Reklama
  • ANALIZA
  • WIADOMOŚCI
  • DEFENCE PREMIUM
  • KOMENTARZ

USA szykują się na nowy koncert mocarstw [ANALIZA]

Ostatnie działania Stanów Zjednoczonych dobitnie pokazują, że Waszyngton jest w pełni świadom zmieniającego się ładu międzynarodowego. Rodzi się pytanie, czy ostatnie decyzje Donalda Trumpa są bliższe chaotycznym decyzjom słabnącego mocarstwa, czy też skoordynowanym działaniom mającym zamortyzować konsekwencje zmian oraz ułatwić tworzenie wyraźnych stref wpływów na świecie.

Autor. Official White House Photo
Nowy a stary koncert mocarstw Kilka biegunów, różne cele USA i doktryna Monroe 2.0 Północ i Europa, czyli szachy na cztery ręce Amerykańska amortyzacja zmian. Czy się uda?

Zmieniający się układ globalny, w którym hegemonia USA jest coraz bardziej kwestionowana, wymaga głębszej analizy. Od końca zimnej wojny Stany Zjednoczone dominowały jako jedyne supermocarstwo, narzucając liberalny porządek oparty na multilateralizmie, wolnym handlu i promocji demokracji. Jednak w ostatnich latach ten model uległ znaczącej erozji. Wzrost Chin jako gospodarczej i militarnej potęgi, agresywna polityka Rosji pod wodzą Putina, a także rosnąca asertywność krajów takich jak Indie, Brazylia czy Turcja, ale też swego rodzaju kryzys demokracji liberalnej, doprowadziły do tego, że Waszyngton musi dostosować się do zachodzących zmian.

Nowy a stary koncert mocarstw

Oryginalny, XIX-wieczny koncert mocarstw był systemem międzynarodowym w Europie po Kongresie Wiedeńskim w 1815 roku. Powstał po pokonaniu Napoleona, aby zapobiec kolejnym wielkim wojnom i utrzymać równowagę sił. Z czasem strefy wpływów poszczególnych potęg europejskich (Wielkiej Brytanii, Francji, Imperium Rosyjskiego, Austrii i Prus, a później Cesarstwa Niemieckiego) zaczęły wykraczać poza teatr europejski, ścierając się w Azji czy Afryce. Ład ten załamał się dopiero na przełomie XIX i XX wieku, a jego całkowity rozpad przypieczętowała I wojna światowa.

Współcześnie coraz częściej można się spotkać z powrotem tego typu narracji wraz ze zmianami geopolitycznymi na mapie świata. USA nie pełnią już identycznej roli jak na początku lat 90., a jednocześnie inne państwa zaczęły dochodzić lub powracać do głosu. Zarówno Rosja, jak i Chiny chcą odtworzyć dawną potęgę, a przy okazji do głosu dochodzą też inni gracze. Czym jednak ten system różni się od swojego XIX-wiecznego pierwowzoru? Można by w końcu powiedzieć, że rywalizacja mocarstw wygląda zazwyczaj tak samo. Jednak byłoby to znaczące uproszczenie.

Jeśli spojrzymy na układ polityczny sprzed niemal 200 lat, to widać wyraźnie jedną rzecz. Wszystkie ówczesne imperia były zakorzenione w Europie. Powierzchownie wydaje się to banalne, ale w rzeczywistości pokazuje, po pierwsze, środek ciężkości ówczesnej rywalizacji, którym była Europa; a drugą kwestią jest fakt jednego kręgu kulturowego mocarstw. Choć państwa te rywalizowały między sobą, to jednak dzieliły pewien kod kulturowy, sposób myślenia oraz podobną logikę działania. Na swój sposób można było zrozumieć ruchy rywala, który prezentował podobny sposób myślenia.

Obecna rywalizacja (lub jak kto woli, nadchodząca) jest skonstruowana zupełnie inaczej. Dawne mocarstwa europejskie nie mają w tym wypadku wiodącej roli, a kulturowa różnorodność rywalizujących potęg obejmuje cały szereg odrębnych kultur, wierzeń i tradycji. Choć na pierwszy rzut oka to może się wydawać nieistotnym elementem, to w rzeczywistości ma duży wpływ na to, z jakich źródeł jest czerpane rozumienie rywalizacji, jak postrzega się przeciwnika, do jakich czynów można się posunąć w celu realizacji swoich interesów czy też w jakiej wierze nasze działania podejmujemy. To znacząco może utrudniać odczytanie intencji rywala, który choć gra z nami na tej samej planszy, to stosuje zupełnie inne reguły gry.

