Siły zbrojne

Paradoks historii. Sprzęt z PRL w wojnie na Ukrainie [ANALIZA]

Spalony transporter MT-LB
Fot. Ukrainian Armed Forces General Staff

W trwającej od 24 lutego wojny, rozpoczętej najazdem Rosji na Ukrainę, jak nigdy dotychczas, wykorzystywane są narzędzia wojny informacyjnej. Nikt nie ma wątpliwości, iż z perspektywy świata zachodniego tę wojnę zdecydowanie wygrywa broniąca się przed agresją strona ukraińska. Ważnym elementem tej wojny są informacje o stratach, zadawanych armii Federacji Rosyjskiej.

Zanim w światowej przestrzeni informacyjnej zaczęły pojawiać się coraz liczniejsze zapisy wideo oraz fotografie zestrzelonych rosyjskich samolotów, śmigłowców bojowych i czołgów, czy fotografie dokumentujące wojenne trofea Ukraińców w postaci nieuszkodzonych, nadających się do użycia przeciwko agresorowi (lub do badań przez ośrodki wywiadu wojskowo-technicznego Ukrainy i NATO) nowoczesnych i wartościowych modeli sprzętu bojowego, służącego zwiadowi i wojnie radioelektronicznej, niekwestionowanymi pierwszymi „fotograficznymi gwiazdami" relacji dokumentującymi twardy opór ukraińskich żołnierzy, bardzo często mogliśmy obserwować na publikowanych fotografiach z rejonów walk kilka modeli sprzętu o „dziwnie znajomych" sylwetkach. Nie chodzi tylko o popularne kołowe transportery BTR różnych typów.

Czytaj też

Nie powinniśmy się temu dziwić bardziej niż to jest uzasadnione. Faktycznie, w kilku przypadkach mamy do czynienia ze sprzętem, który... został przed laty wyprodukowany w Polsce.

Jednym z nich był gąsienicowy transporter opancerzony MT-LB, pojazd niezwykle popularny w siłach zbrojnych naszego wschodniego sąsiada w czasach, kiedy Polska Rzeczpospolita Ludowa była członkiem tego samego co ZSRR (Związek Socjalistycznych Republik Radzieckich) i europejskie „kadeele" (tak określano tzw. kraje demokracji ludowej, czyli państwa Europy środkowej i wschodniej, które po II wojnie światowej znalazły się pod pełną polityczną i wojskową kontrolą Moskwy) bloku polityczno-militarnego – Układu Warszawskiego.

Kryzys ukraiński - raport specjalny Defence24.pl

Praktycznie tuż po zakończeniu II wojny światowej Rosjanie podporządkowali sobie pod względem wojskowym wszystkie kraje na wschód od Łaby, z wyjątkiem Austrii, Jugosławii i Albanii (w różnych okresach różnie z tym bywało, ale zasadniczo można powiedzieć, iż tym krajom udało się uniknąć zamknięcia na dziesięciolecia „za żelazną kurtyną"). Zawiązanie w 1955 r. Układu Warszawskiego narzuciło podporządkowanym Kremlowi krajom wspólną politykę wojskowo-polityczną, której skutkiem było m.in. podporządkowanie się radzieckiej doktrynie militarnej oraz, co nie mniej ważne, uzależnienie się od głównego gracza paktu w dziedzinie podstawowego sprzętu wojskowego i uzbrojenia. Ujednolicenie wyposażenia miało swe uzasadnienie w celach polityczno-wojskowych UW, jakie, najogólniej mówiąc, zakładały bardzo ścisłe współdziałanie „bratnich armii" w realizacji geopolitycznych celów UW (czyt.: Moskwy). Z tego powodu Moskwa bez sięgania po specjalnie wyrafinowane metody eliminowała wszelkie próby niezależnych od niej działań państw-stron UW w dziedzinie samodzielnego pozyskiwania, np. poprzez niezależną produkcję, broni i sprzętu.

Tolerowane były te starania w co najwyżej niszowych obszarach, a i to nie bez problemów. Wprawdzie np. Polska i Czechosłowacja wspólnie produkowały nierosyjskiego pochodzenia transporter kołowy SKOT, nie mające większego znaczenia uruchomienia produkcji własnego sprzętu wykonywano (w pewnym okresie – nawet we współpracy z przemysłem Francji) w Rumunii (głównie w sprzęcie lotniczym), a nawet na Węgrzech (transportery FUG i PSZH-IV), ale już próby całkowitego uniezależnienia się od ZSRR były dość brutalnie tłumione. Wiele inicjatyw, jakie podjęto w obrębie polskiego przemysłu, zostało zablokowanych – że warto wspomnieć projekt samolotu szkolno-bojowego TS-16 Grot. Inna sprawa – otwartym jest pytanie, czy cała polska gospodarka udźwignęłaby tak złożony i ambitny projekt, możliwe, że odbyłoby się to kosztem ograniczenia skali produkcji licencyjnych samolotów bojowych (rodzina Lim), na co Moskwa zgodzić się nie mogła.

Fot. Juliusz Sabak/Defence24.pl.

Mimo to, czasami nawet władzom PRL udawało się „stanąć okoniem" radzieckim „przyjaciołom". Tak było np. z rozegranym formalnie w 1961 r. konkursem na samolot szkolno-treningowy dla lotnictwa wojskowego wszystkich państw UW. Konkurs, w co najmniej kontrowersyjnych okolicznościach ( w wielu parametrach zdecydowanie najlepszy był samolot proponowany przez Polskę), wygrał czechosłowacki L-29 Delfin, a jedynym państwem Układu Warszawskiego, które nie zamówiło tych samolotów, była Polska, decydująca się na rodzimej konstrukcji TS-11 Iskra, które zostały utrzymane w linii aż do 2020 r., i stały się przedmiotem eksportu (Indie). Inna sprawa, że masowość stosowania konkurencyjnego czechosłowackiego samolotu (L-29 w samym tylko ZSRR użytkowano ok. 2 tys. egz.!) pomogła w kolejnych latach „wstrzelić" w rynki wielu krajów jego następców: L-39, L-59 i L-159, które łącznie trafiły do około 20 państw, a liczba wyprodukowanych egzemplarzy liczona jest w tysiącach...

