- WIADOMOŚCI
USA-Iran: wojna, trudne rozmowy i co dalej?
Paradoksem negocjacji amerykańsko-irańskich w Islamabadzie jest to, że w interesie obu stron jest ich sukces, a osiągnięcie rezultatu win-win jest możliwe ale tylko pod warunkiem realistycznego podejścia obu stron oraz wzajemnego zaufania. Niestety tego brak, a fiasko rozmów będzie drogo kosztować nie tylko ich strony ale wpłynie również katastrofalnie na globalne bezpieczeństwo i gospodarkę.
Stopień trudności piętrzących się przed rozpoczęciem rozmów nie wróży im dobrze ale stawka jest tak wysoka, że nie pozostaje już nic innego jak tylko nadzieja, że rozsądek zwycięży. Trzy kluczowe kłody rzucone pod nogi, które mogły zniweczyć rozmowy zanim jeszcze się rozpoczęły to interpretacja 10-punktowej propozycji Iranu jako podstawy rozmów, kwestia objęcia rozejmem Libanu oraz sabotaż ze strony Izraela. Jeśli chodzi o tę pierwszą kwestię, to zarówno Trump jak i Biały Dom w oficjalnym oświadczeniu odwołali się do irańskiej propozycji jako podstawy do dalszych negocjacji, a następnie rzeczniczka Białego Domu Caroline Levitt stwierdziła, że to dezinformacja i Trump wyrzucił ten tekst do kosza. Warto zaznaczyć, że 15-punktowa propozycja USA oraz 10-punktowa Iranu są wobec siebie całkowicie niekompatybilne.
Znacznie istotniejszą kwestią jest jednak spór o to czy Liban objęty jest też rozejmem. Izrael, już po ogłoszeniu zawieszenia broni, dokonał zmasowanego uderzenia na ponad 100 celów w tym kraju, w tym w Bejrucie, zabijając ponad 300 osób oraz raniąc ponad 1000. W większości były to cele cywilne, choć powiązane z Hezbollahem ale w wyniku tego ataku śmierć poniosło też wielu cywilów nie związanych z tą szyicką organizacją. Izrael twierdzi, że jego konflikt z Hezbollahem jest niezależny od wojny z Iranem ale to tylko wymówka i nie ma wątpliwości, że jednym z celów tych działań jest storpedowanie rozmów w Islamabadzie. Iran działania te uznał za złamanie warunków zawieszenia broni i uzależnił przystąpienie do rozmów z USA od wstrzymania ataków na Hezbollah. USA odrzuciły to twierdząc, że zawieszenie broni nie miało obejmować Libanu, choć zarówno premier Pakistanu Szechbaz Szarif jak i pakistańskie MSZ potwierdziło, iż USA pierwotnie zgodziło się na objęcie nim również Libanu. Jednakże, choć przewodniczący irańskiego parlamentu Mohammad Ghalibaf (który ma razem z szefem irańskiej dyplomacji Abbasem Aragczim reprezentować Iran na rozmowach) pierwotnie uznał, iż póki trwają ataki na Liban to rozmowy są bezcelowe, to według nieoficjalnych wiadomości Pakistanowi udało się jednak przekonać go do przyjazdu na rozmowy (kwestia ta wisiała jednak na włosku do ostatniej chwili). Jeszcze w piątek wieczorem Mohammad Ghalibaf twierdził na portalu X, że negocjacje odbędą się wyłącznie jeśli wstrzymane zostaną ataki na Liban oraz odmrożone zostaną irańskie aktywa.
Z perspektywy Iranu kwestia Libanu ma ogromne znaczenie z dwóch powodów. Po pierwsze jest to kwestia wiarygodności sojuszniczej. Jeśli Iran chce utrzymać kontrolę nad swoimi proxy to nie może opuścić kluczowego sojusznika, który wykazał się największą lojalnością przystępując do wojny w chwili ataku na Iran. Po drugie jest to dla Iranu kwestia wiarygodności USA. Dla Teheranu już przed wojną jednym z kluczowych problemów w rozmowach z USA było to na ile mają one sens ze względu na wpływ Izraela na USA i dążenie Tel Awiwu do storpedowania jakiegokolwiek porozumienia.
