Reklama
  • WIADOMOŚCI

Białoruś w stanie permanentnej gotowości. Co naprawdę testuje Mińsk? [KOMENTARZ]

Od połowy stycznia na Białorusi trwa jeden z najbardziej rozbudowanych i wielowymiarowych sprawdzianów gotowości bojowej Sił Zbrojnych w historii państwa.

Autor. BelTa

Władze w Mińsku konsekwentnie podkreślają, że nie są to ćwiczenia, lecz realna kontrola zdolności armii do działania w warunkach kryzysowych i wojennych. Kluczowe jest przy tym to, że sprawdzian ma charakter nagły, rotacyjny i obejmuje zarówno jednostki liniowe, jak i zaplecze logistyczne, rezerwy osobowe oraz system dowodzenia. Całość odbywa się pod osobistym nadzorem Alaksandra Łukaszenki, który świadomie omija klasyczny łańcuch decyzyjny Ministerstwa Obrony.

Reklama

Białoruskie media państwowe od pierwszych dni podkreślają skalę przedsięwzięcia, nazywając je „największym testem gotowości od momentu powstania Sił Zbrojnych Republiki Białorusi”. W relacjach telewizji ONT, CTV oraz agencji BELTA regularnie pojawiają się obrazy kolumn wojskowych w ruchu, żołnierzy działających w warunkach zimowych oraz intensywnego szkolenia ogniowego. Kluczowe jest jednak to, że kontrola nie dotyczy wyłącznie pokazowych elementów, lecz realnych zdolności mobilizacyjnych i bojowych. Wprost mówi się o chęci „zobaczenia prawdy, a nie raportów”.

Jednym z pierwszych elementów sprawdzianu była natychmiastowa mobilizacja wybranych jednostek i rezerwistów. W białoruskich mediach wielokrotnie podkreślano, że wezwania trafiały do ludzi bez wcześniejszego uprzedzenia, a ich zadaniem było stawienie się w jednostkach w maksymalnie krótkim czasie. Testowano nie tylko dyscyplinę i gotowość osobową, lecz także zdolność systemu państwowego do wyposażenia rezerw w broń, umundurowanie i środki ochrony. W praktyce był to test całego aparatu mobilizacyjnego, którego słabości brutalnie obnażyła wojna w Ukrainie po obu stronach frontu.

W kolejnych etapach sprawdzianu skupiono się na jednostkach zmechanizowanych i piechoty. 19. Samodzielna Brygada Zmechanizowana stała się jednym z kluczowych przykładów prezentowanych w mediach. Żołnierze tej formacji realizowali wielodniowe marsze w nieznanym terenie, w warunkach intensywnych opadów śniegu, przy ograniczonej widoczności i niskich temperaturach. Oficjalnie podkreślano, że działania te mają przygotować wojsko do realiów białoruskiego teatru działań, zdominowanego przez lasy, bagna i słabo rozwiniętą infrastrukturę drogową.

Warto zwrócić uwagę, że w narracji Mińska bardzo wyraźnie obecny jest wątek „wojny manewrowej” prowadzonej w trudnym terenie. To istotna zmiana akcentów względem wcześniejszych lat, gdy dominowały ćwiczenia o charakterze bardziej klasycznym i statycznym. Obecnie nacisk kładzie się na zdolność szybkiego przemieszczania się, rozśrodkowania sił oraz działania w oderwaniu od stałych baz zaopatrzeniowych. To wprost nawiązuje do doświadczeń z Ukrainy, gdzie koncentracja wojsk i logistyki wielokrotnie kończyła się katastrofalnymi stratami.

Autor. BelTa

Bardzo istotnym elementem kontroli są intensywne zajęcia z przygotowania ogniowego. W oficjalnych wypowiedziach Aleksandra Wolfowicza, sekretarza Rady Bezpieczeństwa, wielokrotnie pojawia się teza, że „ogień decyduje o wyniku starcia”. Co jednak ważne, komisje kontrolne nie oceniają wyłącznie celności strzelań. Równie istotne jest radzenie sobie z awariami broni, zakłóceniami w łączności oraz działaniem pod presją.

