Reklama
Reklama

Zgodnie z komunikatem Dowództwa Operacyjnego Rodzajów Sił Zbrojnych, Siły Zbrojne RP wiedziały o dużym rosyjskim ataku na Ukrainę i w związku z tym podniesiona została gotowość bojowa obrony powietrznej. To zwyczajowa praktyka stosowana w przypadku rosyjskiego ataku tego typu. Polska dysponuje w takich sytuacjach własnymi środkami rozpoznania i wczesnego ostrzegania, jak i korzysta z informacji pozyskanych przez systemy sojusznicze.

Reklama

Przebieg zdarzenia

Jak powiedział na konferencji prasowej rano 30 lipca gen. dyw. pil. Ireneusz Nowak, już przed północą 29 lipca było wiadomo, że Rosja przygotowuje się do ataku na Ukrainę. Siły zbrojne wiedziały o przebazowaniu bombowców Tu-95MS do bazy w Oleniegorsku na Półwyspie Kola, a następnie odnotowano start dużej grupy tych samolotów. Zwykle taki start oznacza atak pociskami manewrującymi typu Ch-101; jest to w tej wojnie główny oręż tych bombowców po wyczerpaniu się pocisków Ch-55 i Ch-555. Głowica bojowa pocisku Ch-101 to 400 kg, ośmiokrotnie więcej niż dronów Szahid/Gierań.

Zgodnie z procedurami podniesiono gotowość pary dyżurnej F-16 w bazie w Łasku i pary dyżurnej MiGów-29 w bazie w Malborku, a także śmigłowca szturmowego Mi-24. Postawiono w stan gotowości samolot wczesnego ostrzegania Saab 340 AEW i zapotrzebowano sojuszniczy samolot tankowania powietrznego, który wystartował z bazy w Kolonii w Niemczech (stacjonują tam A330 MRTT eskadry NATO). Postawiono też w stan gotowości systemy obrony powietrznej w całym kraju, w tym holenderską baterię systemów Patriot ochraniającą port lotniczy w Rzeszowie.

Nie wiadomo było, co będzie celem rosyjskiego ataku, choć w ostatnim czasie Rosjanie koncentrowali się na Odessie i Kijowie. Tym razem okazało się jednak, że rosyjski atak dotyczy wielu celów na terenie całej Ukrainy. Duża część ataku była skierowana w nie niepokojoną ostatnio zachodnią Ukrainę, a zatem część położoną najbliżej Polski.

Atak składał się z dronów (284 sztuki rodziny Gierań w tym zapewne Gerbery), pocisków hipersonicznych (4 Onyks, Cyrkon), 9 balistycznych Iskander-M i aż 61 lotniczych pocisków manewrujących Ch-101 i Kalibr. Udział drogich środków napadu powietrznego był więc niewspółmiernie duży w porównaniu z wcześniejszymi atakami. Zgodnie z tym co powiedział generał Nowak, z polskiego punktu widzenia pod uwagę były brane 20-22 pociski odpalone przez bombowce Tu-95MS (jeden taki bombowiec może przenosić do ośmiu sztuk), tyle zapewne pojawiło się nad zachodnią Ukrainą.

W związku z potencjalnym zagrożeniem z ich strony o 1:59 w nocy poderwano parę dyżurną F-16C z Łasku. W powietrzu był też samolot wczesnego ostrzegania i tankowiec. Para F-16 dotarła w pobliże granicy z Ukrainą. Po drugiej stronie granicy operowały ukraińskie myśliwce MiG-29. Działania polskie i ukraińskie były koordynowane. Jak powiedział premier Tusk, ukraińskie myśliwce robiły wszystko, żeby zestrzelić wszystkie pociski. Generał Nowak dodał, że Ukraińcy poderwali „wszystkie samoloty” i walczyli całością swoich sił.

„Środki radiolokacyjne systemu obrony powietrznej kraju obserwowały aktywność co najmniej kilkunastu pocisków operujących nad zachodnią Ukrainą, które ze względu na kierunek lotu mogły stanowić potencjalne zagrożenie dla polskiej przestrzeni powietrznej” – podaje komunikat Dowództwa Operacyjnego.