Kilka biegunów, różne cele

Gdyby chcieć w jakiś sposób zarysować formujące się bloki, to można je podzielić na kilka grup, gdzie każda swoje interesy widzi nieco inaczej. Mamy zarówno radykalnych wrogów obecnego ładu, obrońców status quo, jak i państwa, które wskazują potrzebę reformy, jednak nie chcą bezpośredniej konfrontacji z orędownikami obecnego stanu rzeczy.

Wśród krajów, które chcą zachowania obecnego ładu lub utrzymania w nim swojej supremacji, z pewnością są państwa europejskie, Stany Zjednoczone oraz większość bliskich partnerów Waszyngtonu w Azji. Jednocześnie można zaobserwować, że Amerykanie starają się zaktywizować swoje działania względem kluczowych dla siebie regionów w celu zabezpieczenia interesów narodowych, z jednoczesnym wypchnięciem innych mocarstw ze swojej strefy wpływów. Wielokrotnie ze strony administracji Donalda Trumpa pojawiały się też słowa, że większe zaangażowanie powinno pojawić się też ze strony państw europejskich — zostało to wyrażone chociażby na zeszłorocznej konferencji bezpieczeństwa w Monachium czy w niedawno opublikowanej nowej Strategii Bezpieczeństwa Narodowego USA.

Drugi blok to państwa chcące zmiany układu sił, jednak na drodze bardziej ustabilizowanej. Tu z pewnością można wskazać wcześniej wspomniane Indie, Turcję, Brazylię oraz poszczególne państwa afrykańskie. W tej grupie znajdują się przede wszystkim państwa Globalnego Południa, które w XX wieku głównie pełniły role trzecioplanowe, a po 1990 roku zaczęły mocno odbudowywać swoją pozycję na arenie międzynarodowej. Stąd też budzą one zainteresowanie aktualnych mocarstw, które chętnie widziałyby obszary piwotalne po swojej stronie.

Wreszcie trzecia grupa, jaką są zdecydowani przeciwnicy obecnego ładu międzynarodowego, którzy chcieliby radykalnej zmiany układu sił. Na jej czele stoją przede wszystkim Chiny i Federacja Rosyjska. Każde z nich nie tylko widzi w obecnym stanie rzeczy szansę na zdetronizowanie USA, ale też możliwość „odgryzienia się” za wcześniejsze klęski: Moskwa za przegraną zimną wojnę i rozpad Związku Radzieckiego, Pekin za upokorzenia XIX i XX wieku ze strony ówczesnych wielkich mocarstw europejskich. Wokół tej dwójki są jeszcze inne państwa wspierające – Iran, Korea Północna, dotychczas też Wenezuela (tu trzeba czekać na dalszy bieg zdarzeń) czy Kuba. Można też zobaczyć, że grupa ta stara się stosować inne narzędzia – jak chociażby BRICS – w celu poszerzania swojej wizji nowego ładu międzynarodowego.

USA i doktryna Monroe 2.0

Ostatnie ruchy ze strony Waszyngtonu raczej nie pozostawiają wątpliwości, że Stany Zjednoczone nie chcą biernie przyglądać się zachodzącym zmianom i zamierzają wejść w tę rywalizację, choć na innych zasadach niż nas do tego przyzwyczaiły w ostatnich latach. Powrót wizji „amerykańskiej półkuli” żywcem wyjęty z doktryny Monroe (przewrotnie dziś określanej „Donroe”), wcześniejsze naciski na Panamę i ograniczenie tamtejszych chińskich wpływów, uderzenie w Wenezuelę, gdzie ledwo co Nicolás Maduro spotkał się z przedstawicielami Pekinu, duże wsparcie dla Argentyny i Javiera Milei, groźby w kierunku Kolumbii, Kuby, Meksyku… Można wymieniać tak długo, ale widać wyraźnie, że celem są w tym wypadku wszelkie wpływy Chin oraz Rosji, które zaczęły się krystalizować w połowie 2025 roku – wtedy to miały miejsce bardzo głośne deklaracje wsparcia ze strony Pekinu dla Ameryki Południowej w ramach Inicjatywy Pasa i Szlaku.