Nowością, która coraz częściej pojawia się w przekazie białoruskim, jest nacisk na odporność psychologiczną żołnierzy. Media państwowe otwarcie mówią o testach wytrzymałościowych, wielogodzinnych działaniach bez odpoczynku oraz pracy w warunkach deprywacji snu. W jednym z reportaży dowódca brygady wprost stwierdził, że „żołnierz musi być gotowy walczyć nie wtedy, gdy ma komfort, ale wtedy, gdy jest skrajnie zmęczony”.

Równolegle testowana jest logistyka. Białoruskie media relacjonują załadunki zapasów, przemieszczanie magazynów polowych oraz funkcjonowanie systemów zaopatrzenia w warunkach zimowych. Szczególną uwagę zwraca się na zabezpieczenie paliwowe i medyczne, co również nie jest przypadkowe. Wojna na Ukrainie brutalnie pokazała, że nawet najlepiej wyszkolona jednostka bez paliwa i ewakuacji medycznej przestaje być zdolna do walki w ciągu kilkudziesięciu godzin.

W oficjalnych komunikatach coraz częściej pojawia się też temat walki radioelektronicznej i ochrony przed bezzałogowymi statkami powietrznymi. Choć Białoruś nie dysponuje tak rozbudowanym zapleczem dronowym jak Rosja czy Ukraina, władze otwarcie przyznają, że zagrożenie z powietrza stało się jednym z kluczowych elementów współczesnego pola walki. W trakcie kontroli testowane są procedury maskowania, rozśrodkowania oraz reagowania na wykrycie przez środki rozpoznania przeciwnika.

Co istotne, sam Łukaszenka w swoich wypowiedziach publicznych podkreśla, że Białoruś „nie może kopiować cudzych wojen wprost”. Zwraca uwagę, że warunki geograficzne kraju znacząco różnią się od stepowych czy zurbanizowanych obszarów Ukrainy. W jego narracji lasy i bagna mają być naturalną przewagą defensywną, ale tylko pod warunkiem, że wojsko potrafi się w nich poruszać, walczyć i przetrwać. Stąd ogromny nacisk na szkolenia terenowe i działania poza infrastrukturą.

Kontrola gotowości ma także wymiar stricte polityczny. Omijanie Ministerstwa Obrony i Sztabu Generalnego w procesie decyzyjnym jest jasnym sygnałem, że Łukaszenka chce mieć bezpośredni obraz sytuacji, ale też pełną kontrolę nad armią. W praktyce oznacza to centralizację dowodzenia i redukcję autonomii wojskowych elit. To także wniosek z rosyjskich problemów dowódczych w pierwszej fazie wojny w Ukrainie, gdzie chaos decyzyjny okazał się zabójczy.

Autor. BelTa

Równolegle do trwającego na Białorusi sprawdzianu gotowości bojowej, po polskiej stronie granicy obserwowany jest inny, znacznie mniej spektakularny, lecz nie mniej istotny proces. Od końca stycznia 2026 roku polskie służby wojskowe i graniczne regularnie rejestrują nocne wtargnięcia do przestrzeni powietrznej obiektów nadlatujących z kierunku białoruskiego. Zjawisko to ma charakter powtarzalny i obejmuje kolejne noce, co samo w sobie wyklucza przypadkowość i wymusza szerszą analizę.

Pierwsze incydenty w tej serii miały miejsce w drugiej połowie stycznia, kiedy systemy radiolokacyjne wykryły obiekty przemieszczające się nad wschodnią Polską, głównie w rejonie Podlasia. W kolejnych dniach sytuacja powtarzała się niemal według tego samego schematu: nocne wykrycie, monitoring wojskowy oraz działania Straży Granicznej i policji. Każdorazowo władze podkreślały, że obiekty nie stwarzają bezpośredniego zagrożenia dla ludności ani ruchu lotniczego, jednak sama liczba zdarzeń zaczęła budzić rosnące zainteresowanie.