To bowiem trzeci problem. Izrael dążył i nadal dąży do storpedowania negocjacji i nie chce ani normalizacji relacji Iranu z Zachodem, w tym USA ani deeskalacji. Izrael od początku chciał doprowadzić do chaosu w Iranie (np. w wyniku inwazji lub walk wewnętrznych), bez względu na koszt (globalny i regionalny), gdyż wychodzi z założenia, że tylko w ten sposób zapewni sobie bezpieczeństwo przy jednoczesnym prowadzeniu agresywnej polityki regionalnej. Pytanie jest zatem takie na ile realnie USA będą prowadzić negocjacje niezależnie od interesu Izraela (który nie jest tożsamy z interesem USA) i na ile będą w stanie przekonać Iran, że tak jest. Po poprzednich doświadczeniach negocjacyjnych Iran z całą pewnością żądać będzie gwarancji, zwłaszcza, że po stronie USA oprócz wiceprezydenta J. D. Vance’a w negocjacjach biorą udział Jared Kushner i Steve Witkoff, a więc osoby budzące po stronie irańskiej skrajną nieufność.
W odniesieniu do Libanu ogłoszono wprawdzie, że w Waszyngtonie rozpoczną się rozmowy libańsko-izraelskie ale szansa na ich sukces jest jeszcze mniejsza niż w przypadku negocjacji w Pakistanie. Problem bowiem w tym, że nie uczestniczą w nich przedstawiciele szyitów, a zatem wątpliwe by Hezbollah uznał ich ustalenia. Wiele wskazuje przy tym na to, że Izrael dąży z jednej strony do trwałej aneksji południowego Libanu (w ramach forsowanej przez izraelskich ekstremistów polityki ekspansji terytorialnej), a z drugiej chce doprowadzić do wojny domowej w Libanie (między rządem a Hezbollahem). Alternatywą mogłoby być włączenie kwestii libańskiej do kompleksowych negocjacji i skłonienie Iranu do zgody na rozbrojenie Hezbollahu ale mogłoby to nie być możliwe bez równoczesnego wdrażania rozwiązania dwupaństwowego kwestii palestyńskiej. A Netanjahu zrobi wszystko by do tego nie doszło.
Pomijając przeszkody wstępne i problem braku zaufania, kolejne trudności związane są z kompletnie odmiennymi punktami wyjścia stron i percepcja sytuacji własnej. Chodzi w szczególności o to jak strony widzą siebie, siłę swojej pozycji negocjacyjnej oraz racjonalność i wiarygodność przeciwnika. W przypadku USA problemem jest to na ile wierzą w swoją propagandę sukcesu, gdyż jeśli spodziewają się prowadzenia negocjacji z pozycji siły to nic z nich nie wyjdzie. Otwartą kwestią jest też to na ile USA gotowe jest na zrealizowanie scenariusza zapowiadanego tuż przed zawieszeniem broni (zmasowany atak na infrastrukturę cywilną, co doprowadziłoby do odwetu i regionalnego Armagedonu) lub jeszcze gorszego scenariusza inwazji lądowej. Fakt, że delegacją kieruje Vance napawa pewnym optymizmem ale bardzo umiarkowanym, gdyż Kushner i Witkoff mają większy wpływ na Trumpa i wydają się w tym zakresie nieobliczalni. Innym problemem jest to jak USA postrzegają Irańczyków, gdyż kreowany publicznie konstrukt rozfanatyzowanych szaleńców marzących o wystrzeleniu bomby atomowej na Izrael czy też planujących wysyłanie zamachowców samobójców z nuklearnymi pasami szachida do USA (sugestia Vance’a) nie ma się nijak do rzeczywistości. Irańczycy zawsze w negocjacjach działali jako racjonalny (ze swojego punktu widzenia) aktor. Z drugiej strony istotne jest na ile Irańczycy są (zbyt) pewni siebie i przekonani, że już rzucili USA na kolana i teraz mogą dyktować dowolnie warunki, bo USA chcą się z kłopotu wyplątać. Jeśli tak podejdą do negocjacji, z zerową lub minimalną gotowością na ustępstwa, to również negocjacje zakończą się fiaskiem. Irańczycy mogą przy tym liczyć na to, że klincz w negocjacjach skłoni USA do cichego wycofania się z wojny co da Iranowi strategiczne zwycięstwo (państwa arabskie będą się bowiem musiały wówczas dogadywać się z Iranem by uniknąć „powtórki z rozrywki”, a cieśnina Ormuz pozostanie pod irańską kontrolą i Iran będzie na tym zarabiał). Tyle, że mogą się w tym założeniu przeliczyć. Również otwartą kwestią jest to na ile dopuszczają ponoszenie dalszego kosztu nalotów za cenę trzymania USA w impasie, mając świadomość, że, bez względu na zniszczenia, utrzymywanie takiego stanu wzmacnia strategicznie Islamską Republikę.
