Reklama
  • WIADOMOŚCI
  • ANALIZA

Wojna w Iranie zmieni Bliski Wschód. Co z Europą i Rosją?

Fiasko pierwszych negocjacji irańsko-amerykańskich w Pakistanie powoduje, że dalszy rozwój wojny USA i Izraela z Iranem pozostaje wielką niewiadomą. Choć wciąż możliwe jest osiągnięcie porozumienia dyplomatycznego, to nie można też wykluczyć katastrofalnej eskalacji lub długotrwałego utrzymywania konfliktu na niskim poziomie intensywności. W każdym wypadku geopolityczna mapa regionu nie będzie już taka sama.

Autor. White House
Eskalacja nie jest w interesie żadnej ze stron Konsekwencje braku porozumienia Co zrobi Turcja? Rola Pakistanu Podsumowanie

Dobrą wiadomością jest to, że prawdopodobnie odbędzie się kolejna tura rozmów między USA a Iranem. Również ogłoszenie zawieszenia broni w Libanie napawa pewnym optymizmem, niemniej jest on niezwykle umiarkowany. Chodzi przy tym nie tylko o sam fakt zaprzestania działań zbrojnych (dość kruche), ale i o to, że nastąpiło to mimo odrzucenia przez Liban warunku w postaci rozmowy prezydenta Josepha Aouna z Benjaminem Netanjahu (co było pułapką zastawioną na władze Libanu).

Reklama

Wskazuje to bowiem również na to, że tym razem to USA wywarło presję na Izrael, choć zwykle jest odwrotnie. Tymczasem to właśnie niepewność co do gotowości USA do zawarcia porozumienia z Iranem, mimo sprzeciwu Izraela (i spacyfikowania prób storpedowania takiego porozumienia), stawia szanse powodzenia rozmów pod znakiem zapytania. Brak jest przy tym wiarygodnych informacji, dlaczego pierwsza tura rozmów zakończyła się fiaskiem, gdyż obie strony podają inne wersje. Pozytywnym krokiem jest również deklaracja Iranu o odstąpieniu od blokady cieśniny Ormuz, co jest z jednej strony reakcją na rozejm w Libanie, a z drugiej efektem presji USA w postaci amerykańskiej blokady portów irańskich.

Eskalacja nie jest w interesie żadnej ze stron

Problemem jest jednak również to, że choć eskalacja miałaby katastrofalny skutek dla obu stron, to każda z nich uważa, iż to druga strona jest pod większą presją. Po stronie irańskiej problemem jest m.in. to, że choć do rozmów delegowano osoby pragmatyczne, to wojna spowodowała wzrost wpływów Sepah oraz radykałów takich jak Mohammad Bagher Zolghadr, szef Najwyższej Narodowej Rady Bezpieczeństwa. Dla tej ekipy koszty gospodarczo-społeczne ponoszone przez Iran mają drugorzędne znaczenie wobec wzmocnienia pozycji Islamskiej Republiki (jako bytu ustrojowego). Natomiast po stronie amerykańskiej problemem, obok wpływów izraelskich na negocjacje, jest niedocenianie irańskiej determinacji oraz kosztów dalszego prowadzenia wojny. Ponadto wprowadzona przez USA blokada morska południowych portów irańskich (nie obejmuje portów północnych) może doprowadzić do usztywnienia pozycji negocjacyjnej USA.

Nie wydaje się przy tym realne, by USA w zakresie kontroli nad programem nuklearnym mogły osiągnąć znacząco więcej niż to, co oferował Iran w Omanie. Sukcesem byłoby natomiast skłonienie Iranu do zgody na rozbrojenie Hezbollahu (przy czym powinno to nastąpić nie tyle ze względu na bezpieczeństwo Izraela, lecz dla dobra Libanu). Inne elementy irańskiej „osi oporu”, w szczególności w Iraku i Jemenie, mają zbyt silną pozycję i zdolności własne do jej utrzymania, by negocjacje Iran-USA mogły ją podważyć. Kontrola Hutich nad północnym Jemenem ma charakter trwały i stabilny, można się spodziewać, że normalizacja relacji Hutich z Arabią Saudyjską jest kwestią czasu.

