Geopolityka

Niemcy: "Walka z biedą ważniejsza, niż działa samobieżne". Armia i NATO na celowniku lewicy [ANALIZA]

  • Steve Mathias, Vice President, Global Military Sales and Strategy, Bell Textron Inc.Fot. Bell
  • Fot. Bundesregierung / Kugler

"Walka z głodem i biedą oraz odbudowa perspektyw życiowych może zdziałać więcej dla pokoju niż każde działo samobieżne" – powiedział podczas kongresu SPD Martin Schulz. W ten sposób partia, która może wygrać wybory wchodzi w spór z administracją USA, gdyż ta jednoznacznie wymaga od Niemców wydawania 2 proc. PKB na obronność. To nie wróży dobrze dla spójności NATO.

Niemiecka lewica deklaruje chęć przekierowania dodatkowych funduszy na wydatki socjalne i pomoc rozwojową, zamiast finansowania armii zgodnie z wymogami NATO. W wywiadzie dla gazety "Bild am Sonntag" Schulz powiedział, że chce w ograniczonym stopniu zwiększyć wydatki na wojsko tak, aby żołnierze byli "optymalnie" wyposażeni, ale odrzucił pomysł "szerokiego" zbrojenia.

W podobnym duchu wypowiada się poprzednik Schulza na fotelu szefa partii Sigmar Gabriel. W czasie swojej wizyty w Estonii w ubiegłym miesiącu obecny minister spraw zagranicznych w rządzie socjaldemokratów i chadeków po raz kolejny nazwał plany ministerstwa dotyczące podniesienia wydatków na Bundeswehrę "nierealistycznymi", a same zobowiązanie do wzrostu nakładów do poziomu 2 proc. PKB określił jako "niewiążące". Niemiecki MSZ wprost sprzeciwił się więc zobowiązaniom, przyjętym na szczycie NATO w Walii przez rząd federalny w 2014 r.

Wcześniej podczas spotkania ministrów spraw zagranicznych grupy G-20 w Bonn Gabriel stwierdził, że "rozpatrywanie budżetów na obronę w oderwaniu (od innych dziedzin) nie ma sensu. Niemcy angażują się znacznie bardziej w pomoc dla krajów rozwijających się niż inne kraje NATO". "Wydajemy przecież 30-40 mld euro na integrację prawie miliona uchodźców. Uważam, że to też jest wkład w stabilność i bezpieczeństwo" - dodał polityk. Natomiast Rainer Arnold, który zasiada w komisji obrony Bundestagu z ramienia SPD, nazwał zwiększenie budżetu obronnego do dwóch procent "utopijnym", "niewłaściwym" i "niepotrzebnym".

Do spełnienia wymogu 2 proc. PKB wzywa kanclerz Angela Merkel, ale bez poparcia koalicjanta nie będzie mogła przeforsować tego postulatu w parlamencie, a po nowych wyborach parlamentarnych jej pozycja prawdopodobnie jeszcze się osłabi. Należy zauważyć, że podejmowane do chwili obecnej ograniczone środki wzmocnienia Bundeswehry są popierane przez SPD, ale ich zakres jest zbyt skromny a tempo wprowadzania zmian zdecydowanie za wolne.

Osobliwa wizyta w Waszyngtonie

Postulat podnoszenia wydatków do poziomu 2 proc. PKB wiąże się także ze stosunkami z USA. W wypowiedziach prezydenta Trumpa oraz przedstawicieli jego administracji dotyczących NATO motywem przewodnim jest wzrost nakładów na zbrojenia. Wątpliwości co do potrzeby zwiększenia wydatków wojskowych nie pozostawili szefowie Departamentu Obrony gen. James Mattis oraz Departamentu Stanu Rex Tillerson. Do tego należy dodać słowa Trumpa, który sugerował ograniczenie amerykańskiego zaangażowania w struktury Sojuszu w przypadku braku podjęcia działań przez europejskich członków na rzecz zwiększenia budżetów obronnych.

Sojusznicy muszą zwiększyć wydatki na obronność, aby sprostać swoim zobowiązaniom.