Samoloty L-39C Albatros cywilnego zespołu akrobacyjnego Brietling Jet Team/Fot. Mirosław Mróz/Defence24.pl

„Wielki brat" w niektórych przypadkach odstępował od zasady unifikacji uzbrojenia, dopuszczając do sytuacji, że niektóre armie bratniego sojuszu wprowadzały na uzbrojenia własnej konstrukcji i produkcji sprzęt. Tak było np. z ciężarówkami dla wojska, ale też z niektórymi niszowymi rodzajami uzbrojenia, do których można zaliczyć np. zaprojektowane i produkowane w Polsce wyrzutnie rakietowe WP-8/WP-8z dla wojsk powietrzno-desantowych. Jednakże nawet w tym przypadku „parametrem standaryzującym" w obrębie sojuszu była amunicja rakietowa M-14OF kal. 140 mm, tożsama z tą, jaka była opracowana dla popularnych wyrzutni rakietowych BM-14. Ten sam rodzaj amunicji nadał kierunki rozwiązań konstrukcyjnych także zaprojektowanych w Polsce, i produkowanych w długich seriach w Hucie Stalowa Wola, wyrzutni morskich WM-18, stanowiącym uzbrojenie okrętów desantowych.

Na palcach jednej ręki policzyć można przypadki takie jak casus L-29, kiedy to sprzęt nie zaprojektowany w ZSRR stawał się standardem w armiach wszystkich państw UW, lub przynajmniej – był wprowadzany na uzbrojenie Armii Radzieckiej. Tak było np. z projektowanymi i produkowanymi w Polsce okrętami desantowymi. Ich jedynymi odbiorcami w ramach Układu Warszawskiego były floty ZSRR i Bułgarii, ale łącznie trafiły one na uzbrojenie aż 18 państw, w tym m.in. Wietnamu, Kuby, Somalii, Etiopii, Jemenu, Egiptu, Iraku, Angoli.

Okręt desantowy typu Ropucha
Fot. José María Casanova Colorado, Cartagena from Los Barcos de Eugenio - Eugenio´s Warships - Eugenio´s Warships - 102 (CC BY-SA 3.0)

Zasadą pozostawało jednak to, że broń i uzbrojenie, stanowiące o podstawowej sile uderzeniowej Zjednoczonych Sił Zbrojnych Układu Warszawskiego podlegały unifikacji. Odnosiło się to głównie do uzbrojenia rakietowego i artyleryjskiego, samolotów, broni pancernej, nie wspominając już o broni strzeleckiej różnych klas. W warunkach realnych działań wojennych miało to usprawnić logistykę (choć to pojęcie wówczas formalnie nie funkcjonowało w armiach UW), czyli zapewnić zamienność podzespołów oraz części zamiennych, a także amunicji, do sprzętu tego samego typu, używanego przez armie współdziałających państw, w tym przypadku – ZSRR, PRL, NRD, Czechosłowacji, Węgier, Bułgarii i Rumunii oraz przez krótki czas Albanii. Stąd m.in. wynikały decyzje o udzielaniu licencji na produkcję poza ZSRR niektórych typów broni artyleryjskiej, samolotów bojowych, broni strzeleckiej, czołgów, wybranych modeli transporterów opancerzonych itp. Pociągało to za sobą m.in. licencje na produkcję amunicji do tego uzbrojenia.

Jednym z „beneficjentów", jeśli można użyć współczesnego języka, opatrzonych wszakże cudzysłowem, była Huta Stalowa Wola. Zakład powstał przed wojną w ramach Centralnego Okręgu Przemysłowego – jako producent m.in. stali pancernych i specjalnych oraz sprzętu artyleryjskiego. W takim charakterze był też eksploatowany przez hitlerowskiego okupanta aż do jego ewakuacji latem 1944 r.

Czytaj też

Kiedy rozpoczęła się „zimna wojna", polskie przedsiębiorstwa zbrojeniowe, a więc i HSW, zaczęły być „obdarowywane" radzieckimi licencjami. Miały one umożliwić produkcję długich serii sprzętu i uzbrojenia nie tyle na potrzeby polskiego wojska, ile na potrzeby całego bloku, jakim był Układ Warszawski. HSW produkowała w długich seriach m.in. haubice polowe D-30 kal. 122 mm (wyrób o kryptonimie S-1), armaty przeciwlotnicze 85 mm (S-3) i 100 mm (S-9), armaty czołgowe 85 mm (S-6) dla masowo produkowanych w Gliwicach czołgów T-34-85 (w Polsce powstało ich ok. 1400, liczba armat oraz luf do nich była kilka razy większa) i przeciwpancerne 85 mm D-44 (S-7), a także – armaty czołgowe 100 mm typu D-10T (S-8) do absolutnego światowego rekordzisty w liczbie wyprodukowanych maszyn (łącznie ponad 95 tys. egz.!), czołgu T-54/T-55 (tych maszyn, w obydwu typach, w Polsce powstało najprawdopodobniej ok. 8 tys., a liczba wyprodukowanych do nich armat i luf wyniosła najprawdopodobniej nie mniej niż kilkanaście tysięcy, były one nie tylko przedmiotem dostaw na części zamienne dla armii UW, ale też były wysyłane do wielu tzw. państw trzecich użytkujących ten typ czołgu w Afryce, Azji i na Bliskim Wschodzie).