Natomiast Irak ma kluczowe znaczenie dla Iranu jako jego głębia strategiczna, a tamtejsze siły szyickie, w większości bardziej lub mniej proirańskie, zawdzięczają swoją pozycję wyborom (wprowadzonym wszak w Iraku przez USA). Zresztą dynamika polityczna w Iraku rządzi się swoimi prawami, a USA, ze względu na niekompetencję obecnego przedstawicielstwa dyplomatycznego, mają na nią coraz mniejszy wpływ. Siły proirańskie w Iraku nie stanowią natomiast monolitu. W szczególności można wyróżnić mukawamę, która jest nieobliczalna i od początku wojny prowadzi intensywną kampanię ataków na Region Kurdystanu oraz cele związane z USA, a także na Zjednoczone Emiraty Arabskie i Kuwejt. Mukawama ma jednak słabe przełożenie na władze, w tym nie dysponuje znaczącą reprezentacją w parlamencie (Kataib Hezbollah zdobył 6 mandatów), choć ma spore wpływy w Haszd Szaabi (jako oficjalnej strukturze bezpieczeństwa).

Reklama

Konsekwencje braku porozumienia

Obecnie kluczową rolę w kształtowaniu władz odgrywają pragmatyczne ugrupowania proirańskie, takie jak Asaib Ahl Al-Hak Kaisa al-Chazaliego, które dążą do uniknięcia wciągnięcia Iraku w konflikt. Problem polega jednak na tym, że Stany Zjednoczone formułują maksymalistyczne żądania — rozwiązanie Haszed asz-Szaabi oraz odsunięcie wszystkich środowisk proirańskich od władzy — co pozostaje całkowicie nierealne (nawet w razie upadku Islamskiej Republiki Iranu, na który się zresztą nie zanosi).

O ile nie dojdzie do eskalacji (której przewidywalne katastrofalne skutki opisywałem w poprzednich analizach), to i tak można się spodziewać geopolitycznego trzęsienia ziemi na Bliskim Wschodzie. Niektóre elementy przetasowania już zresztą widać. W wymiarze globalnej rywalizacji mocarstw ograniczone zostaną wpływy USA w regionie, a wzrośnie rola Chin. USA wprawdzie zademonstrowały w tej wojnie swoją niezrównaną potęgę militarną, ale niezdolność przekucia jej na realizację celów strategicznych będzie miała swoje konsekwencje. Deeskalacja oznacza utrzymanie się Islamskiej Republiki i możliwość pojawienia się kolejnych prowokacji Izraela w celu wznowienia wojny. Izraelowi nie chodzi bowiem o irański program nuklearny, lecz o doprowadzenie Iranu do stanu państwa upadłego (optymalnie – ogarniętego wojną domową).

W takiej sytuacji państwa arabskie, zwłaszcza członkowie GCC, będą obawiać się kolejnej wojny i związanych z tym ataków irańskich na ich terytorium. Tymczasem USA w żadnym stopniu nie zabezpieczyły tych państw, w których mają swoje bazy, przed atakami balistycznymi i dronowymi Iranu. Nie ma też wątpliwości, że porozumienie USA-Iran nie nałoży na Iran żadnych ograniczeń w zakresie konwencjonalnych zbrojeń (Iran nigdy się na to nie zgodzi, gdyż jest to jego jedyna realna gwarancja). Nikt też nie zwróci państwom GCC kosztów zniszczeń i strat gospodarczych, m.in. związanych z blokadą cieśniny Ormuz.

Wobec uzasadnionych wątpliwości co do zdolności/chęci USA zapewnienia bezpieczeństwa regionalnego, państwa arabskie będą szukały alternatywy. Wykluczone jest przy tym zbliżenie do Izraela, gdyż nic nie wskazuje na to, że ten (nawet jeśli Netanjahu straci władzę) będzie gotów do pokojowego rozwiązania kwestii palestyńskiej. W takiej sytuacji opór arabskiego społeczeństwa będzie zbyt duży. Warto w tym kontekście zauważyć, że Iran wśród sunnitów arabskich nigdy nie cieszył się sympatią i tezy, że w ostatnich latach doszło w tym zakresie do jakiegoś przełomu, są nieuzasadnione. Ataki irańskie na państwa arabskie nie wpłynęły zatem znacząco na ich „sympatię”, ale wymusiły liczenie się z nim.

Reklama

Państwa arabskie mają świadomość, że jeśli chcą uniknąć konfrontacji, to muszą się dogadać z Iranem lub z kimś innym, kto może skłonić Iran do wstrzemięźliwości. Z drugiej strony sprzymierzenie się z Izraelem przeciwko Iranowi w sytuacji narastającego oburzenia wobec metod działania Izraela i wzrostu w nim tendencji ekstremistycznych (Ben Gwir, Smotricz, ekspansja na południowy Liban i Zachodni Brzeg) jest wykluczone.