Rex Tillerson, Sekretarz Stanu USA

W wypowiedziach amerykańskiego prezydenta nie byłoby może nic szczególnego, gdyby nie fakt, że w tym kontekście często przywoływał przykład Niemiec. Jeszcze w styczniu przed zaprzysiężeniem ówczesny prezydent elekt stwierdził, że Brytyjczycy podjęli słuszną decyzję o opuszczeniu Unii Europejskiej, zdominowanej jego zdaniem przez Niemcy. Co więcej, winą za zdestabilizowanie sytuacji w Europie Trump obarczył politykę migracyjną prowadzoną przez Angelę Merkel, a także zagroził wprowadzeniem 35-procentowego cła na niemieckie samochody importowane do Stanów Zjednoczonych.

Te opinie spotkały się ze zdecydowaną reakcją niemieckich polityków, szczególnie po lewej stronie sceny politycznej. W wywiadzie dla tygodnika "Der Spiegel" Martin Schulz stwierdził, że wybór Donalda Trumpa na prezydenta USA w wysokim stopniu zagraża demokracji. Jego zdaniem w planach amerykańskiego prezydenta jest podział Europy i zniszczenie europejskiego rynku wewnętrznego, a dotychczasowe postępowanie Trumpa nazwał "Kulturkampfem". 

Merkel Trump
Fot. Bundesregierung/Kugler

Tymczasem urząd kanclerski od momentu, kiedy w mediach zaczęły pojawiać się wypowiedzi nowego prezydenta starał się studzić emocje, zapewniając o sojuszu łączącym oba kraje oraz woli współpracy z nową administracją. Jednocześnie strona niemiecka próbowała zorientować się w sytuacji panującej w Białym Domu przed spotkaniem kanclerz Merkel oraz prezydenta Trumpa. Służyć temu miały m.in. spotkania szefów resortu spraw zagranicznych Sigmara Gabriela oraz Ursuli von der Leyen w Waszyngtonie, a także rozmowy podczas Konferencji Bezpieczeństwa w Monachium i podczas spotkania ministrów spraw zagranicznych grupy G-20.

NATO jest dla nas bardzo ważne i nie bez powodu powiedzieliśmy podczas szczytu w Walii, że także Niemcy muszą zwiększyć wydatki. Zobowiązaliśmy się osiągnąć cel 2 proc. do 2024 r. W ubiegłym roku zwiększyliśmy wydatki obronne o 8 proc. i będziemy nad tym cały czas pracować.

Angela Merkel, kanclerz Niemiec

Do dość osobliwego spotkania liderów obu państw doszło dziesięć dni temu w Waszyngtonie. Pomijając gesty obu przywódców (a właściwie ich brak jak w przypadku, niepodania ręki kanclerz Merkel przed kamerami) oraz nawiązanie przez Trumpa do działań szpiegowskich amerykańskich służb w Niemczech w kontekście zarzutów dotyczących zainstalowania podsłuchów na zlecenie prezydenta Obamy w Trump Tower, najwiecej kontrowersji wywołała wypowiedź amerykańskiego prezydenta dotycząca długów, jakie wobec USA mają mieć inne państwa NATO. Już po spotkaniu Trump sprecyzował na Twitterze, że Niemcy są winne NATO i USA "ogromne sumy pieniędzy". 

W Siłach Zbrojnych Republiki Federalnej Niemiec artyleria samobieżna skupiona jest w czterech batalionach (jeden w 1. Dywizji Pancernej, dwa w 10. Dywizji Pancernej i jeden w brygadzie niemiecko-francuskiej). Łącznie, wraz z jednostkami szkolnymi mają one dysponować docelowo 101 haubicami samobieżnymi PzH 2000 i 38 wyrzutniami rakietowymi MARS II. Szczególnie w wypadku 1. Dywizji Pancernej oznacza to brak możliwości wystarczającego wsparcia w wypadku prowadzenia działań całą dywizją, a nie tylko wydzielonymi jej elementami - nawet gdyby uwzględnić możliwość współdziałania z Holandią. Dla przykładu, komponent artylerii zestawu "szpicy" NATO na 2019 rok - wzmocnionej brygady - zawiera de facto większość jednostek artylerii 1. Dywizji Pancernej (325 batalionu artylerii).

artyleria w Niemczech

"W NATO nie ma rachunku długów" - odpowiedziała na słowa prezydenta Ursula von der Leyen, która kieruje programem modernizacji i rozbudowy niemieckiej armii. W tygodniu poprzedzającym wizytę na posiedzeniu niemieckiego rządu postanowiono o zwiększeniu funduszy przeznaczonych na wojsko o 1,4 mld euro do poziomu 38,5 mld euro w 2018 r. Na tym samym spotkaniu zapadła także decyzja dotycząca planu finansowego na lata 2017 - 2021 zakładającego wzrost środków dla Bundeswehry o 8,3 mld euro czyli do stanu 42,3 mld euro, co pozwoli na osiągnięcie poziomu 1,23 proc. PKB wydatków na zbrojenia.