Po analizie trajektorii lotu i zachowania obiektów polskie wojsko uznało, że z dużym prawdopodobieństwem mamy do czynienia z balonami pozbawionymi napędu, unoszącymi się zgodnie z kierunkiem i siłą wiatru. Tego typu obiekty są trudne do jednoznacznej identyfikacji na radarach, ponieważ poruszają się wolno, zmieniają wysokość i nie emitują sygnałów charakterystycznych dla statków powietrznych. Z wojskowego punktu widzenia jest to szczególnie kłopotliwe, ponieważ zmusza system obrony powietrznej do ciągłej selekcji zagrożeń.

Balony tego typu nie są konstrukcjami zaawansowanymi technologicznie, lecz ich prostota stanowi paradoksalnie największą zaletę. Wykonane z lekkich tworzyw, napełniane helem lub wodorem, są w stanie przenosić niewielkie ładunki na odległość kilkuset kilometrów. Przy sprzyjających warunkach atmosferycznych mogą utrzymywać się w powietrzu przez wiele godzin, co pozwala im przekraczać granice państwowe bez jakiejkolwiek ingerencji operatora po starcie.

Z perspektywy bezpieczeństwa państwa nie chodzi jednak wyłącznie o sam fakt przemytu czy naruszenia granicy. Znacznie ważniejsze jest to, że masowe wykorzystanie takich obiektów pozwala obserwować reakcje systemów obronnych: czas wykrycia, sposób monitorowania, decyzje o zamknięciu przestrzeni powietrznej czy współdziałanie różnych służb. Balony stają się narzędziem testowym – tanim, trudnym do jednoznacznego zakwalifikowania i politycznie „bezpiecznym”.

Doświadczenia wojny na Ukrainie pokazują, że balony – pozornie archaiczne i prymitywne – wróciły do arsenału współczesnych konfliktów jako narzędzie tanie, skuteczne i wyjątkowo trudne do jednoznacznej klasyfikacji. Zarówno Rosja, jak i Ukraina sięgały po konstrukcje balonowe w różnych fazach wojny, traktując je jako uzupełnienie klasycznych systemów bezzałogowych. Ich główną zaletą była prostota, niska sygnatura oraz zdolność do długotrwałego przebywania w przestrzeni powietrznej bez aktywnego napędu.

Autor. Podlaski Oddział Straży Granicznej

Jednym z pierwszych zastosowań balonów było prowadzenie obserwacji i rozpoznania. W początkowym okresie wojny rosyjskie formacje eksperymentowały z balonami wyposażonymi w kamery i czujniki, zakotwiczonymi na linach lub swobodnie dryfującymi na określonej wysokości. Takie platformy umożliwiały obserwację ruchów przeciwnika bez ryzyka utraty drogiego drona i bez emisji sygnałów radiowych, które można by łatwo wykryć lub zakłócić.

Z czasem balony zaczęły pełnić również funkcję wabików i celów pozornych. Ukraińskie źródła wielokrotnie wskazywały, że rosyjska armia wysyłała w przestrzeń powietrzną obiekty o charakterystyce zbliżonej do dronów. Ich zadaniem nie było uderzenie, lecz zmuszenie obrony przeciwlotniczej do reakcji, uruchomienia radarów i zużycia zasobów. Balony okazały się szczególnie użyteczne w testowaniu reakcji systemów OPL. Lecąc powoli, zmieniając wysokość i poruszając się zgodnie z wiatrem, wymykały się klasycznym algorytmom selekcji celów. Dla operatorów radarów stanowiły problem decyzyjny: ignorowanie obiektu niosło ryzyko przeoczenia realnego zagrożenia, natomiast jego zwalczanie oznaczało marnowanie kosztownych rakiet lub ujawnienie pozycji baterii.

Istotnym wnioskiem z Ukrainy było również to, że balony wymuszały integrację różnych szczebli obrony powietrznej. Nie były ani typowym celem dla myśliwców, ani jednoznacznym zadaniem dla zestawów bardzo krótkiego zasięgu. Często trafiały w „szarą strefę” kompetencyjną, co prowadziło do opóźnień decyzyjnych i chaosu informacyjnego. Dokładnie ten sam problem widoczny jest dziś w reakcjach na obiekty balonowe nad państwami NATO.

