Reklama
  • ANALIZA
  • WIADOMOŚCI

Rosyjskie marzenia o zaatakowaniu Estonii z błędami

Rosyjskie obliczenia wskazują, że do unieruchomienia estońskiej sieci energetycznej Rosja potrzebowałaby maksymalnie 250 rakiet i dronów.

System energetyczny Estonii na celowniku Rosjan
System energetyczny Estonii na celowniku Rosjan
Autor. Telegram
Rosyjska ocena estońskiego systemu energetycznego? Jak Rosjanie planują „wyłączyć” Estonię? Błędy rosyjskich szacunków Na atak będzie też odpowiedź

Wyniki, na szczęście teoretycznych analiz, pokazane w kanale „Military Chronicle” komunikatora Telegram, nie pozostawiają cienia złudzeń. Rosjanie cały czas myślą o agresji na kraje NATO i przygotowują w tym celu różne scenariusze. W większości przypadków podkreśla się oczywiście, że takie operacje będą możliwe tylko w przypadku agresji NATO na Rosję, jednak jest to typowa argumentacja rosyjskiej propagandy.

Reklama

Rosyjska ocena estońskiego systemu energetycznego?

Rosjanie za najłatwiejszy do zaatakowania cel uważają Kraje Bałtyckie. Ostatnia analiza dotyczyła Estonii i jej zdolności do przyjęcia ataku rakietowo-dronowego. Rosjanie uznali w niej, że w przypadku tego państwa doprowadzenie do blackoutu byłoby o wiele łatwiejsze niż w przypadku Ukrainy.

Według Rosjan „w przeciwieństwie do Ukrainy, gdzie sieć energetyczna została zbudowana jako rozproszona i wręcz redundantna, system energetyczny Estonii opiera się na ograniczonej liczbie kluczowych węzłów”. Wskazują przy tym, że estońska energetyka opiera się „na kilku dużych elektrowniach i ograniczonej liczbie rozproszonych instalacji energetycznych”, a przesłanie energii elektrycznej „zapewnia trzynaście głównych stacji wysokiego napięcia, które łączą główne ośrodki poboru energii w Tallinie, Tartu, Püssi, Kiissa i innych miastach”.

Jak Rosjanie planują „wyłączyć” Estonię?

Według Rosjan „wyłączenie wszystkich kluczowych węzłów wymagałoby znacznie mniejszej ilości uzbrojenia niż w przypadku Ukrainy”. Z ich szacunków wynika, że potrzeba byłoby do tego tylko:

  • od 50 do 100 pocisków manewrujących do ataku na kluczowe obiekty energetyczne i główne podstacje,
  • od 100 do 150 dronów do przeprowadzenia dodatkowych ataków na węzły dystrybucyjne i infrastrukturę pomocniczą.

Publikacja tego rodzaju obliczeń jest podobno rosyjską odpowiedzią na oświadczenie estońskiego ministra spraw zagranicznych Margusa Tsahkny, że w przypadku rosyjskiego ataku siły zbrojne Estonii przy wsparciu NATO mogłyby przenieść działania militarne na terytorium Rosji. Rosjanie po raz kolejny próbują w ten sposób zastraszyć wszystkich tych, którzy w odniesieniu do ich terytorium lansują koncepcję aktywnej obrony.

Widać to m.in. w ich ultimatum dla Ukrainy, gdzie postulują stworzenie strefy buforowej – zdemilitaryzowanej – ale tylko na ukraińskim terytorium. Tymczasem w NATO coraz częściej zaczyna się mówić o potrzebie stworzenia kilkudziesięciokilometrowej strefy śmierci, ale na białoruskich i rosyjskich obszarach przygranicznych. W ten sposób zabezpieczy się terytoria krajów natowskich przed przenikaniem małych grup rosyjskich żołnierzy oraz przed nękającymi atakami prowadzonymi np. dronami FPV i artylerią lufową.

