administracja Trumpa natychmiast wyraźnie odcięła się od decyzji o ograniczeniu możliwości działania Starlinka. Ale takie tłumaczenie stawiało ją w jeszcze gorszym świetle.
Autor. 7. Korpus DSzW
Nowe limity na Ukrainie nałożono bowiem na wojskową część Starlinka, a więc na Starshield, co potwierdził doradca prezydenta Wołodymyra Zełenskiego Serhij Beskriestnow. Tymczasem właścicielem Starshield jest już rząd USA i to on sprawuje nad nim kontrolę. Wskazał na to zresztą Elon Musk, informując, że decyzje w sprawie „wszelkich ograniczeń dotyczących prędkości lub wykorzystywania systemów należą do sił zbrojnych USA, a ostatecznie do prezydenta Stanów Zjednoczonych”.
Albo więc Biały Dom mówi nieprawdę, albo też ktoś z zewnątrz ma dostęp do systemu wykorzystywanego również przez amerykańską armię bez jej wiedzy. I jedno, i drugie tłumaczenie nie wystawia dobrego świadectwa Donaldowi Trumpowi. Jedno z najbardziej prawdopodobnych wyjaśnień opublikował dziennik „The Telegraph”. Wynika z niego, że to Musk „zwrócił się do Donalda Trumpa z pomysłem ograniczenia działania systemu Starlink na Ukrainie” i że obaj mieli swój udział we wprowadzeniu tych restrykcji.
Takie wyjaśnienie jeszcze bardziej pogrąża administrację Trumpa. Wynika z niego bowiem, że decyzje ważące na czyimś życiu, na bezpieczeństwie Ukrainy i całej Europy, są podejmowane nie po głębokich, wojskowych analizach, ale w oparciu o rady biznesmena i zmienne nastroje obecnego prezydenta USA.
Niestety Starlink to tylko początek
Sprawę próbowano uciąć, ogłaszając, że ograniczenia nałożone na Starshield zostały usunięte, jednak nie potwierdzili tego Ukraińcy. Dlatego cała sprawa powinna być bardzo dokładnie wyjaśniona – chociażby w Kongresie. To właśnie od tego zależy bowiem, w jaki sposób Stany Zjednoczone będą traktowane w przyszłości przez swoich sojuszników i partnerów. Ci sojusznicy zorientowali się bowiem, że dla obecnej administracji Białego Domu wszelkie zobowiązania sojusznicze i bariery moralne przestały mieć jakiekolwiek znaczenie.
Autor. Państwowa Policja Ukrainy
Liczy się bowiem tylko interes, i to wcale nie całych Stanów Zjednoczonych, ale samego Donalda Trumpa oraz wielkiego amerykańskiego biznesu, który wcześniej udzielił mu wsparcia. Wystarczy tylko sprawdzić, kto stracił, a kto zyskał na ostatnich działaniach amerykańskiego prezydenta.
Dlatego ogromnym błędem jest twierdzenie, że decyzje Trumpa są nieprzemyślane i że działa on impulsywnie. W rzeczywistości celem jego polityki jest zarobienie jak największej ilości pieniędzy, nawet jeżeli odbywa się to kosztem „szarych” Amerykanów i upadku moralnego, jakim jest niewątpliwie przyjaźń z rosyjskim zbrodniarzem wojennym. Widać to zresztą nie tylko na Ukrainie, ale również w Iranie. O ile cały świat traci ogromne pieniądze na blokadzie Cieśniny Ormuz, to Trump i najwięksi potentaci przemysłowi już nie.
Świadczy o tym chociażby analiza przeprowadzona przez „The Guardian”. Wynika z niej, że tylko od kwietnia do maja 2026 roku, gdy wojna amerykańsko-izraelska z Iranem doprowadziła do gwałtownego wzrostu cen ropy na świecie, osiem notowanych na giełdzie koncernów naftowych (Aramco, BP, Shell, Equinor, TotalEnergies, Eni, Chevron oraz ExxonMobil) wygenerowało blisko 93 mld dolarów (69 mld funtów) zysku. Z kolei wycena rynkowa tych spółek miała wzrosnąć o około 600 miliardów dolarów, przekraczając łącznie 3 biliony dolarów.
Donald Trump zarobił również, atakując Wenezuelę w styczniu 2026 roku, przy okazji doprowadzając do śmierci około 100 osób. Sam to zresztą potwierdził w czerwcu 2026 roku, informując, że dzięki wenezuelskiej ropie odzyskał już 28 razy to, co wydał na atak z 3 stycznia. Według „Financial Times” Stany Zjednoczone już zarobiły na tej jednodniowej wojnie co najmniej 13 miliardów dolarów. Ponadto przejmując kontrolę nad eksportem wenezuelskiej ropy, Trump uzyskał dodatkowe zabezpieczenie amerykańskich potrzeb i mógł zaatakować Iran, nie ponosząc takich konsekwencji, jakie ponoszą inne państwa – w tym sojusznicze kraje NATO.