Produkcję tych armat (oraz czołgów, które były hitem eksportowym polskiej zbrojeniówki w tamtym czasie) uruchomiono w połowie lat 50., a armaty D-10T i jej zmodernizowane wersje HSW miała w swej ofercie jeszcze na początku lat 90. Nie jest znana skala produkcji nowoczesnych na swe czasy armat przeciwlotniczych 85 i 100 mm (KS-12 i KS-19, dostosowana do współpracy z radiolokacyjnymi systemami naprowadzania na cel i automatycznego kierowaniem ogniem), ale obydwa te działa odegrały znaczącą rolę m.in. w obronie przeciwlotniczej Wietnamu Północnego w trwającej do połowy lat 70. wojnie z USA. Czy trafiły tam bezpośredio z HSW, czy były dostarczone przez ZSRR, który zamawiał ten sprzęt w fabryce w Stalowej Woli – należałoby dokładnie ustalić. Faktem jest, że był to sprzęt dobry i sprawdził się w boju, podobnie zresztą jak armaty czołgowe D-10T i inny sprzęt artyleryjski „made by HSW".

Standardowy MT-LB (zdjęcie ilustracyjne). Fot. mil.ru.

Drugim wyrobem, wytwarzanym w porównywalnie masowej skali, był wspomniany MT-LB (Mnogocelewoj Transportior – Liogkij Bronirowannyj lub Mnogocelewoj Tiagacz – Liogkij Bronirowannyj, czyli Wielozadaniowy Transporter – Lekko Opancerzony lub Wielozadaniowy Ciągnik – Lekko Opancerzony). Pojazd opracowano w pierwszej połowie lat. 60 ubiegłego wieku z przeznaczeniem do roli pojazdu holującego armatę przeciwpancerną T-12 kal. 100 m, albo haubicę polową 122 mm D-30, oraz przewożącego jej obsługę i zapas amunicji. Z czasem uniwersalne parametry pojazdu (masa bojowa rzędu ok. 12 ton zapewniająca stosunkowo niski nacisk jednostkowy, satysfakcjonująco wysoka dzielność terenowa, a także ważna cecha, jaką jest pływalność) sprawiły, że rolę tego pojazdu rozszerzono o przeznaczenie go do funkcji szybkiego, lekkiego transportera opancerzonego do przewożenia żołnierzy (do 10 osób) z lekkim uzbrojeniem (plus ewentualnie przyczepy o masie do 6,5 tony) w rejon walk. Przygotowywanie artyleryjskiego stanowiska ogniowego miał ułatwiać m.in. zintegrowany z konstrukcją wozu lemiesz do samookopywania, na czas transportu składany nad tylną częścią stropu przedziału desantowego.

MT-LB produkowany był w masowych ilościach na potrzeby Armii Czerwonej w ZSRR, a po upadku tego państwa – także w Ukrainie, gdzie MT-LB został zaprojektowany. Poza tym licencję na jego produkcję otrzymały dwa państwa UW, Bułgaria i właśnie Polska. Ulokowanie w HSW tej produkcji czasami jest oceniane jako „gest na otarcie łez" po rezygnacji z produkcji TB-40 (BMP-1) o zbliżonych cechach technologicznych. HSW produkcję MT-LB pod kryptonimem S-70 rozpoczęła w roku 1976. Wówczas w ogóle nie zakładano, że użytkownikiem tego wozu będzie Wojsko Polskie, które nota bene nie wprowadziło na swoje uzbrojenie gładkolufowej armaty ppanc. T-12, dla „obsługi" której skonstruowano MT-LB. Z góry założono, że pojazdy produkowane będą wyłącznie dla odbiorcy zagranicznego, czyli ZSRR. Zakładana skala produkcji była, z dzisiejszej perspektywy, oszałamiająca: 600 pojazdów rocznie!

Dla potrzeb produkcji S-70 w HSW zbudowano od podstaw nowy, bardzo dobrze wyposażony kompleks produkcyjny, nazwany Zakładem nr 5 lub Zakładem Produkcji Niekatalogowej. O konieczności zaprojektowania od podstaw, i zbudowania, nowoczesnego kompleksu produkcyjnego zadecydowały decyzje sprzed lat, kiedy HSW została wytypowana na miejsce produkcji bojowych wozów piechoty BMP-1 (BWP-1), który na potrzeby produkcji w HSW otrzymał kryptonim TB-40. Przygotowania do tej produkcji były bardzo zaawansowane (dokumentacja licencyjna była przetłumaczona w blisko 80 proc., na ukończeniu był obiekt produkcyjny, zamówione było oprzyrządowanie produkcyjne itp.), kiedy na szczeblu Układu Warszawskiego zapadła decyzja, iż Polska jednak nie będzie produkować BMP-1. Istnieje kilka alternatywnych teorii co do podstaw tej decyzji.

Czeski BVP-2 (licencyjny BMP-2) podczas odpalania pocisku przeciwpancernego. Fot. army.cz

Po pierwsze – „radzieccy towarzysze" uznali, że „towarzyszom czecho-słowackim" coś się należy na otarcie łez po interwencji wojskowej Układu Warszawskiego w 1968 r., która stłumiła „praską wiosnę", a tym czymś miało być podniesienie rangi Czechosłowacji w bloku wschodnim. Po drugie – po grudniu 1970 r. zaufanie władz sowieckich do Polski osłabło. Po trzecie – konstrukcja BMP-1 relatywnie szybko starzała się, zaczęły się ujawniać jej wady i mankamenty oraz nikły potencjał rozwojowy. Po czwarte – Polska w tym okresie, silnie nastawiona na wzrost konsumpcji i poziomu życia obywateli, zaczynała odczuwać efekty przegrzania gospodarki, a tak duża inwestycja o charakterze militarnym stanowiłaby dla gospodarki istotne obciążenie. Możliwe, że zadziałał każdy z tych czynników. Faktem jest, że licencja na BMP-1 powędrowała do Czechosłowacji i Rumunii, a Polska wozy tego typu musiała importować.