Te założenia są kluczowe dla oceny zdolności stron dojścia do porozumienia w sprawie kluczowych punktów występujących odpowiednio w amerykańskim planie 15-punktowym oraz irańskim 10-punktowym tj.: program nuklearny, sankcje, program balistyczny, cieśnina Ormuz, „oś oporu”, reparacje, wycofanie sił amerykańskich z regionu. Na wstępie obie strony powinny zrozumieć co dla drugiej jest absolutną czerwoną linią, a gdzie można osiągnąć kompromis. Z całą pewnością jakiekolwiek ograniczenie prawa Iranu do posiadania arsenału balistycznego i dronowego nie wchodzi w grę, gdyż zarówno wojna 12-dniowa jak i obecna wojna dowiodły, że ma on kluczowe znaczenie dla bezpieczeństwa Iranu w razie ataku. A Irańczycy na pewno nie uwierzą na słowo, że nikt już ich więcej nie zaatakuje. Z drugiej strony USA z całą pewnością nie zgodzą się na reparacje (byłoby to przyznanie się do przegranej). Również postulat wycofania sił amerykańskich z regionu jest nierealistyczny na tym etapie, choć może to i tak nastąpić w wyniku tej wojny (państwa arabskie mogą uznać, że militarna obecność amerykańska bardziej je naraża niż gwarantuje bezpieczeństwo i szukać współpracy z Pakistanem, Chinami i/lub nawet z Rosją, choć ta ostatnia wydaje się również mało wiarygodna w regionie).
Kluczowe znaczenie ma kwestia programu nuklearnego i powiązanych z nim sankcji. Iran będzie obecnie znacznie mniej elastyczny niż był w trakcie rozmów w Omanie, a Trump będzie potrzebował udowodnić w USA, że osiągnął więcej niż Obama z JCPOA. To zwiastuje ciężkie negocjacje ale wydaje się, że kompromis wciąż jest możliwy. Zniesienie sankcji będzie przy tym ciosem dla Rosji ale będzie też bardzo korzystne dla Chin. Niemniej może też otworzyć rynek irański dla Europejczyków, zwłaszcza tych, którzy, tak jak Polska, zachowali wstrzemięźliwość w wypowiedziach związanych z tą wojną. Oczywiście pytanie jak wpłynie to na relacje amerykańsko-chińskie i na ile Amerykanie są gotowi na to pójść by wyplątać się z tej wojny. Kompromis konieczny jest też w odniesieniu do cieśniny Ormuz, gdyż nie wydaje się by realny był powrót do status quo ex ante. Iran obecnie zarabia na kontroli cieśniny i nie zrezygnuje z tego całkowicie. Nie jest jednak również realne by pobierał myto w dowolnie ustalanej przez siebie wysokości. Ostatnią kwestią jest sprawa irańskich proxy tj. tzw. „osi oporu”. Oprócz Hezbollahu chodzi o jemeńskich Hutich i irackie Al-Haszd asz-Szaabi. Tu również konieczne jest osiągnięcie kompromisu. Dla Iranu kluczowe znaczenie ma Irak i tu USA mogłyby pójść na ustępstwo (zwłaszcza, że i tak w wyborach wygrały siły proirańskie) za cenę zgody Iranu na rozbrojenie Hezbollahu (co pozwoliłoby na stabilizację wewnętrzną Libanu bez groźby kolejnych ataków ze strony Izraela czy też wybuchu wojny domowej). Kontrola Hutich nad północnym Jemenem jest natomiast faktem i najlepszym rozwiązaniem jest po prostu uznanie ich oraz normalizacja relacji.

WIDEO: Offset czy „offset”? Miliony na Jelcza, miliardy na Apache | Defence24 Week #153