W kolejnych etapach wojny pojawiły się także doniesienia o wykorzystywaniu balonów do przenoszenia prostych reflektorów radarowych lub elementów imitujących sygnaturę dronów. Takie rozwiązania sztucznie „zagęszczały” obraz sytuacji powietrznej, utrudniając identyfikację prawdziwych zagrożeń. Z punktu widzenia agresora była to metoda tania, a z punktu widzenia obrońcy – niezwykle kosztowna w obsłudze.

Nieprzypadkowo polskie dowództwo zaczęło określać te zdarzenia mianem incydentów o charakterze hybrydowym. Nie spełniają one kryteriów klasycznej agresji, ale jednocześnie nie mieszczą się w kategorii zwykłej przestępczości granicznej. Ich celem nie musi być fizyczne wyrządzenie szkody, lecz stopniowe obciążanie systemu bezpieczeństwa, wymuszanie reakcji oraz testowanie procedur w warunkach permanentnej niejednoznaczności.

Liczba takich incydentów wyraźnie wzrosła na początku 2026 roku w porównaniu z analogicznym okresem roku poprzedniego. Może to świadczyć o zmianie kalkulacji po stronie białoruskiej, ale równie dobrze o adaptacji grup przestępczych do coraz szczelniejszych zabezpieczeń naziemnych. Kluczowe jest jednak to, że oba te scenariusze funkcjonują w tym samym środowisku strategicznym i wzajemnie się przenikają.

Białoruski bojowy wóz piechoty BMP-2 należący do 72. Centrum Szkolenia Wspólnego Gwardii.
Białoruski bojowy wóz piechoty BMP-2 należący do 72. Centrum Szkolenia Wspólnego Gwardii.
Autor. Министерство обороны Республики Беларусь / Facebook

Istotnym kontekstem jest także sytuacja regionalna. Podobne incydenty były wcześniej rejestrowane na Litwie, gdzie doprowadziły nawet do czasowych zakłóceń w funkcjonowaniu infrastruktury lotniczej. Trudno pominąć fakt, że nasilenie takich zdarzeń zbiegło się w czasie z intensywnym sprawdzianem gotowości bojowej białoruskich Sił Zbrojnych. Nawet jeśli nie istnieje bezpośrednie dowodowe połączenie między tymi procesami, ich równoległość tworzy spójny obraz działań wielowektorowych. Z jednej strony Mińsk testuje własną armię i aparat mobilizacyjny, z drugiej – obserwuje reakcje sąsiadów na presję o niskiej intensywności.

Patrząc na sprawdzian białoruskich Sił Zbrojnych i równoległe pojawianie się balonów w przestrzeni powietrznej sąsiadów, wyraźnie widać, że działania te pełnią dwie równoległe funkcje. Z jednej strony pozwalają Mińskowi sprawdzić realną gotowość armii – mobilizację rezerw, logistykę, zdolność manewrowania w trudnym terenie, odporność psychiczną żołnierzy oraz skuteczność systemów dowodzenia. Z drugiej strony, równoczesne obserwacje nad granicami mogą pełnić funkcję pośredniego testu reakcji państw sąsiednich. Balony, choć same w sobie nie stanowią zagrożenia bojowego, umożliwiają sprawdzenie procedur obrony powietrznej, czasu reakcji i współpracy różnych służb.

W ten sposób sprawdzian zyskuje wymiar wielowektorowy. Mińsk jednocześnie wzmacnia własne siły i przygotowuje się do różnych scenariuszy kryzysowych, a równocześnie – w subtelny, kosztowo efektywny sposób – obserwuje, jak otoczenie reaguje na presję o niskiej intensywności. Nie trzeba zakładać, że każde zdarzenie balonowe jest częścią planu operacyjnego; wystarczy, że równoległość tych procesów pozwala gromadzić informacje i testować reakcje systemów w sposób trudny do jednoznacznej interpretacji.

WIDEO: Lwy Północy. Siły Obronne Finlandii | Czołgiem!
Reklama