Geopolityka

Stawka większa niż Afrin? Ryzykowna gra Turcji o przyszłość Syrii [WYWIAD]

Fot. kkk.tsk.tr
Fot. kkk.tsk.tr

Turcy stworzyli pas, który władze nazywają „strefą bezpieczeństwa”. W niektórych miejscach sięga ona 4 km, a w innych 10 km w głąb Syrii. Następnym celem ma być oblężenie samego miasta Afrin – powiedział w rozmowie z Defence24.pl Karol Wasilewski, ekspert Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych.

Operacja "Oliwna Gałązka" (skierowana przeciwko Kurdom w północnej Syrii - przyp. red.) trwa już ponad miesiąc. W jakim stopniu tureckim władzom udało się zrealizować jej cele?

Karol Wasilewski: Aby mówić o realizacji celów, należy najpierw je zdefiniować. Jeśli posłuchamy tego, co mówią Turcy, operacja ma mieć cztery etapy, ale nie do końca wiemy, na czym ma polegać ostatni z nich. W obecnej fazie działań tureckiej armii udało się wejść do prowincji Afrin po to, żeby rozciągnąć obronę Ludowych Jednostek Samoobrony (kurd. Yekîneyên Parastina Gel, YPG - przyp. red.). W efekcie Turcy stworzyli pas, który władze nazywają „strefą bezpieczeństwa”. W niektórych miejscach sięga ona 4 km, a w innych 10 km w głąb Syrii. Następnym celem ma być oblężenie samego miasta Afrin. Jeśli przyjrzymy się celom długofalowym, to od początku widać, że Turkom zależało przede wszystkim na zajęciu nie tylko miasta Manbidż, lecz także na wypchnięciu YPG na drugi brzeg Eufratu. Natomiast wątpliwość co do ostatniego etapu bierze się stąd, że sam Tayyip Erdoğan – obecnie nieco na wyrost – mówi o operacji, która ma sięgać aż do granic Iraku.

Dlaczego Turkom zależy na zajęciu akurat miasta Manbidż? 

I tu wchodzimy w kolejny cel tej operacji. Tym, co naprawdę wysunęło się na czoło celów „Gałązki oliwnej” w ostatnich tygodniach, jest wysłanie sygnału do Stanów Zjednoczonych, odstraszenie ich od Manbidż i skłonienie do zmiany strategii w Syrii, a konkretniej do porzucenia współpracy z YPG na rzecz kooperacji z Turcją. Obok usunięcia z obszaru przygranicznego sił kurdyjskich, Ankara chce wysłać jasny komunikat do USA i wywrzeć na nie nacisk w związku z amerykańskimi działaniami wobec Kurdów. 

undefinedFot. Kurdishstruggle/Flickr, CC BY 2.0

Było to szczególnie widać przed lutową wizytą Rexa Tillersona w Turcji - tureckie władze mocno podgrzewały przed nią atmosferę. Turecki minister spraw zagranicznych Mevlüt Çavuşoğlu mówił, że to jest punkt przełomowy, bo albo po wizycie amerykańskiego sekretarza stanu dojdzie do poprawy relacji, albo do całkowitego ich załamania. Po wizycie Tillersona tureccy decydenci utrzymują antyzachodnią retorykę, ale po pierwsze doszło do jej złagodzenia (przynajmniej jak na tureckie standardy), a po drugie Ankara wysłała do Waszyngtonu komunikat, że w tej rozgrywce piłka jest po stronie Amerykanów. 

Obserwując działania w Afrin można powiedzieć, że turecka armia wyciągnęła wnioski z operacji „Tarcza Eufratu”? 

Jesteśmy na etapie, na którym nie mamy całościowego obrazu operacji, zatem trudno to ocenić. Jeśli jednak spojrzymy wyłącznie na wycinek, który został nam zaprezentowany do tej pory, to rzeczywiście można odnieść wrażenie, że elementy tzw. Wolnej Armii Syryjskiej, wspierane przez Turcję, prawdopodobnie otrzymały jakieś przeszkolenie na terytorium, na którym miała miejsce operacja „Tarcza Eufratu”. To skłaniałoby do stwierdzenia, że wnioski zostały wyciągnięte.

Jak wspomniałem, na tym etapie Turkom udało się zrealizować pierwszy cel, czyli rozciągnąć siły YPG. Ale tutaj zaczną się schody, bo to, że kurdyjskie siły zostały rozciągnięte, to, że tureckie siły są w kilku miejscach i zmierzają do miasta Afrin, oznacza również, że mają do zabezpieczenia tyły i boki. Powstaje zatem pytanie, czy armii uda się to wykonać. I tutaj właśnie to, co wydaje się pierwotnym sukcesem, łatwo może stać się problemem. 

