- ANALIZA
- WIADOMOŚCI
Wojna z Iranem – kto (nie) ma jakie cele i strategie
Bez względu na ocenę działań zarówno Izraela, jak i Iranu, należy przyznać, że oba kraje realizują konsekwentnie swoje strategie w tej wojnie i mają precyzyjnie określone cele. Niestety, tego samego nie można powiedzieć o USA. Donald Trump i jego administracja działają chaotycznie, a ich narracja jest katastrofalna dla wizerunku USA. Interes Stanów Zjednoczonych w tej wojnie nie jest przy tym tożsamy z interesem Izraela.
Autor. The White House https://www.whitehouse.gov/gallery/operation-epic-fury/
Uderzenia Iranu na państwa Zatoki Perskiej od początku tej wojny wywoływały reakcje świadczące o niezrozumieniu irańskiej strategii. Szczególnie zdumiewające jest przy tym to, że sam Trump sugerował, iż było to dla USA zaskoczenie. Niedocenianie przeciwnika jest największym grzechem w wojnie i receptą na porażkę. Tymczasem nic, co robi Iran, nie zaskakuje. Problem w tym, że obowiązująca za Alego Chameneia doktryna „strategicznej cierpliwości” była błędnie uznawana za oznakę słabości Iranu i jego niezdolności do skutecznego rażenia przeciwnika.
Tymczasem nigdy nie ulegało wątpliwości, że zarówno irański ostrzał bazy Al Asad w 2020 r. (w ramach odwetu za zabicie gen. Sulejmaniego), jak i uderzenie na Izrael w sierpniu 2024 r. (w odwecie za zabicie Ismaila Haniji), celowo nie doprowadziły do większych szkód oraz strat osobowych. Jednocześnie jednak Iran zawsze kierował się zasadą quid pro quo i dlatego ostatni atak na instalacje naftowe i gazowe m.in. w Arabii Saudyjskiej oraz Katarze, w ramach odwetu za izraelski atak na złoża South Pars, był, z perspektywy Iranu, koniecznością.
Irańska strategia na wojnę
Strategia Iranu opiera się na trzech filarach: koszcie, wiarygodności i wzajemności. Jeśli chodzi o pierwszy aspekt, to chodzi o narzucenie globalnego kosztu tej wojny, by w ten sposób skłonić światową opinię publiczną, by wywarła presję na zakończenie wojny. Cel ten jest osiągany w szczególności poprzez doprowadzenie do znaczącej podwyżki cen ropy w związku z efektywną blokadą Cieśniny Hormuz. Szczególnym adresatem tej presji są kraje regionu oraz samo USA. W tym drugim wypadku Iran wysyła komunikaty do amerykańskiej opinii publicznej, że płaci „Israel First Tax” za wojnę, która nie jest w interesie USA, bo Iran nie zagrażał temu państwu. Amerykański wyborca ma płacić ten podatek, zajeżdżając na stacje benzynową i mając świadomość, że wojna ta kosztuje co najmniej ok. 1 mld dol. dziennie, a administracja Trumpa już wystąpiła o 200 mld dol. do Kongresu w celu dalszego jej prowadzenia.
Państwa arabskie, w wyniku działań wojennych, ponoszą wielomiliardowe straty nie tylko ze względu na brak możliwości eksportu ropy, ale również z powodu załamania się turystyki, ograniczenia ruchu lotniczego, a także zniszczeń wywołanych przez irański ostrzał. Jego uzasadnienie jest jasne (bez względu na to, czy je akceptujemy, czy nie): jest to koszt posiadania na swoim terytorium baz USA. Jest to więc również presja na te państwa, by (po wojnie) zweryfikowały swoje założenia bezpieczeństwa i uznały, że obecność baz USA nie stanowi gwarancji bezpieczeństwa, lecz wręcz przeciwnie, jest zagrożeniem w przypadku kolejnej wojny. Znów warto podkreślić, że jest to cel Iranu, a to, czy zostanie osiągnięty, jest kwestią otwartą.
Dotychczasowe wypowiedzi przedstawicieli państw arabskich świadczą o zróżnicowanym ich podejściu. Arabia Saudyjska i Zjednoczone Emiraty Arabskie póki co zdają się utwierdzać w swym antyirańskim nastawieniu, podczas gdy Katar i Oman (a także Turcja) uznają raczej Izrael jako źródło problemu. W przypadku ZEA nie jest tajemnicą, że jest to w regionie kraj o najbardziej intensywnych związkach z Izraelem, a Arabia Saudyjska (która pod rządami Mohammada bin Salmana nieskutecznie dążyła do osłabienia Iranu) może (przynajmniej teoretycznie) stawiać jeszcze na swoje relacje z Pakistanem, z którym ma podpisany traktat o wzajemnej obronie.