W pewnym momencie strona polska zidentyfikowała dwa pociski, które realnie mogły zagrozić polskiemu terytorium, ponieważ zbliżyły się na odległość około 5 km od granicy. O 3:29 w nocy jeden z tych pocisków zawrócił na wschód. O 3:40 wykryto, że jednak drugi obiekt wszedł w polską przestrzeń powietrzną i przemieszcza się na zachód. Natychmiast w celu jego przechwycenia skierowano jeden z dwóch polskich F-16 (tych które startowały wcześniej alarmowo z Łasku). Drugi samolot nadal monitorował sytuację na granicy na wypadek pojawienia się innego zagrożenia.

Reklama

Pocisk uderzył pod wsią Tarnawa Kolonia, około 100 km od granicy z Ukrainą. Zakładając, że pocisk leciał w polskiej przestrzeni powietrznej po linii prostej, przekroczył granicę o 3:40 i rozbił się pięć i pół minuty później, musiałby lecieć z prędkością 1100 km/h. Tymczasem prędkość maksymalna pocisku Ch-101 to 830 km/h. Oznacza to, że albo nie był to pocisk Ch-101 (mało prawdopodobne), albo strona polska stwierdziła obecność obiektu już około 30 km w głębi polskiej przestrzeni powietrznej.

Podjęto decyzję o tym, że F-16 ma zidentyfikować cel przed jego zestrzeleniem. Zanim to nastąpiło, pocisk rozbił się w polu. Zgodnie z komunikatem DORSZ – o godzinie 3:46, zgodnie z kamerą przemysłową, która odnotowała uderzenie pół minuty wcześniej – o 3:45 i 30 sekund. Tym samym bezpośrednie zagrożenie przestało istnieć, a w rejon wysłano śmigłowiec Mi-24, który zlokalizował miejsce uderzenia. Następnie na miejsce skierowano Naziemny Zespół Poszukiwawczo-Ratowniczy oraz właściwe służby.

Próba oceny

Nie jest jasne, dlaczego pocisk wleciał nad terytorium Polski. Premier Donald Tusk powiedział, że był to dziwny zbieg okoliczności, biorąc pod uwagę wczorajszą wizytę prezydenta Zełenskiego w Polsce i rozmowy o wzajemnej współpracy w obszarze obrony powietrznej. Zelenski wręcz miał ostrzegać polskiego premiera, że tego rodzaju prowokacja może nastąpić. Mógł to być też błąd systemów sterowania pocisku wynikający albo z wad konstrukcyjnych, albo np. z powodu oddziaływania ukraińskich systemów walki elektronicznej. Nie można tego na dzień dzisiejszy wykluczyć.

Oczywiście nie da się nie zadać pytania, dlaczego pocisk rozbił się o ziemię, a nie został zestrzelony. Dowódca operacyjny był w stałym kontakcie z pilotem i był gotowy do wydania rozkazu. Prawdopodobnie jednak ze względu na to, że obiekt leciał nad polami, zdecydowano się najpierw na jego identyfikację i F-16 zbliżał się do niego w tym celu. Gdyby na trasie lotu pocisku znajdowała się jakaś miejscowość, prawdopodobnie szybciej wydano by rozkaz o zestrzeleniu. Podobnie w przypadku, gdyby pocisk leciał dłużej, jak powiedział gen. Nowak (doszłoby do identyfikacji i padłby rozkaz). Gdyby w polską przestrzeń powietrzną wtargnęło więcej niż jeden pocisk, wówczas też strona polska była na to przygotowana. W okolicy znajdowały się dwa myśliwce, zapewne uzbrojone w pociski AMRAAM i Sidewinder. Były one zdolne potencjalnie do zestrzelenia od kilku do nawet kilkunastu takich celów.

Dlaczego chciano cel zidentyfikować? Powodów jest kilka. Po pierwsze chciano zapewne wykluczyć, że obiekt nie jest np. zabłąkanym ukraińskim MiGiem-29. Po drugie mógł to być np. dron wabik, taki jak Gerbery, które naruszyły polską przestrzeń powietrzną we wrześniu. Wówczas użycie przeciw niemu pocisku powietrze-powietrze typu AMRAAM mogłoby narobić więcej szkód niż pożytku. Przypomnijmy, że we wrześniu 2025 roku holenderski F-35 strzelił do Gerbery pociskiem AMRAAM i jego głowica albo nie namierzyła celu, albo pocisk przeszedł przez styropianowy cel, a następnie uderzył w dom mieszkalny. Identyfikacja w sytuacji jednego celu nad terenem niezabudowanym wydaje się więc mieć sens.

Reklama
Reklama

Polecane

czytaj więcej

Wojna na Ukrainie

Mogą Cię zainteresować