Wydaje się, że tempo operacji zwolniło, a wojska posuwają się dość powoli.

To prawda. Turcy tłumaczą to tym, że starają się maksymalnie ograniczyć ofiary cywilne. Twierdzą wręcz, że nie ma ofiar cywilnych, co jest wątpliwe, chociażby z tego względu, że chyba żadne państwo nie znalazło jeszcze sposobu, aby prowadzone przez nie bombardowania były w 100 proc. precyzyjne. Inne zdanie na ten temat mają również organizacje międzynarodowe – np. Syryjskie Obserwatorium Praw Człowieka twierdzi, że od początku „Gałązki oliwnej” śmierć poniosło ok. 150 cywilów.

Jeśli Turcy rzeczywiście dążą do tego, aby oblegać miasto Afrin, to zacznie się kampania miejska. Turcy twierdzą, że w tym przypadku zostaną wykorzystane policja, żandarmeria i jednostki wojsk specjalnych, które mają doświadczenie z prowadzenia tego typu operacji na terytorium południowo-wschodniej Turcji. Dodatkowym czynnikiem jest to, że operacje miejskie wiążą się z reguły z bardzo dużymi stratami, również ze stratami wśród cywilów. To może być problem dla Turcji, bo operacja przeciąga się i tzw. społeczność międzynarodowa patrzy na nią niechętnie. Co więcej, jakie będą koszty wizerunkowe dla Turcji gdy okaże się, że w Afrin ginie większa liczba cywilów, niż zakładają Turcy? Wyobraźmy sobie np. że sprawą zajmie się Rada Bezpieczeństwa. To byłby duży koszt dla Turcji. Krótko mówiąc, im dłużej trwa ta operacja, tym bardziej wzrasta ryzyko, że jej koszty będą trudne do zaakceptowania.

Do tej pory wydaje się, że żadna ze stron zaangażowanych w konflikt w Syrii nie jest nastawiona pozytywnie do tureckiej operacji w Afrin. Czy takie położenie nie ogranicza pola działania Turcji?

Po pierwsze, wydaje się, że Turcja była gotowa zaakceptować taki koszt operacji w Afrin. Zdecydowała się na rozpoczęcie „Gałązki oliwnej”, bo najwyraźniej uznała, że musi to zrobić, aby liczyć się w grze o przyszłość Syrii. Co więcej, od dłuższego czasu tureccy decydenci sygnalizowali, że przeprowadzą operację w Afrin, ponieważ postrzegają umocnienie się tam YPG jako zagrożenie egzystencjalne. A w takich sytuacjach koszty związane z oporem innych państw schodzą z reguły na dalszy plan. Dlatego też jestem sceptyczny wobec dominujących opinii, że Turcja nie zdecydowałaby się na operację w Afrin bez „zielonego światła” ze strony Rosji. Moskwa z pewnością mogła utrudnić Turcji kampanię – chociażby przez zamknięcie przestrzeni powietrznej dla tureckich myśliwców – ale byłbym ostrożny wobec twierdzenia, że była w stanie ją powstrzymać. Takie postrzeganie sprawy byłoby zresztą głębokim niedocenianiem tureckiej kultury strategicznej, która wskazuje, że jeśli Turcy postrzegają coś jako zagrożenie egzystencjalne lub po prostu zagrożenie dla integralności terytorialnej, są w stanie podjąć zdecydowane działania (o czym Rosjanie się zresztą przekonali przy okazji zestrzelenia myśliwca w 2015 r.).

undefinedFot. kkk.tsk.tr

Po drugie, gdy spojrzymy na zachowanie najważniejszych aktorów, to możemy dojść do wniosku, że początkowo nie było ono tak jednoznaczne. Z jednej strony nie da się zdecydowanie i z całą pewnością powiedzieć, że Rosja poparła działania Turcji w Afrin, z drugiej zaś trudno jednoznacznie stwierdzić, że starała się im zapobiec. Amerykanie z kolei mogli być bardziej stanowczy, a jak mantrę powtarzali wezwanie o powściągliwość i apelowali do Turków o niepodejmowanie działań, które będą odciągały uwagę od kampanii przeciw tzw. Państwu Islamskiego. Iran, co prawda, od początku sygnalizował sprzeciw, ale wielu ekspertów twierdziło, że jest to mało przekonujące (co być może wynikało ze świadomości Irańczyków, że mieli ograniczone możliwości powstrzymania Turków). Z kolei NATO, np. ustami Jensa Stoltenberga, wskazywało, że Turcja ma prawo do obrony swojego bezpieczeństwa, choć z czasem było widać, że kampania w Afrin wywołuje mieszane uczucia w państwach członkowskich (zwłaszcza w Niemczech, w których rozpoczęła się dyskusja na temat moralnego aspektu sprzedaży broni Turcji).