Póki co nie widać jednak ze strony Pakistanu większej chęci włączenia się do wojny w obronie Arabii Saudyjskiej przed irańskimi atakami. Państwo to ma świadomość ryzyka z tym związanego, zwłaszcza w kontekście już trwającego własnego konfliktu z Afganistanem. Przede wszystkim jednak Pakistan nie ma żadnego interesu w atakowaniu Iranu. Nie jest bowiem ani zainteresowany obaleniem Islamskiej Republiki, ani dezintegracją państwa (co mogłoby mieć negatywny efekt na bezpieczeństwo Pakistanu w związku z kwestią beludżyjską), ani też nie ma powodu działać w interesie Izraela, z którym nie ma stosunków dyplomatycznych (a ponadto wiadomo, że Netanjahu ma dobre relacje z premierem Indii Narendą Modim). Zresztą Pakistan potępił atak na Iran, a Iran odwdzięczył się przepuszczeniem przez Cieśninę Ormuz tankowca z ropą dla Pakistanu.
Zupełnie nieistotne z perspektywy Iranu jest przy tym to, jak jego działania wpływają na reakcję arabskiej opinii publicznej. Jest bowiem oczywiste, że większość sunnickich Arabów nie darzy szyickiego Iranu sympatią, choć Iran długo starał się zyskać wpływ na „arabską ulicę”, kreując się na głównego adwokata sprawy palestyńskiej. Temu służyły wypowiedzi o „zniszczeniu Izraela”, które bynajmniej nie były wyrazem gotowości do podejmowania jakiejś militarnej operacji w tym celu. Oczywiście, Iran zagrażał bezpieczeństwu Izraela poprzez swoje proxy, ale nigdy nie dążył do stworzenia zagrożenia egzystencjalnego za pomocą środków militarnych, gdyż wiedział, że byłoby to samobójstwo dla Islamskiej Republiki. Dotyczy to w szczególności sugestii, jakoby Iran planował atak nuklearny na Izrael po ewentualnym zdobyciu tej broni.
Państwa arabskie nie chcą wejść do wojny
Nieporozumieniem jest też spekulowanie o przystąpieniu państw arabskich do wojny. Jedyne, co mogą realnie wnieść do niej, to otwarcie swojej przestrzeni dla działań amerykańsko-izraelskich, a to już ma miejsce. Natomiast poza tym nie byłoby żadnej wartości dodanej udziału sił tych państw, bo USA z Izraelem i tak mają dominację w powietrzu. Tymczasem wartość bojowa sił arabskich została negatywnie przetestowana w wojnie z Huti. Jakieś znaczenie, choć niezbyt duże, mogłyby te siły mieć w przypadku decyzji o inwazji lądowej, choć wątpliwe, by Irańczycy, bez względu na orientację polityczną, witali Arabów kwiatami. Pomysł, że Saudowie mieliby „wyzwalać” Irańczyków i nieść im „wolność”, przekracza wszelkie granice śmieszności. Zresztą póki co inwazja lądowa pozostaje szaleńczą abstrakcją.
Państwa Półwyspu Arabskiego mają jednocześnie świadomość, że podejmując jakiekolwiek działania ofensywne przeciw Iranowi, narażą się na jego reakcję zarówno w wymiarze konwencjonalnym, jak i asymetrycznym. Nie jest bowiem prawdą, że Iran wyczerpał swoje możliwości, jeśli chodzi o zakres celów ataków balistycznych i dronowych w tych krajach. Przede wszystkim jednak może dojść do uruchomienia mniejszości szyickiej na Półwyspie Arabskim. O ile dywagacje, że aktywizacja mniejszości w Iranie przeciwko Islamskiej Republice mogłaby jej egzystencjalnie zagrozić, to banialuki, to w przypadku takich państw jak np. Arabia Saudyjska zagrożenie wewnętrzne związane z mniejszością szyicką mogłoby być realne. Dlatego też państwom tym, w szczególności ZEA i Arabii Saudyjskiej, pozostaje jedynie wydawanie pustych oświadczeń o „rezerwowaniu sobie prawa do odpowiedzi”, co niektórzy błędnie odczytują jako rzeczywistą ich gotowość do militarnej reakcji.
Jeżeli chodzi o kolejne filary irańskiej strategii, to „wiarygodność” odnosi się do wywołania wśród państw regionu (a także agresorów) świadomości, iż każdy atak spotka się z nieuniknioną odpowiedzią Iranu, bez względu na dyplomatyczny koszt takiego działania i ryzyko eskalacji. Jest to wyraźne zerwanie z doktryną „strategicznej cierpliwości” Chameneia i nie ma nic wspólnego ani z „desperacją”, ani też nie ma wymiaru „chaotycznego”, jak to było oceniane w niektórych komentarzach. Iran przy okazji pokazuje, jak błędne były rachuby dotyczące szybkiego zniszczenia jego potencjału bojowego i jak dalekie od rzeczywistości są deklaracje Trumpa i Hegsetha w tym zakresie. To również sygnał, że założenie, iż wojna ta może w sposób trwały pozbawić Iran zdolności bojowych, jest bardzo wątpliwe, a odbudowanie potencjału może nastąpić bardzo szybko, co uczyni wszelkie zdobycze tej wojny iluzorycznymi.