Wojna na Ukrainie i w Iranie pomnożyła również zyski amerykańskich firm zbrojeniowych, które obecnie nie nadążają z realizacją zamówień – przede wszystkim na uzbrojenie przeciwlotnicze. W tej sytuacji, będąc w potrzebie, nikt nie odważa się oskarżyć Trumpa, że te rakiety trzeba uzupełnić tylko dlatego, że sprowokował wojnę, której jak na razie nie udaje mu się zakończyć.
Wszyscy jednak powinni zapamiętać tę lekcję i uwzględnić ją w przyszłych umowach zbrojeniowych zawieranych z Amerykanami.
Bezpieczeństwo narzędziem Trumpa do nacisku na suwerenne państwa
Ograniczenia nałożone na Starlinki niestety nie są pierwszym przypadkiem prób osłabiania Ukrainy przez Trumpa decyzjami administracyjnymi. Już na początku swojej drugiej kadencji wstrzymywał on przecież dostawy uzbrojenia przeciwlotniczego dla Ukrainy, jak i prawdopodobnie utrudniał również przekazywanie Ukraińcom danych rozpoznawczych.
Amerykański prezydent doprowadził także do wstrzymania wsparcia technicznego dla radarów pokładowych ukraińskich samolotów wielozadaniowych F-16 w marcu 2025 roku. W ten sposób maszyny te utraciły jeden ze swoich największych atutów, dający im przewagę nad rosyjskimi odpowiednikami. Było to o tyle perfidne działanie, że myśliwce F-16 nie zostały przekazane przez Amerykanów, ale przez europejskie kraje NATO (wtedy Holandię, Danię i Norwegię).
Autor. Siły zbrojne Ukrainy
Oczywiście można się łudzić, że Trump nie postąpiłby w podobny sposób w odniesieniu do natowskich sojuszników. Jednak w rzeczywistości jego działania szkodzące europejskim państwom NATO już się rozpoczęły. Trump doskonale bowiem wie, że zarabiając poprzez kupowanie taniej rosyjskiej ropy, jednocześnie opłaca przygotowania Rosji do kolejnych wojen. Biały Dom pomaga więc Putinowi w odzyskaniu sił, narażając na bezpośrednie niebezpieczeństwo w pierwszej kolejności kraje bałtyckie, Polskę i Finlandię.
Sprawa jest o tyle poważna, że wszystkie te kraje korzystają z amerykańskiego uzbrojenia i mogą w pewnym momencie stanąć przed takim samym problemem, jaki mają obecnie Ukraińcy ze Starlinkiem. Wystarczy tylko, że przyniesie to zysk amerykańskiej administracji.
Zakupy uzbrojenia w Stanach Zjednoczonych były wcześniej naiwnie realizowane z założeniem, że Amerykanie zawsze będą lojalni w odniesieniu do swoich sojuszników. Tak było również w przypadku Polski, gdzie za sukces uznawano nawet te kontrakty, w których nie było pełnego dostępu do zakupionych technologii. Przykładem może być system Patriot, którego wykorzystanie jest możliwe tylko poprzez amerykański system IBCS.
Polska zgodziła się, by system ten był czymś na kształt „czarnej skrzynki”, nie mając żadnej kontroli nad zmianami wprowadzanymi do tego oprogramowania przez Amerykanów. Pewne ich lojalności, polskie wojsko zadecydowało nawet, że IBCS będzie również wykorzystywany w programie Narew. Tymczasem nawet w czasach Związku Radzieckiego w polskich Siłach Zbrojnych robiono wszystko, by systemy dowodzenia i kierowania obroną powietrzną były robione w Polsce i by mieć nad nimi pełną kontrolę.
Swoją wrogą postawą wobec Ukrainy i przyjazną wobec agresywnej Rosji, Donald Trump pokazał, że wcześniejsze zobowiązania nie mają dla niego żadnego znaczenia i dla swoich partykularnych interesów jest w stanie pogrążyć nawet amerykańskich sojuszników. Dlatego Europa powinna się uniezależnić od jego decyzji, tworząc własne systemy i żądając większej kontroli nad tym, co ewentualnie zostanie kupione w Stanach Zjednoczonych.
Tym bardziej że następny amerykański prezydent wcale nie musi być lepszy od Donalda Trumpa.