Ciekawe jest jednak to, że rzeczywiście z czasem różne państwa coraz wyraźniej akcentowały krytycyzm wobec „Gałązki oliwnej”. Najbardziej interesujące wydaje się to, gdy spojrzymy na ostatnią rezolucję Rady Bezpieczeństwa ONZ. Nagle takie państwa jak Rosja, Francja, Stany Zjednoczony czy Niemcy zgodnie wskazywały, że rezolucja odnosi się również do Afrin. I wydaje mi się, że to jest właśnie coś, co rzeczywiście może ograniczać Turcji pole manewru, chociażby w kontekście kwestii humanitarnych, o których rozmawialiśmy.

Ostatnio pojawiły się głosy sugerujące, że istniej ryzyko konfrontacji amerykańsko-tureckiej w Manbidż. 

Jest to mało prawdopodobne, chociaż taka możliwość teoretycznie istnieje. Moim zdaniem znamienne jest jednak samo to, że w ogóle rozważamy, czy taki scenariusz byłby możliwy. Trzeba przyznać, że tego typu spekulacje i zasadniczo napięcia turecko-amerykańskie to bardzo nietypowa rzecz jak na relacje sojusznicze.

Wracając jednak do Manbidż: teraz pozostaje pytanie, co zrobią Amerykanie. Niektórzy obserwatorzy zawracają uwagę na to, że ostatnia wizyta Tillersona w Turcji pokazała, że Ankara i Waszyngton nie są gotowe na katastrofę we wzajemnych relacjach. To rzeczywiście pozwala sądzić, że Turcy i Amerykanie przynajmniej spróbują znaleźć kompromis wokół Manbidż. A taki kompromis stanowiłby też dobrą furtkę dla prezydenta Erdoğana – jeśli przekonałby Amerykanów do swoich poglądów, mógłby zaprezentować to swoim wyborcom jako sukces. To zaś mogłoby pozwolić mu na ewentualne zakończenie kampanii przed osiągnięciem tego deklarowanego czwartego etapu, o którym mówiliśmy na początku.  

Co zatem mogłoby skłonić Turcję do podjęcia takiej decyzji?

Obecnie w amerykańskiej administracji jest dyskutowana turecka propozycja: wycofanie się YPG z Manbidż i ustanowienie wspólnej amerykańsko-tureckiej kontroli nad tym obszarem. Departament Stanu opowiada się za współpracą z Turcją i za tym, aby jej nie antagonizować, ale Departament Obrony i amerykańscy dowódcy, którzy mają lepsze rozeznanie w sytuacji w Syrii, są nieco mniej pozytywnie nastawieni do Turcji. Rozwiązanie kwestii Manbidż na pewno przyczyniłoby się do rozluźnienia napięć turecko-amerykańskich i dałoby Erdoğanowi potrzebny na użytek wewnętrzny argument, że „Gałązka oliwna” zakończyła się sukcesem.

Na marginesie, to jak poważny kłopot stanowi dla Amerykanów Turcja, pokazuje tocząca się w Kongresie dyskusja o nałożeniu na to państwo sankcji. Jest to pochodna szerszego problemu – nie dotyczy wyłącznie działań w Syrii, ale wiąże się zasadniczo ze stanowiskiem Turcji wobec Stanów Zjednoczonych i generowaną przez to dyskusją, czy Turcję nadal można uważać za sojusznika, czy może to państwo generuje zbyt dużo kosztów. To m.in. kwestia rzekomej decyzji Turków o zakupie systemu S-400 od Rosji, który jest problematyczny dla NATO, chociażby dlatego, że będzie godził w sojuszniczą politykę odstraszania. Jest też kwestia, która w relacjach turecko-amerykańskich jest jednym z największych problemów – sprawa Rezy Zarraba. To turecki biznesmen, który zeznawał przed amerykańskim sądem, przyznając się do omijania sankcji na Iran i twierdząc, że miał na to przyzwolenie tureckich polityków. Do tego dochodzą amerykańscy obywatele aresztowani przez tureckie władze za rzekome związki z Gülenem czy wreszcie sprawa samego muzułmańskiego duchownego, na którego ekstradycję Amerykanie wciąż nie wyrazili zgody. 

Jest ryzyko, że Kurdowie odwrócą się od USA i poszukają współpracy z innym partnerem, np. z Rosją?