Wreszcie wzajemność odnosi się do bezwzględnego stosowania zasady quid pro quo. Dlatego dziwić może to, że ktokolwiek był zaskoczony reakcją Iranu na izraelski ostrzał złóż South Pars. Oczywiście, uderzenie Iranu w infrastrukturę naftową i gazową w regionie, które uczyniło gigantyczne szkody, zwłaszcza w Katarze i Arabii Saudyjskiej, niosło pewne ryzyka dla Iranu, ale były one z jego punktu widzenia drugorzędne. Iran wiedział, że brak adekwatnej odpowiedzi zostanie odczytany jako „zawahanie się”, co zachęci Izrael do dalszych ataków na jego infrastrukturę. Tymczasem odwet Iranu skłonił Trumpa, po raz pierwszy w czasie tej wojny, do zdystansowania się od działań Izraela, a następnie pojawiła się kuriozalna zapowiedź sekretarza skarbu USA Scotta Bessenta, że USA rozważają częściowe zniesienie sankcji na irańską ropę w celu złagodzenia skutków wojny z Iranem.
W kontekście strategii irańskiej zupełnie bez znaczenia jest natomiast zabijanie polityków irańskich przez Izrael. Nie wpłynie to w żadnym stopniu na determinację Iranu, natomiast możliwe jest podjęcie przez Iran działań odwetowych przy użyciu środków asymetrycznych (zamachy). Izrael wprowadza przy tym groźny precedens, deklarując, że każdy członek irańskiej administracji jest dla niego celem. Bardzo szybko może to uderzyć w niego rykoszetem.
Cele Izraela
Izraelskie cele i strategia również są jasne i nigdy nie obejmowały one dania Irańczykom „wolności”. Wszelkie wezwania do rewolucji czy też nakłanianie Kurdów lub innych mniejszości, by wystąpiły zbrojnie przeciwko Islamskiej Republice, obliczone były wyłącznie na wywołanie rozlewu krwi w Iranie, pogrążenie go w chaosie oraz utrudnienie ewentualnych negocjacji poprzez zdefiniowanie drugiej strony jako zbrodniarzy mordujących własny naród. Netanjahu nie chce żadnego „wolnego Iranu” nie tylko dlatego, że jest realistą i ma świadomość, że osiągnięcie tego celu jest wielce wątpliwe, ale także dlatego, że nie ma gwarancji, iż „wolny Iran” na dłuższą metę prowadziłby politykę proizraelską. Warto pamiętać, że np. Kurdowie powiązani z nurtem Partii Pracujących Kurdystanu w latach 80. i 90. byli sojusznikami Palestyńczyków i mieli wspólne obozy w Libanie. Netanjahu z całą pewnością o tym pamięta.
Głównym celem Izraela jest doprowadzenie do chaosu, którego globalny koszt nie ma dla niego żadnego znaczenia. Jest to stała strategia Izraela od dekad, realizowana przez Netanjahu w odniesieniu do regionu. Założenie jest proste – im więcej konfliktów w regionie, tym lepiej, gdyż powoduje to, że wrogowie (realni i potencjalni) Izraela walczą między sobą i wzajemnie się osłabiają. Oczywiście, celem Izraela jest też maksymalne osłabienie wewnętrzne Iranu poprzez niszczenie nie tylko jego potencjału bojowego, ale przede wszystkim infrastruktury stanowiącej podstawę gospodarczego funkcjonowania państwa (w tym kontekście to, że uderza to nie tylko we władze, ale w całe społeczeństwo, które jakoby Izrael chce „wyzwalać”, nie ma żadnego znaczenia).
Wydaje się jednak, że po ataku na South Pars (i irańskiej odpowiedzi) te plany zostaną zablokowane. To komplikuje założenia Izraela, bo ułatwi Iranowi odbudowę swojego potencjału bojowego. Problemem dla Izraela jest też irański program nuklearny, gdyż Netanjahu (mimo triumfalnych deklaracji) ma świadomość, że jest on poza zasięgiem rażenia Izraela (co pokazała wojna 12-dniowa). Izraelski premier paradoksalnie zakłada zapewne, że Iran nie zdecyduje się po wojnie zmienić swojego podejście do broni nuklearnej i dążyć do jej zdobycia (dotąd nie było to wcale oczywiste). Tyle że teraz może to być podejście błędne.