Istotne, że zwiększeniu dofinansowania Bundeswehry nie sprzeciwia się minister finansów Wolfgang Schäuble, choć dodaje, że ma to się odbywać "w rozsądnych transzach". Dlatego mimo podjęcia wymienionych działań jest bardzo mało prawdopodobne, że 2024 r. Niemcom uda się powiększyć fundusze do pożądanych 2-proc., zwłaszcza że nawet one napotykają na opór w Republice Federalnej. 

SPD: Bezpieczeństwo to nie tylko czołgi 

Uwagi polityków lewicy tworzą zarys tego jak SPD pojmuje kwestie bezpieczeństwa. Przedstawiciele socjaldemokratów uznają bowiem fundusze przeznaczane na "zapobieganie kryzysom, stabilizację słabych państw, rozwój gospodarczy oraz walkę z głodem, zmianami klimatu oraz brakiem wody" za środki służące zapewnieniu bezpieczeństwa, o czym mówił minister Gabriel w gazecie "Rhein-Neckar-Zeitung". Wątpliwości co do terminu "bezpieczeństwo" nie pozostawił także Martin Schulz w cytowanej wcześniej wypowiedzi, co stanowi pewną wskazówkę w kontekście programu wyborczego partii, który zostanie przedstawiony w czerwcu. Takie postawienie sprawy oczywiście nie sprzyja budowie przez Niemcy konwencjonalnych zdolności obronnych, wymaganych przez NATO.

Krytyka 2 proc. wiąże się bezpośrednio z żądaniami Trumpa. Retoryka, którą posługuje się amerykański prezydent uważana jest za arogancką i nie służy odbudowie wizerunku USA mocno nadwątlonego aferą dotyczącą podsłuchiwania niemieckich polityków przez amerykańskie służby. Należy także pamiętać, że wśród socjaldemokratów wciąż żywa jest pamięć o sprzeciwie Gerharda Schödera wobec wojny w Iraku oraz protestów przeciwko rozmieszczeniu na terenie RFN rakiet typu Pershing II w latach 80., na czele których stali przedstawiciele socjaldemokratów (w tym były kanclerz i zdobywca pokojowej nagrody Nobla, Willy Brandt) i Zielonych. Po raz kolejny więc niemiecka lewica sprzeciwia się kluczowym działaniom NATO, a postkomunistyczna Lewica (niem. Die Linke), która może wejść do koalicji w wypadku budowy rządu SPD wraz z Zielonymi, nawołuje nawet do wyjścia z Sojuszu Północnoatlantyckiego.

Martin Schulz
Fot. SPÖ Presse und Kommunikation / Flickr.com / CC 2.0.

Wymienione elementy uzupełnia powrót do debaty nad kwestią ożywienia europejskiej inicjatywy w dziedzinie bezpieczeństwa. Pozostaje jednak pytanie, na ile taka współpraca mogłaby wykonywać zadania nieleżące w kompetencjach NATO, a w jakim stopniu zintensyfikowanie działań na forum europejskim nie dublowałoby zadań Sojuszu i prowadziło do jego rozmycia - zwłaszcza w sytuacji, gdyby współpraca bazowała na istniejących, szczupłych zasobach zdolności obronnych, a nie tych nowo budowanych.

W NATO Niemcy już od dłuższego czasu pełnią rolę "państwa ramowego", w określonych obszarach zdolności. Założeniem tej koncepcji jest zapewnianie przez większych sojuszników określonych możliwości, tak aby również siły zbrojne państw biorących udział w inicjatywie mogły z nich korzystać i tym samym wspierać państwo ramowe. Należy zauważyć, że po latach cięć duża część europejskich państw ma bardzo ograniczone możliwości samodzielnych działań (np. sformowania dywizji w ramach krajowych sił zbrojnych). Dlatego koncepcje Niemiec spotykają się z zainteresowaniem innych sojuszników, którzy w ten sposób mogą wnieść efektywniejszy wkład w działania sojusznicze. Przykładem jest przydzielenie niemiecko-holenderskiego batalionu ćwiczącej w Drawsku brygadzie, która w innym wypadku nie dysponowałaby w ogóle czołgami.