Czytaj też

W dodatku – została z „rozgrzebaną" inwestycją zainicjowaną pod kątem TB-40. To było jednym z motywów, skutecznego jak się miało okazać poszukiwania nowego programu produktowego dla nowego kompleksu produkcyjnego, w HSW znanego jako M-16. Wtedy, korzystając z gierkowskiego otwarcia się na współpracę z Zachodem, HSW weszła bardzo głęboko we współpracę z renomowanymi zachodnimi firmami zajmującymi się produkcją maszyn i sprzętu budowlanego (Coles, Jones Cranes, Stetter, Harvester, a później – Dresser i Komatsu). Wniosło to do potencjału HSW nie tylko solidny zastrzyk nowoczesnych technologii oraz zachodnich standardów organizacji produkcji, ale umożliwiło też rozwijanie eksportu na rynki zachodnie i, w ogóle, stabilny dostęp do tych rynków. Stało się to źródłem „prawdziwych pieniędzy", pozwalających unowocześniać park maszynowy, zasób technologii itp. W odróżnieniu od należności za sprzęt wojskowy produkowany dla ZSRR, gdzie ceny narzucono odgórnie często w oderwaniu od realiów faktycznych kosztów, i rozliczano w magicznych, stosowanych wyłącznie w obrocie wewnątrz RWPG, rublach transferowych, eksport na Zachód sprzętu budowlanego dostarczał firmie realnych wpływów, czyli wymienialnych dolarów. Ta sytuacja zresztą miała dodatkowe plusy: pozwalała firmie na „stawianie się" decydentom politycznym, kiedy ci usiłowali narzucać fabryce kolejne „korzystne umowy z Wielkim Bratem".

Początek lat 90. – MT-LB na torze prób w Hucie Stalowa Wola
Fot. Jerzy Reszczyński

Podobno HSW odmówiła uruchomienia produkcji armaty czołgowej 2A46 dla (skądinąd nie cieszącej się najlepszą sławą i wysokimi ocenami specjalistów) eksportowej wersji czołgu T-72, której licencyjną produkcję uruchamiał ośrodek gliwicki, który został zmuszony do importu armaty od południowych sąsiadów. Nie są znane okoliczności podjęcia tej decyzji. Podobnie było także np. w przypadku próby wdrażania w HSW wielkoseryjnej produkcji armaty morskiej AK-176 na potrzeby przemysłu okrętowego ZSRR. Polski przemysł okrętowy jej nie potrzebował, a mimo to decyzja o ulokowaniu produkcji w HSW zapadła na „najwyższym szczeblu". Do zakładu trafiła nie tylko dokumentacja armaty, ale też tzw. wzorzec produkcyjny. I na tym etapie przygotowań z HSW padło twarde NIE. Stanowisko to argumentowano tym, że wdrożenie tej produkcji oznaczałoby dla HSW cofnięcie się pod względem technicznym i doprowadziłoby do „zajechania" parku maszynowego (armata charakteryzuje się bardzo wysoką jak na swój kaliber szybkostrzelnością, co wiąże się z szybkim zużyciem luf i koniecznością produkowania ich, na części zamienne, w olbrzymiej liczbie, ponadto jej systemy elektroniczne i elektryczne oparte były na archaicznych i już nawet wówczas mało wydajnych układach lampowych).

W dodatku – wdrożenie tej produkcji mogło wpłynąć na osłabienie potencjału HSW w dochodowej i dla firmy i dla państwa „dolarowej" produkcji cywilnej. Twarde stanowisko kierownictwa HSW wywołało burzę na najwyższych szczeblach, ale firma postawiła na swoim. Potencjał, który musiałby być zaangażowany w problematyczny ekonomicznie program AK-176, skierowano na rozwój dochodowej produkcji cywilnej, zaś w dziedzinie produkcji wojskowej koncentrowano się na armatach czołgowych, wdrażaniu MT-LB oraz nowym (lata 1983-1984) uruchomieniu, czyli samobieżnej haubicy 2S1 Goździk 122 mm z działem 2A31. Haubica, która zmotoryzowała polską artylerię (od tej pory nie zamawiano już armat holowanych) była już wojsku znana, pierwsze baterie 2S1 zakupiono w ZSRR, uznawana była za nowoczesną i skuteczną, a jak dowiodły kolajne lata – podatną na modernizacje.

Ukraińskie haubice samobieżne 2S1 Goździk.
Fot. mil.gov.ua.

Ten wyrób, znacznie bardziej złożony niż MT-LB, wymagał od HSW m.in. nowych kompetencji w pionie metalurgicznym w postaci kompleksu COS (Ciągłego Odlewania Stali), ale przede wszystkim – wymagał zbudowania nowego obiektu, jako że ten pierwotnie planowany dla TB-40 (BMP-1) był już zajęty przez dochodową produkcję cywilną. Zresztą: po latach, w 2012 r., ten obiekt zostanie sprzedany inwestorowi z Chin, zaś uzyskane środki przeznaczone zostaną na rozwój produkcji stricte wojskowej, realizowanej w oparciu właśnie o nowiuteńki obiekt Z-5, znakomicie wyposażony i zaawansowany technologicznie, w którym skoncentrowana została cała wojskowa produkcja HSW. W ostatecznym efekcie zatem i tak, choć pośrednio, pomógł HSW w rozwinięciu produkcji wojskowej i osiągnięciu obecnej pozycji...