Jasność celów nie oznacza bowiem, że nie ma błędów w ich założeniach. Zabijanie przywództwa irańskiego ma na celu zablokowanie szans jakichkolwiek negocjacji Zachodu, w tym w szczególności USA, z Iranem. Izrael chce radykalizacji przywództwa irańskiego, zastąpienia pragmatycznych i doświadczonych polityków, gotowych na kompromisy, przez radykałów i fanatyków marzących o męczeństwie. Chce po prostu, by nie było z kim rozmawiać po stronie irańskiej. Wezwania Netanjahu do rewolucji również nie mają na celu obalenia Islamskiej Republiki i wprowadzenia w Iranie demokracji, lecz sprowokowanie represji, która nieuchronnie zacieśniłaby izolację Iranu.
Rosja zaciera ręce?
Beneficjentem tego byłaby oczywiście Rosja, bo (razem z Chinami) byłaby opcją bezalternatywną dla Iranu. A to ulubiony układ dla Rosji, pozwalający jej brać, ale nic nie dawać w zamian. Problem w tym, że ta strategia Izraela jest niczym odbezpieczony granat w rękach. Podobna motywacja przyświecała Netanjahu, gdy pomagał w przesyłaniu wsparcia dla Hamasu. Chciał bowiem w ten sposób skompromitować sprawę palestyńską poprzez trwałe skojarzenie jej z terroryzmem i przekonanie świata, że nie mogą oni stworzyć państwa. Tyle że w ten sposób doprowadził do 7 października. W przypadku Iranu może to się również źle skończyć, zwłaszcza jeśli Amerykanie stracą cierpliwość.
Natomiast USA od początku wojny mają ten sam problem – brak planu, celów, a przede wszystkim interesu w tej wojnie. Teza o „nieuchronnym zagrożeniu” dla bezpieczeństwa USA legła w gruzach po ujawnieniu niewygodnych dla tej administracji faktów. Chodzi w szczególności o zeznania szefowej Wywiadu Narodowego USA Tulsi Gabbard, która zeznała, że w ocenie amerykańskich służb program atomowy Iranu został zniszczony w czasie wojny 12-dniowej, a Iran nie podjął działań w celu jego odbudowy. Jeszcze dalej poszedł Joseph Kent, który, piastując funkcję dyrektora Narodowego Centrum Kontrterrorystycznego, podał się do dymisji w proteście przeciwko wojnie z Iranem, twierdząc, że decyzja o jej rozpoczęciu podjęta została pod wpływem kłamstw Izraela. Z kolei brytyjscy dyplomaci uczestniczący w negocjacjach w Omanie ujawnili, że Iran gotowy był oddać cały swój zapas wzbogaconego uranu pod kontrolę USA oraz wpuścić do kraju amerykańskich inwestorów. Brytyjczycy byli pewni, że oferta Iranu jest szczera i maksymalnie atrakcyjna dla USA. Tymczasem Trump rozpoczął wojnę.
Wobec powyższego nie ma wątpliwości, że nie było zagrożenia nuklearnego ze strony Iranu (a ta wojna może je stworzyć), nie było żadnego bezpośredniego zagrożenia dla bezpieczeństwa USA (a ta wojna może zrodzić zagrożenia terrorystyczne), a Iran nie wystrzelił ani jednego pocisku balistycznego, póki nie został zaatakowany. Żadnej rewolucji w Iranie nie będzie, a „scenariusz wenezuelski” okazał się iluzją. USA będzie mieć teraz do czynienia z bardziej radykalnym i represyjnym Iranem, a chyba nie o to chodziło. W dodatku państwa regionu będą miały mniejsze zaufanie do USA, bo nie były w stanie zagwarantować im bezpieczeństwa.
Do tego dochodzą nowe tarcia między USA a pozostałymi członkami NATO, których Trump i jego ekipa oskarżają o rzekomą niewdzięczność i nieudzielenie pomocy (choć USA nie zwróciły się o nią w jakiejś formalnej procedurze). Trump zdaje się obecnie miotać, nie wiedząc, jak wyjść z twarzą z tej sytuacji, a triumfalistyczne i przepojone agresją wobec krytyków i sojuszników deklaracje Hegsetha tylko pogarszają sytuację. Netanjahu nie ustaje w namawianiu do inwazji lądowej, a Trump zdaje się wahać między deeskalacją, czyli ogłoszeniem niewiarygodnego zwycięstwa i przerwaniem działań na tym etapie, a szaleńczą eskalacją, tj. inwazją na Iran. Oby wybrał to pierwsze, gdyż to drugie sprowadzi katastrofę zarówno dla Iranu, jak i USA, całego Zachodu i całego Bliskiego Wschodu.




WIDEO: F-35 vs. JAK-130 | Fregata tonie | Kuwejt strąca F-15 - Defence24Week #151