Błędy rosyjskich szacunków

Rosjanie, chcąc udowodnić swoje tezy, naciągnęli wiele faktów. Po pierwsze, kilka czynników, które oni uznali za korzystne, w rzeczywistości mogłoby im przeszkadzać w ataku na estońską energetykę. Przede wszystkim uznali, że Estonia, rozciągająca się na długości mniejszej niż 300 km z północnego wschodu na południowy zachód, jest łatwiejsza do zaatakowania niż większa obszarowo Ukraina. W rzeczywistości takie mniejsze terytorium jest łatwiej bronić.

Na Ukrainie Rosjanie mają możliwość omijania stanowisk obrony przeciwlotniczej lub wybierania tras nad obszarami, gdzie ta obrona jest słabsza. W Estonii byłoby to po prostu niemożliwe. Dodatkowo Ukraińcy mogą być atakowani tak naprawdę z każdej strony. Położenie Estonii pozwala Rosjanom na prowadzenie uderzeń jedynie z dwóch kierunków. Dlatego dla pokrycia całego, estońskiego terytorium przed atakiem rakietowym, wystarczyłyby jedynie dwie dobrze rozlokowane baterie Patriot i kilka baterii krótkiego zasięgu (np. NASAMS) – oczywiście z odpowiednim zapasem pocisków.

Reklama

Niewielka liczba estońskich węzłów energetycznych oznacza również możliwość bronienia każdego z nich własnym systemem przeciwlotniczym. Na Ukrainie jest to niemożliwe i tam poszczególne baterie są rozstawiane bardziej w pobliżu miast i ważnych obiektów wojskowych niż przy nawet ważnych zakładach przemysłowych.

Oczywiście rosyjskie szacunki uwzględniają potrzebę wykorzystania pewnej liczby „pocisków i dronów” do tłumienia estońskiej obrony powietrznej. Jednak jeżeli takie „tłumienie” nie udało się wcześniej na Ukrainie, to i nie uda się w Estonii. To właśnie dlatego rosyjska operacja powietrzna skupia się bardziej na wyczerpywaniu zapasu ukraińskiej amunicji niż na niszczeniu całego systemu obrony przeciwlotniczej. W przypadku ataku na NATO takie wyczerpanie byłoby o wiele trudniejsze.

Na atak będzie też odpowiedź

Największym błędem szacunkowym Rosjan jest zignorowanie zapowiedzi estońskiego ministra spraw zagranicznych. Nie uwzględnili więc faktu, że w przypadku zmasowanego uderzenia rakietowo-dronowego na Estonię, na pewno byłaby od razu odpowiedź ze strony lotnictwa NATO – i to na terytorium Rosji. Ukraina nie ma możliwości wykonania tak skomasowanych uderzeń odwetowych, ponieważ nie ma przewagi powietrznej i odpowiedniej liczby środków napadu powietrznego dalekiego zasięgu.

Dowodem na lekceważenie tego czynnika jest uznanie przez Rosjan za swój atut bliskiego położenia bazy lotniczej Olenija w obwodzie murmańskim (dzięki czemu samoloty Tu-95MS musiałyby przelecieć zaledwie kilkaset kilometrów, by zaatakować Estonię) i wyrzutni rakiet Iskander z terenów przygranicznych obwodu leningradzkiego (które potrzebowałyby znacznie mniej czasu na trafienie estońskich celów).

W rzeczywistości rosyjskie bombowce, które by zaatakowały Estonię, nie miałyby już prawdopodobnie gdzie wrócić. O ile bowiem odległość lotniska Olenija do estońskiego terytorium jest większa niż 900 km, to od Szwecji jest mniejsza niż 150 km. A to daje możliwość atakowania całej bazy nawet rakietami systemu HIMARS. Tak samo uaktywnione baterie Iskander od razu znalazłyby się w zasięgu fińskich systemów uzbrojenia.

Rosjanie tworzą więc scenariusze uproszczone, zakładające brak reakcji ze strony NATO i niezdolność Estonii do aktywnego przeciwdziałania na poziomie Ukrainy. A to może się dla nich okazać dużym błędem.

Reklama
WIDEO: Polska broń atomowa? Wschód NATO potrzebuje bomby | Skaner
Reklama