Budowę nowego Z-5 ukończono w 1979 r., a docelową zdolność produkcyjną uzyskał on już w... cztery miesiące po uruchomieniu. Nowy kompleks produkcyjny zaprojektowano z myślą o maksymalnej zdolności produkcyjnej, uwaga!, 1100 pływających gąsienicowych pojazdów opancerzonych rocznie. W szczytowym okresie rozwoju produkcji wychodziło stąd rocznie 70 Goździków" i 600 MT-LB dla ZSRR, 150 tych wozów dla Iraku, a ponadto trochę Horsów i Morsów dla polskiego MON, czasem wpadały jeszcze jakieś drobne dodatkowe kontrakty. Bywało, że łącznie produkowano tutaj rocznie 870 wozów, nie wspominając potężnych ilościach części zamiennych do wszystkich typów pojazdów!

Dziś jest to skala produkcji wręcz niewyobrażalna, niespotykana nawet w przypadku liczących się światowych gigantów. Zbudowano zresztą nie tylko kompleka, ale też nie zbędne dla jego funkcjonowania zaplecze badawcze i konstrukcyjne, tory do prób trakcyjnych i do badań zdawczo-odbiorczych, ale i do testów pojazdów, a także m.in. tzw. zatapialnię i deszczownię, ośrodek badawczo-rozwojowy, pozwalający wykorzystywać w twórczy sposób doświadczenia produkcyjne oraz, z czasem, zamieniać je we własne opracowania na potrzeby wojska. Tak budowany był potencjał doświadczeń i kompetencji związanych z projektowaniem, budową, testowaniem i serwisowaniem pływających pojazdów gąsienicowych opancerzonych o przeznaczeniu bojowym i pomocniczym. Bez tego – nie wiadomo, czy powstałby NP BWP Borsuk..

Zresztą – MT-LB dał początek wielu ciekawym, już powstałym całkowicie w Polsce, rozwiązaniom w dziedzinie pływających gąsienicowych pojazdów opancerzonych. Prace nad rozwojem tej platformy, bądź tworzeniem nowych w oparciu o niektóre rozwiązania MT-LB, prowadzono, głównie w Stalowej Woli, w HSW oraz w Ośrodku Badawczo-Rozwojowym Maszyn Ziemnych i Transportowych, już od etapu wejścia w fazę „dużego rozpędu" produkcji seryjnej transportera. Efektem tych prac było m.in. powstanie nowych platform szybkobieżnych, takich jak SPG-2 i SPG-2A znane też jako Opal. Warto wspomnieć takie projekty lub koncepcje jak Turkus (mobilna wyrzutnia pocisków przeciwlotniczych), Promet (mobilny zestaw przeciwlotniczy z podwójną armatą 23 mm) i Promet 2 (wóz obrony przeciwlotniczej z armatą 30 mm), Skorpion (mobilna wyrzutnia pocisków przeciwpancernych), transporter wsparcia bojowego MT-LB 2AP z wieżą bojową z KTO SKOT 2AP, Piast (uniwersalne podwozie), Parys (wóz rozpoznania skażeń), Lotos (wóz ewakuacji medycznej), czy Polon (samobieżny artyleryjsko-rakietowy zestaw przeciwlotniczy) i Sopel/Stalagmit (mobilne zestawy przeciwlotnicze), LWB-23 Krak (transporter wsparcia z wieżą z armatą 23 mm) albo BWO-40 (bojowy wóz opancerzony z wieżą Bofors z armatą 40 mm), Opal I i II (wozy dowodzenia artylerią).

MT-LB z HSW trafiły m.in. do sił pokojowych ONZ w Nigerii (prawdopodobnie ok. 60 szt.)
Fot. Jerzy Reszczyński

Niektóre rozwiązania pozostały w fazie projektów, inne – jako prototypy, jeszcze inne – weszły do produkcji w niedługich seriach i są na wyposażeniu SZ RP. Stało się to możliwe po tym, jak w wyniku embarga nałożonego na eksport broni do Iraku po jego najeździe na Kuwejt HSW pozostała z ponad 100 egz. wykonanych na irackie zamówienie MT-LB, których już nie można było wysłać do odbiorcy. Zaczęto poszukiwać sposobu na wykorzystanie tych platform. Wówczas wojsko wykazało większą elastyczność wobec proponowanych mu rozwiązań nowych systemów sprzętu, wykorzystujących to podwozie. W ten sposób do WP trafiły m.in. system minowania narzutowego Kroton, wóz pogotowia technicznego Mors i Mors II, wóz rozpoznania inżynieryjnego Hors albo wóz dowodzenia, nośnik radiostacji, zautomatyzowany wóz dowodzenia obroną przeciwlotniczą Łowcza-3 czy system zakłócania radioelektronicznego Przebiśnieg.

Pojazd LWB-23 Krak
Fot. Jerzy Reszczyński

W innych krajach, w tym także w Ukrainie, powstawały także różne wyspecjalizowane warianty niezwykle żywotnego nośnika, jakim jest MT-LB. Niektóre z nich można obserwować w relacjach z miejsc walk z Rosjanami.

Jak wiele MT-LB przez ponad 10 lat w HSW wyprodukowano i przekazano odbiorcy, jakim był ZSRR? Dokładnie nie wiadomo, ale w grę wchodzą tysiące sztuk. Nieoficjalnie mówi się, że HSW dostarczyła ich ponad 5 tysięcy, ale też szacuje się, że mogło to być nawet kilkanaście tysięcy. Trafiły one do Armii Czerwonej, ale też do armii innych członków Układu Warszawskiego. M.in. kilkaset wozów MT-LB, które użytkowała Narodowa Armia Ludowa NRD po zjednoczeniu Niemiec w 1990 r. zostało zmagazynowanych, a następnie – w 1993 r. odsprzedano je w liczbie aż 1016 szt. (!), po bardzo atrakcyjnej cenie 600 tys. SEK (koron szwedzkich) za pojazd, siłom zbrojnym... Szwecji.