Stosunek do Iranu nie jest zresztą jednolity. Abstrahując od poparcia ze strony społeczności szyickich, to do porozumienia z Iranem dążyć będzie też Katar i Oman. Ponadto Arabia Saudyjska zachowuje, przynajmniej oficjalnie, znacznie większą wstrzemięźliwość w krytyce Iranu niż Zjednoczone Emiraty Arabskie. Te ostatnie jednak muszą mieć świadomość swojej słabości (widać ją było w Jemenie kilka miesięcy temu, gdzie Emiraty błyskawicznie ustąpiły wobec ultimatum saudyjskiego i opuściły swych południowojemeńskich sojuszników). Ponadto wojna z Izraelem i USA doprowadziła do znaczącego wzrostu sympatii wobec Iranu w Turcji i Pakistanie.

Co zrobi Turcja?

Jeśli chodzi o Turcję, to choć jej narracyjna wojna z Izraelem raczej nie doprowadzi do przejścia od słów do czynów, to jednak nakręca nastroje antyizraelskie w tureckim społeczeństwie. W rezultacie w badaniu z końca marca niemal 23% Turków uznało, że ich kraj powinien wesprzeć Iran w wojnie z Izraelem i USA, podczas gdy za wsparciem Izraela i USA opowiedziało się tylko 2% (68% wspierało politykę neutralności).

Arabia Saudyjska będzie starała się wzmocnić swoją pozycję regionalną, dążąc do stworzenia „Arabskiego NATO”. Jednakże ograniczenie tego sojuszu do państw GCC (plus Jordania) niewiele zmieni. W tym kontekście Chiny będą starały się przedstawić jako atrakcyjny gwarant regionalnego bezpieczeństwa. Dotąd ich rola (w zakresie bezpieczeństwa) była na Bliskim Wschodzie niewielka, natomiast współpraca gospodarcza rozwijała się dynamicznie. Fakt, iż Chiny doprowadziły w 2023 r. do normalizacji relacji saudyjsko-irańskich miał charakter incydentalny (w negocjacjach pośredniczyło więcej państw, a Chiny wkroczyły w ostatnim etapie) i nie zwiększył znaczenia politycznego tego państwa w regionie.

Warto dodać, że najważniejszymi partnerami handlowymi w regionie są dla Chin: Arabia Saudyjska, Zjednoczone Emiraty Arabskie oraz Irak, a potencjalnie także Iran. Z tym ostatnim Chiny podpisały w 2021 r. umowę inwestycyjną, z której jednak póki co niewiele wyszło, gdyż blokowały to sankcje. Teraz Chiny zapewne będą chciały wymusić zniesienie sankcji (bez tego zresztą nie będzie dealu USA – Iran), wykorzystując jako lewar państwa arabskie, które w zamian będą zainteresowane wywarciem przez Chiny presji na Iran, by nie dokonywał ataków na ich terytorium. W tym kontekście należy odczytywać niedawną wizytę w Pekinie emirackiego następcy tronu. Warto jednak podkreślić, że w nowej układance wzrośnie znaczenie Iranu i Iraku w regionalnej polityce Chin. Irak już obecnie odgrywa coraz większą rolę, a rozwój inwestycji chińskich w tym kraju i wzrost obrotów handlowych, a także operacji wpływu (FIMI) Chin w Iraku, ma charakter skokowy. Iran i Irak to łącznie populacja 140 mln, podczas gdy państwa GCC zaledwie nieco ponad 60 mln.

Rola Pakistanu

Można się również spodziewać wzrostu regionalnego znaczenia Pakistanu, co będzie złą informacją dla Indii (zmarginalizowanych w obecnej rozgrywce). Kluczowa rola tego państwa w negocjacjach nie jest przypadkiem. Warto przy tym pamiętać, że przed obecną wojną, od kilku lat kształtowały się dwa konkurencyjne bloki: Pakistan – Turcja oraz Indie – ZEA – Izrael (plus Grecja). W 2025 r. doszło do podpisania paktu obronnego między Arabią Saudyjską a Pakistanem, ale Islamabad nie udzielił żadnej znaczącej pomocy Arabii Saudyjskiej w obliczu ataków irańskich. Mimo to Rijad nie pozwolił sobie na żadne słowa krytyki w związku z tym, a wsparcie Pakistanu dla „Arabskiego NATO” (oczywiście na zasadach transakcyjnych) miałoby fundamentalne znaczenie dla takiego sojuszu, a także dla regionalnej pozycji Arabii Saudyjskiej (przy marginalizacji ZEA).