Z drugiej jednak strony, zbyt niski poziom wydatków obronnych, choćby na wspominane przez Schulza działa samobieżne (Panzerhaubitze 2000) powoduje, że niemiecka "ramowa" 1. Dywizja Pancerna posiada zaledwie jeden batalion artylerii (optymalnym byłoby, aby każda z trzech jej brygad mogła zostać wsparta przez taką jednostkę). Nie mówiąc już o zaniedbaniach w zakupach części zamiennych, zapasów amunicji czy na przykład obrony przeciwlotniczej.

Kreślenie różnic

Poza samym wymiarem debaty nad kwestiami bezpieczeństwa należy pamiętać, że toczy się ona na pięć miesięcy przed wyborami do Bundestagu. Obecnie w Niemczech władze sprawuje rząd tzw. wielkiej koalicji czyli dwóch największych partii na scenie politycznej - CDU/CSU i SPD. Biorąc pod uwagę cztery lata wspólnych rządów, socjaliści muszą nakreślić plan, który pozwoli stworzyć atrakcyjną alternatywę dla swojego elektoratu. Dlatego w wypowiedziach przedstawicieli SPD pojawiają się postulaty dotyczące obronności kraju kontrastujące ze stanowiskiem chadeków popierających wzrost wydatków na Bundeswehrę czy podkreślanie niemieckiego zaanagażowania w ramach NATO.

Partia poza odwołaniem do tradycyjnych haseł socjalnych i równościowych postawiła także na zmianę wizerunkową, dokonując wymiany na fotelu lidera partii. Podczas wyborów przewodniczącego Martin Schulz otrzymał 100-procentowe poparcie delegatów, co stanowi ewenement w historii partii. Popularność nowego lidera przekłada się na sondaże, w których socjaldemokraci dogonili chadeków, a czasami wyprzedzają ich. Według sondażu instytutu Emind przeprowadzonego dla "Bild am Sonntag" CDU/CSU może liczyć na 33 proc. głosów przy 32-procentowym poparciu dla SPD. Jeśli jednak dodać głosy dla "Lewicy" i Zielonych (obie otrzymują po 8 proc. głosów), daje to socjaldemokratom możliwość stworzenia koalicji bez potrzeby negocjacji z chadekami.

Swego rodzaju przygrywką dla wrześniowych wyborów parlamentarnych są wybory landowe. Jak na razie w walce między CDU a SPD, wygrywają chadecy. W niedawnych wyborach w kraju związkowym Saary pierwsze miejsce zajęła CDU uzyskując ponad 40 proc. poparcie, a tym samym wynik lepszy o 5,5 punktów procentowych lepszy niż w 2012 r. SPD zdobyła 29,6-procentowe poparcie, co stanowi rysę na wzrastającym poparciu partii. W związku z tym pozostaje pytanie, czy tzw. efekt Schulza utrzyma się do czasu wyborów do Bundestagu i jaki wpływ będą na nie miały poprzedzające je wybory w Szlezwiku-Holsztynie oraz Nadrenii-Północnej Westfalii. 

Niemiecka lewica bierze więc NATO "na celownik". Koalicyjna SPD deklaruje poparcie dla Sojuszu, ale sprzeciwia się zdecydowanym działaniom które mogłyby podnieść zdolności Bundeswehry, a bardziej radykalne partie jak np. Lewica chcą wręcz wyjścia Niemiec z NATO. Wyniki tegorocznych wyborów mogą więc spowolnić odbywający się i tak już z trudnościami proces odbudowy niemieckiej armii, popierany przede wszystkim przez CDU/CSU. Szczególnie niepokoi otwarty sprzeciw wobec zobowiązań finansowych w ramach NATO partii SPD, która uchodzi przecież za umiarkowaną i odgrywa bardzo ważną rolę na niemieckiej scenie politycznej.  

Lidia Gibadło, Jakub Palowski

Komentarze