Tam, po dokonaniu pewnych modernizacji i modyfikacji, użytkowane były jako Pansarbandvagn 401. Poza egzemplarzami, które w wyniku intensywnej eksploatacji i zużycia zezłomowano, Szwedzi 147 ostatnich sprawnych Pbv 401 odsprzedali za 2,7 mln euro siłom zbrojnym Finlandii. Czy były to MT-LB ze Stalowej Woli? Nie ma pewności, możliwe, że nie wszystkie, bo „radzieccy towarzysze" stalowowolskie wozy zatrzymywali u siebie, a swoje, gorzej wykonane, przekazywali sojusznikom. Zdaje się to potwierdzać lektura szwedzkich opisów, w których jest mowa o niskiej jakości wykonania pojazdów; niektóre egzemplarze miały się różnić od innych rozmiarami, a różnice dochodziły do kilku centymetrów, co wykluczało w pewnych sytuacjach zamienność części! Za to stalowowolski rodowód tych MT-LB zdają się potwierdzać zdjęcia: tylko w HSW powstawał wariant z lemieszem do samookopywania, a takie wozy znalazły się w Szwecji.

Teoretycznie istnieje wysokie prawdopodobieństwo, że w 2022 r. na wojnie toczonej w Ukrainie przez Rosję, po obydwu walczących stronach używane są MT-LB. Mogą to być egzemplarze z produkcji dawnego ZSRR, mogą to być pojazdy wyprodukowane później przez przemysł ukraiński, ale też mogą to być pojazdy pochodzące z Polski. Za tą tezą przemawia fakt, iż te, które produkowała HSW, cieszyły się u wschodnich odbiorców znacznie większym uznaniem niż pojazdy teoretycz-nie bliźniacze, produkowane w ZSRR. Polskie wyróżniały się znacznie wyższą jakością wykonania, znacznie wyższej jakości spoinami spawalniczymi, lepszym zabezpieczeniem antykorozyjnym, lepszą powłoką lakierniczą i wodoszczelnością korpusów pływających pojazdów, a przede wszystkim – dzięki staranniejszemu montażowi wykonanych ze znacznie większą kulturą techniczną części i podzespołów – znacznie niższą awaryjnością i większą żywotnością. Można założyć, że od czasu rozpoczęcia swojejsłużby w radzieckich siłach zbrojnych, których tradycję oraz sprzęt przejęła armia Federacji Rosyjskiej, MT-LB z polskim pochodzeniem miały znacznie większe szanse dotrwać do dzisiejszych czasów w stanie nadających się do operacyjnego użycia.

Naturalnie, bez zbadania każdego konkretnego egzemplarza, i opierając się wyłącznie na materiale fotograficznym dostępnym w relacjach z terenu walk, nie można mieć pewności, czy mamy do czynienia z pojazdem wyprodukowanym w Polsce, w ZSRR czy w Ukrainie. Tym bardziej, że brak informacji o tym, jak po rozpadzie ZSRR podzielony został pomiędzy usamodzielniające się dawne republiki, takie jak Ukraina, sprzęt należący do Armii Czerwonej, a tym właśnie MT-LB.

To samo zresztą odnosi się do sh 122 mm 2S1 Goździk, których HSW wyprodukowała ponad 660. Część z nich trafiła do ZSRR, jako spłata przekazanej stronie polskiej licencji. Ostatnia partia Goździków (72 egz. plus 12 tzw. zestawów eksploatacyjnych) wysłana została do wschodniego odbiorcy 23 czerwca 1989 r. Jest więc możliwe, że dotrwały one do 2020 r. w służbie – czy to armii rosyjskiej, czy to ukraińskiej, która odziedziczyła część sprzętu po ZSRR. Teoretycznie jest możliwe, że występują w tej wojnie przeciwko sobie, tak jak to miało w 2014 r. w Donbasie.

Czytaj też

Służące w siłach zbrojnych naszego wschodniego sąsiada Goździki ze Stalowej Woli od początku dostaw miały tę wielką przewagę nad rosyjskiej produkcji egzemplarzami, że np. nigdy się nie zacinały podczas strzelań, co wcale nie było taką rzadkością w przypadku tych, wyprodukowanych w ZSRR. Były bardziej starannie i z większą kulturą techniczną wykonane. Część z tych cech przeniosła się na Goździki produkowane w Bułgarii, ponieważ to specjaliści z HSW pomagali Bułgarom w pokonywaniu dużych problemów technicznych w czasie uruchamiania u siebie produkcji tych haubic. Stało się to możliwe dzięki pewnym zmianom konstrukcyjnym, a przede wszystkim – technologicznym, które w hSW wykonano już na etapie przejmowania dokumentacji licencyjnej. Jeśli tylko w ZSRR obsługi Goździków miały wybór – wybierały egzemplarze wyprodukowane w Hucie Stalowa Wola, które z założenia kierowane były do jednostek „pierwowo sorta". Z podobnym zjawiskiem mieliśmy do czynienia w kilka dekad później, kiedy w Stalowej Woli prywatna firma MISTA uruchamiała produkcję dla Ukrainy transporterów kołowych 4x4 Oncilla, opartych o konstrukcję transportera Dozor-B ukraińskiej konstrukcji. W Stalowej Woli pojazd został dopracowany, tak konstrukcyjnie jak i technologicznie.