W tym ujęciu decyzje można odczytywać jako skoordynowaną próbę adaptacji do nowej rzeczywistości, gdzie strefy wpływów zastępują uniwersalny porządek. Trump, poprzez politykę „America First”, dąży do zabezpieczenia zasobów i interesów USA w obliczu rosnącej konkurencji w regionie. Jednak nie ma co ukrywać, że samo „niesienie demokracji” w tym kontekście nie będzie wystarczające. USA będą musiały zaproponować więcej niż Chiny i więcej niż Rosja, być może w formie inwestycji czy przenoszenia części produkcji. Tu obecnie mamy do czynienia z pustką, którą mocarstwa chcą zapełnić, a stawką są nie tylko wpływy polityczne w tak newralgicznym dla USA obszarze, ale też ogromne zasoby surowców naturalnych w Ameryce Łacińskiej.

Północ i Europa, czyli szachy na cztery ręce

Ta rozgrywka wydaje się z tego wszystkiego najbardziej interesująca, ponieważ jej wynik zaważy nie tyle o relacjach politycznych Waszyngtonu i europejskich stolic, co zadecyduje także o przyszłości samego Paktu Północnoatlantyckiego. Rok temu już starałem się wskazać, że „w tym szaleństwie” na temat przejęcia Grenlandii przez Stany Zjednoczone jest metoda. Nie jest to jakiś „imperialny” wymysł prezydenta Trumpa (choć z pewnością ego nakazuje mu zapisać się w historii USA), ale też kalkulacja w kontekście przyszłości Oceanu Arktycznego, surowców naturalnych i kontroli obecnych (na razie skromnych) oraz przyszłych szlaków handlowych. Zwłaszcza w świetle tego, że najdłuższą linię brzegową w Arktyce posiada obecnie Federacja Rosyjska.

Obok tego toczy się także gra samej Europy, która niejako szuka swojego miejsca w tej rozgrywce. Z jednej strony chce zachowania status quo i spójności świata zachodniego. Z drugiej chciałaby wybić się na niezależność, ale bez ponoszenia znaczących kosztów. Z jeszcze innej strony musi oprzeć się silnym wpływom chińskim, rosyjskiemu zagrożeniu oraz wewnętrznym konfliktom w Unii Europejskiej, których nie da się zażegnać kolejnymi rozwiązaniami biurokratycznymi.

Co prawda Unia stara się łatać te problemy programowymi „kompasami”, tworzeniem koalicji chętnych dla Ukrainy, czy też prężeniem muskułów wobec USA (niekiedy nawet bardziej niż względem Rosji, jeśli spojrzeć na relację w czasie), ale być może problem leży w priorytetach politycznych, gdzie akcenty zostały postawione nie na to, na co powinny. Waszyngton chciałby z pewnością widzieć w Europie partnera, co zresztą sam podkreślił w swojej strategii bezpieczeństwa, ale zauważa też liczne problemy: demografię, kłopoty z niekontrolowaną migracją, nadmierną regulację itd.

Chiny i Rosja z pewnością mają dla Europy „swój” plan. Moskwa przede wszystkim chciałaby wrócić do grona europejskich rozgrywających nie tylko jako mocarstwo w Europie Wschodniej i Środkowej, ale też jako pełnoprawny partner gospodarczy dla Europy. A historia już kilkukrotnie pokazała, że choć rosyjskie jabłko jest zatrute, to kusi dostępnością, ceną i łatwością pozyskania. Z kolei Chiny wciąż mają z tyłu głowy wizję powrotu Inicjatywy Pasa i Szlaku, która przez wojnę na Ukrainie została odłożona do szuflady, ale nie zakopana.

Amerykańska amortyzacja zmian. Czy się uda?

W tym gąszczu nowych współzależności i zmian amerykańska administracja zdaje sobie sprawę, że trudno będzie jej wrócić do statusu niekwestionowanego hegemona. Niemniej widać, że Waszyngton stara się zamortyzować zachodzące przeobrażenia. Rodzi się jednak pytanie, czy te działania okażą się skuteczne. Ile będzie w nich skrupulatnie przygotowanego planu, który pozwoli powstrzymać chińsko-rosyjskie ambicje, a ile chaotycznego miotania się od ściany do ściany i próby zatrzymania zmian, które już nabrały niekontrolowanej prędkości?

„Chiny – Ciasto Trzech Króli… i Cesarzy”, francuska karykatura polityczna z 1898 roku.
„Chiny – Ciasto Trzech Króli… i Cesarzy”, francuska karykatura polityczna z 1898 roku.
Autor. Wikimedia Commons
PROGNOZA 2026 | Jakie drony na Ukrainie? | Flota cieni na Bałtyku | Defence24Week #142
Reklama