W tym kontekście nie sposób pominąć również Turcji, której regionalna rola może znacząco wzrosnąć. Turcja w ostatnim czasie wygasiła swój konflikt z Kurdami (choć nie jest to proces zakończony), wzmocniła wpływy w Syrii, a jej postawa wobec wojny USA i Izraela z Iranem zapewnia jej dobre relacje z Iranem, a pośrednio także z Irakiem. Ponadto zdecydowana krytyka Izraela wzmacnia pozytywny stosunek arabskiej opinii publicznej do Turcji. W ostatnich latach gwałtownie poprawiły się też relacje turecko-egipskie, co jeszcze mocniej zostało scementowane po próbie zainstalowania się Izraela w Somalilandzie (ponieważ częścią tego projektu jest Etiopia, z którą Egipt od lat jest w konflikcie o wodę, zatem popiera on Somalię, a ta wspierana jest też przez Turcję i Katar).

Erdogan zawsze miał przy tym ogromne ambicje odbudowy tureckich wpływów w strefie post-otomańskiej i być może nadarza mu się ku temu okazja. Słabość państw arabskich, znajdujących się między młotem i kowadłem (z jednej strony zagrożenie izraelskie, a z drugiej irańskie, przy braku realnej ochrony amerykańskiej), powoduje, że mogą one się przemóc (nigdy nie były one entuzjastami odbudowy wpływów tureckich, ale sunnicka Turcja jest lepsza od Izraela czy szyickiego Iranu). Turcja zresztą sama już proponuje stworzenie nowego bloku bezpieczeństwa regionalnego opartego na czterech państwach: Turcji, Egipcie, Pakistanie i Arabii Saudyjskiej.

Turcja (albo taki blok) może też odegrać kluczową rolę w rozbrojeniu Hamasu i Hezbollahu, choć w dużym stopniu zależy to znowu od tego, na ile USA zdolne jsą przeciwstawić się Izraelowi. Obecnie wdrażanie drugiego etapu zawieszenia broni w Strefie Gazy jest fikcją, a światowa opinia publiczna zapomniała o problemie, choć w każdej chwili może on odżyć. Hamas nadal istnieje i odbudowuje swoje struktury w Strefie Gazy, Rada Pokoju pozostaje bez znaczenia dla dynamiki tamtejszych wydarzeń, a „siły międzynarodowe” są od momentu powstania kilka miesięcy temu jednoosobowe (dowódca).

Podsumowanie

Jednym krajem, który mógłby zapanować nad Hamasem, wziąć odpowiedzialność za wstrzymanie ataków ze Strefy Gazy na Izrael, a jednocześnie spowodować, że Izrael nie dokona nowych ataków na Strefę Gazy (nie mógłby wówczas liczyć na wsparcie USA), jest Turcja. I właśnie dlatego Izrael nie chce, by żołnierze tego państwa pojawili się w Strefie Gazy. Podobnie ma się sprawa z Libanem, choć tu do rozbrajania Hezbollahu konieczne byłoby szersze porozumienie (w tym z Iranem), a kontrola granicy z Izraelem nie mogłaby być powierzona wyłącznie siłom tureckim (raczej nowej formule sił międzynarodowych, które zastąpiłyby UNIFIL, niemniej ze znaczącym udziałem Turcji). Turcja jest przy tym wyraźnie zainteresowana wzmocnieniem swoich wpływów w Libanie, a państwa arabskie nie są obecnie w stanie jej w tym przeszkadzać, czy teżz nią rywalizować.

W kontekście tych roszad drugorzędna wydaje się być przyszła rola Europy z jednej strony oraz Rosji z drugiej na Bliskim Wschodzie. Rosja zainteresowana jest eskalacją konfliktu na Bliskim Wschodzie, gdyż zaangażowałoby to USA w tym regionie i otworzyłoby możliwości eskalacyjne Rosji w Europie. Jakiekolwiek porozumienie USA z Iranem jest zatem dla niej klęską, zwłaszcza że będzie miała niewiele do zaoferowania Iranowi w wymiarze inwestycyjno-handlowym. Ponadto Rosja praktycznie nie odgrywa żadnej roli w obecnej dynamice wojennej, co związane jest z jej układami z Izraelem, których Irańczycy mają świadomość.

Europa natomiast nie ma spójnej polityki zagranicznej, co powoduje, że jej wpływ na dynamikę ostatnich wydarzeń jest znikomy. Niemniej w przypadku porozumienia pokojowego wciąż pozostawałaby atrakcyjnym partnerem handlowym dla Iranu, pod warunkiem, że państwo to będzie prowadzić racjonalną politykę zagraniczną (tak jak było to po zawarciu JCPOA).

Reklama
WIDEO: Offset czy „offset”? Miliony na Jelcza, miliardy na Apache | Defence24 Week #153
Reklama