Oncilla.
Fot. Jerzy Reszczyński

Widząc na fotografiach z Ukrainy wraki rozbitych i wypalonych transporterów opancerzonych nie należy budować z marszu teorii o tym, że pojazdy te stanowią absolutny, bezwartościowy złom. Należy pamiętać, kiedy je projektowano, i do jakich zadań. Nikt nie zakładał nawet, że w realnych warunkach bojowych, jeśli w ogóle znajdą się w obszarze styczności wojsk,mierzyć się będą musiały z ppk takiej klasy, jak te używane obecnie w działaniach w Ukrainie, czy nowoczesną amunicją armat automatycznych 30 mm montowanych na ukraińskich BTR-4, nie mówiąc już o amunicji czołgowej czy artyleryjskiej. W latach 60. czy nawet 70. nikt nie zakładał, że do zwalczania takich pojazdów można będzie używać dość rzadkich, kosztownych, i z tej racji przeznaczonych głównie do niszczenia czołgów i BWP, kierowanych rakietowych pocisków przeciwpancernych. Przy dobrych układach ówcześnie stosowane pancerze w pojazdach tej klasy jak MT-LB zapewniały jaką-taką ochronę przed bronią strzelecką 7,62 mm, w niektórych przypadkach 12,7 mm, a i to zależnie od odległości, kąta ostrzału i strefy pojazdu. W kontekście możliwości obecnych w wojnie ukraińsko-rosyjskiej środków zwalczania pojazdów opancerzonych próby czynienia jakichkolwiek porównań charakterystyk balistycznych tych pojazdów z charakterystykami współczesnych BWP czy wręcz MBT, są co najmniej niepoważne.

Paradoksem obecnej sytuacji jest to, iż ten „gwiazdor" ilustracji katastrofalnych porażek rosyjskich kolumn pancernych, MT-LB właśnie, został skonstruowany w... Charkowskiej Fabryce Traktorów, a więc w Ukrainie, produkowany był głównie we wspierającej obecnie walkę Ukrainy Polsce, a używany jest przeciwko Ukraińcom przez armię kraju, który sprzęt ten kupował w Polsce. Tego nie dało się przewidzieć nie tylko 30 lub 40, ale nawet 5 lat temu.

Wóz ewakuacji medycznej Lotos
Fot. Jerzy Reszczyński

MT-LB nie jest bynajmniej jedynym przejawem tego niebywałego „chichotu historii PRL", jaki dobiega z terenów walk rosyjsko-ukraińskich. Kolejny, znanym i, można rzec, spektakularnym, jest obecność na Morzu Czarnym silnego zespołu okrętów desantowych z udziałem jednostek klasy Ropucha, stanowiących trzon zespołu bojowego szykowanego do desantu morskiego na wybrzeżu ukraińskim na odcinku odesskim. Tych kilka jednostek (w czwartek 24 marca strona ukraińska poinformowała o zniszczeniu w Berdiańsku jednego rosyjskiego okrętu desantowego typu Aligator (najprawdopodobniej Saratow) oraz o uszkodzeniu dwóch zbudowanych w Polsce Ropuch, najprawdopodobniej jednostek Cezar Kunikow i Nowoczerkassk, czyli Цезарь Куников i Новочеркасск, ale informacja ta nie jest jednoznacznie potwierdzona), które operują w tym rejonie, stanowi część z 28 egz. okrętów proj. 775, zbudowanych w gdańskiej Stoczni Północnej na zamówienie Wojenno-Morskogo Fłota SSSR, czyli floty wojennej Związku Radzieckiego, i dostarczanych od 1974 r. Realizację tego kontraktu na okręty zaliczane obecnie do klasy dużych okrętów desantowych (BDK – Bolszoj Diesantnyj Korabl, БДК – Большой Десантный Корабль) przerwał rozpad ZSRR. Spowodowało to problemy natury prawno-finansowej pomiędzy stocznią a zamawiającym, rozstrzygnięte dopiero w 1992 r., a więc już za czasów III RP.

Okręty proj. 775 o wyporności całkowitej 4400 ton nie były jedynymi, jakie z polskich stoczni trafiały do marynarki wojennej naszego wschodniego sąsiada, ale również do sił zbrojnych państw sojuszniczych bądź wspieranych wówczas przez ZSRR – głównie na Bliskim Wschodzie, ale też w Azji (Indie) i Afryce. Polska niejako wyspecjalizowała się w tego typu jednostkach, reprezentowanych przez, kolejno, budowane w Stoczni Północnej i Stoczni Marynarki Wojennej, okręty proj. 770 o wyporności 800 ton (zbudowano 46 jednostek), proj. 771 (830 ton, 36 jednostek), proj. 773 (1150 ton, 24 jednostki), oraz proj. 776 i NS-722. Łącznie spośród co najmniej 108 zbudowanych okrętów marynarka wojenna ZSRR odebrała co najmniej 67 jednostek z tej linii, zaliczanej do klasy ODS (Okręty Desantowe Średnie). Oficjalnie we flocie Rosji tych jednostek pozostaje jeszcze 6, a jedna (Jurij Ołefirenko, okręt proj. 773 zwodowany w 1970 r.) znów pływa pod banderą Ukrainy. Znów, bo pierwotnie należała do Wojenno-Morskogo Fłota SSSR, w wyniku jej podziału po rozpadzie ZSRR w 1996 r. przypadła w udziale Ukrainie, aby w marcu 2014 r., po aneksji Krymu, zostać zawłaszczoną przez Rosję, a po miesiącu ponownie trafić pod ukraińską banderę.

Jej los po 24 lutego 2022 r. nie jest obecnie znany. Bez względu jednak na to, jaki on jest, już te informacje pozwalają sobie na wyrobienie zdania o tym, jak skomplikowane i nieprzewidywalne potrafią być losy broni i sprzętu wojskowego po jego wyprodukowaniu i dostarczeniu zamawiającemu spoza granic własnego kraju. Oczywiście, wojna ukraińsko-rosyjska nie jest jedynym konfliktem, w trakcie którego dochodzi do zaskakujących sytuacji (sporo stalowowolskich MT-LB musieli zwalczać w Iraku żołnierze koalicji antysaddamowskiej w czasie Pustynnej Burzy), ale jest przykładem, który możemy obserwować z najbliższej odległości i ze świadomością, że w przeszłości byliśmy stroną aktywną procesu uzbrajania jakiegoś państwa, a dziś nie mamy na to praktycznie żadnego wpływu. Jednak z drugiej strony – należy też widzieć złożoność tej sytuację również w kontekście wyprodukowanych w ZSRR polskich myśliwców MiG-29 czy pochodzących z tego samego kraju systemów przeciwlotniczych Osa lub S-300 (a może nawet tureckich S-400...), które zapragnęłaby pozyskać broniąca się Ukraina.

Ciekawostka: na pokładach dziobowych prawie wszystkich okrętów desantowych wymienionych projektów montowane były po dwie produkowane w HSW morskie wieloprowadnicowe wy-rzutnie rakietowe WM-18 i WM-18A (S-32 i S-32M) kal. 140 mm, których zadaniem było przede wszystkim wsparcie ogniowe desantowanych sił przed ich wysadzeniem na brzeg, torowanie ogniem przejść w polach minowych na plażach oraz zwalczanie umocnień obronnych na brzegu, a także wywoływanie detonacji min morskich i burzenie przeszkód na podejściach do miejsc desantowania. Każda WM-18 zawiera 18 niekierowanych pocisków rakietowych o masie 39,6 kg każdy i donośności ok. 9,8 km. Ciekawostką jest, że jeszcze kilka lat temu udało nam się wytropić ślady tej broni w... Indiach. To kraj, któremu Polska sprzedała wyprodukowane przez Stocznię Marynarki Wojennej w Gdyni 4 okręty desantowe proj. 773I o wyporności 1150 ton: INS Ghor-pad (zbudowany w roku 1974), INS Kesari (1975), INS Shardul (1975) oraz INS Sharabh (1976). Otóż indyjska marynarka wojenna szczyci się też rodzimej produkcji okrętami desantowymi, zbudowanymi w latach 2007-2009 przez GRSE. Są to już jednak duże (5650 ton wyporności, do 500 żołnierzy desantu plus 10 pojazdów opancerzonych i 11 czołgów) desantowce typu ponownie określonego jako... Shardul: INS „Airavat" (L24), ponownie INS Shardul (L16) i (ponownie) INS Kesari (L15), bazujące w Karwarze, Port Blair i Visakhapatnam. Uzbrojenie każdego z tych okrętów stanowią, ni mniej ni więcej, tylko... dwie wyrzutnie WM-18, firmowane najprawdopodobniej przez indyjską spółkę z Mombaju, „Larsen & Toubro" (L&T). Mogą to być albo nieautoryzowane kopie stalowowolskich WM-18 montowanych na indyjskich jednostkach w latach 70., albo poddane regeneracji i modyfikacji (poprzez dodanie platformy stabilizującej) wyrzutnie zdjęte z jednego z dostarczonych przez Polskę okrętów. Tak czy owak – jest to dowód na to, jak wyprodukowane w jakimś kraju uzbrojenie potrafi długo i „ciekawie" żyć... Na marginesie: dla okrętów proj. 775, czyli Ropuchy, przewidziano inne uzbrojenie rakietowe, którym stały się pokładowe wieloprowadnicowe wyrzutnie pocisków kal 122 mm (typu Grad-M), o mniejszej wprawdzie masie pocisku i mniejszej sile rażenia, ale o większej donośności i większej intensywności ognia.

Jerzy Reszczyński

Komentarze (2)

  1. DІM

    Sprzęt z PRL nie był idealny ale działał. To co mamy dzisiaj to jest parodia sprzętu. Leopardy albo "Jelcze" z chińską ramą i silnikiem MANa więcej stoją niesprawne niż gotowe do działania (o ZN-ach nie mówiąc) bo do większości usterek trzeba wzywać serwisantów z Warszawy, Katowic albo z Niemiec. Takiego Stara 660, 266, ciągnik DT75 albo czołg T-55 był w stanie naprawić 20-latek po technikum, wystarczyło, że miał (skądinąd napisaną po polsku) książkę serwisową i normalnie wyposażony warsztat. Obecnie bez komputera, oprogramowania za tysiące zł. (którego nie ma na torrentach) i zestawu kluczy produkowanych tylko przez MANa próby napraw są bezcelowe. Jest jeszcze prawdziwy rak dzisiejszych czasów: "moduły". Zepsuło się coś w skrzyni biegów, do wymiany idzie cały "moduł skrzyni", zepsuł się rozrusznik - wymienia się moduł rozrusznika zamiast rozebrać zepsutą część, przezwojować wirnik, wymienić szczotki i zamontować ponownie.

    1. Valdore

      DiM, wiec wyjasnij po kiego kupujecie FDI i Rafale zamiast fregat żaglowych i Mystere III, po kiego modernizujecie F-16 do jeszcze bardziej skomplikowanych wersji zamiast zastapic je F-86 Sabre, po kiego wam Leo2A6 HEL zamiast M-26 Pershing:))

    2. Buczacza

      Ba w 1979 wydobyliśmy 200 mln ton węgla. Byliśmy potęga... No i każdy potrafił naprawić t-55 ... To były czasy... Niestety czasy są zmieniają... Jak ktoś tego nie rozumie. To może powinienem wsiąść na osiołka i pojechać po oliwki...

    3. Prawdziwy

      .Bartek i pochodne nie mają chińskiej ramy, tylko nasza z OBeRu.Skrzynie i mosty są na pół nasze,zabojady poprawiły.Serwis jest z Jelcza.Jezeli masz dostęp do satelity ,to popatrz jak dzielnie śmigają p o Dakarze ,wokół Bajkału.,( potoczna nazwą wyrobisk po kopalni piasku).

  2. Facetoface

    Człowiek całe życie się uczy- dobry artykuł