Niektórzy analitycy twierdzą, że to, co zrobiła Rosja w odniesieniu do „Gałązki oliwnej” było świadomym działaniem z jej strony i miało na celu popchnięcie Kurdów w kierunku jej i Asada. Miał to być sygnał, że Amerykanie nie są dobrym sojusznikiem, oczywiście w przeciwieństwie do Rosji i syryjskiego dyktatora. Nie jest to twierdzenie takie bezpodstawne, bo Kreml prowadzi aktywną polityką kurdyjską, często doprowadzając Turcję do furii. Ostatnio możemy zaobserwować bardzo ciekawy trend, że niemal za każdym razem, gdy dochodzi do jakiegoś pozytywnego wydarzenia między Turcją a USA, Rosjanie wyciągają kartę kurdyjską. I tak np. po rozmowie telefonicznej między Erdoğanem a Trumpem nagle usłyszeliśmy z Moskwy, że Rosja nie uważa PKK za organizację terrorystyczną, a ostatnio, po wizycie Tillersona w Ankarze, media rosyjskie zaczęły rozpowszechniać przekaz, że w trakcie kampanii w Afrin Turcy mieli rzekomo użyć broni chemicznej.

undefinedFot. The White House/Flickr, Domena Publiczna

Pozostaje oczywiście pytanie, co z tym wszystkim zrobi YPG. A jeśli spojrzymy na działania zarówno jej, jak i jej politycznego ramienia, czyli Partii Unii Demokratycznej (kurd. Partiya Yekîtiya Demokrat, PYD – przyp. red.), zauważymy, że przez lata starali się dokonać bardzo trudnej rzeczy – prowadzić swoją politykę tak, aby oni, jako podmiot zdecydowanie mniejszy, nie byli rozgrywani przez USA i Rosję. I długo im się to udawało. Wiadomo było jednak, że taki stan nie będzie trwał wiecznie i, chociażby w związku z „Gałązką oliwną”, chyba zbliżamy się do momentu, gdy PYD będzie się musiała na coś zdecydować. Czy jednak będzie to oznaczało ściślejszą współpracę z Rosją? Tak nakazywałaby myśleć najprostsza matematyka. Podejrzewam jednak, że bardzo dużo w tej materii będzie zależało od działań Amerykanów i tego, czy uda im się dokonać czegoś, co obecnie wydaje się dyplomatyczną niemożliwością – znalezienia takiej formuły współpracy, która satysfakcjonowałaby i Turcję, i YPG/PYD. Wiele w tej materii powinien wyjaśnić marzec, bo właśnie teraz Amerykanie i Turcy mają rozważać kwestię Manbidż.

Zgodzi się Pan z tezą, że do tej pory największymi zwycięzcami konfliktu w Syrii są Iran i Rosja? 

Rosja jest mocarstwem oportunistycznym, które doskonale wykorzystuje nadarzające się okazje i przy relatywnie małych nakładach odnosi spore sukcesy. Amerykanie stworzyli na Bliskim Wschodzie strategiczną próżnię i Rosjanie rzeczywiście starają się to wykorzystywać. Przykładem są choćby działania Rosji w kontekście relacji między Turcją a USA. Kreml wykorzystuje amerykańsko - tureckie napięcia, żeby zrealizować absolutnie podstawowy cel swojej polityki bezpieczeństwa, czyli osłabienie i rozbicie NATO.

Aby zweryfikować tezę o zwycięstwie Rosji, należy ocenić, czy udało się jej zrealizować swoje cele wobec Syrii. Wiemy, że celem regionalnym było przetrwanie reżimu w Damaszku –niekoniecznie z Asadem jako przywódcą, ale takiego, który satysfakcjonowałby Rosję. Tutaj, przynajmniej na tę chwilę, jest sukces, bo Asad zwiększył kontrolę nad Syrią. Jeśli jednak weźmiemy pod uwagę, że ten cel regionalny ma służyć osiągnieciu celu globalnego – porozumieniu z USA na rosyjskich warunkach – to tutaj jak na razie nie widać sukcesu.

Jeśli chodzi o Iran, to na tym etapie wydaje się on największym zwycięzcą konfliktu w Syrii. Ale ten sukces, w związku z problemami Iranu, może szybko obrócić się w pył. Po pierwsze, nakłada się na to kwestia porozumienia nuklearnego i podejścia administracji Trumpa, który – delikatnie mówiąc – jest niechętny JCPOA. Po drugie, kwestia naprawdę bardzo poważnych problemów wewnątrz Iranu – zarówno napięć w elitach politycznych, jak i kłopotów gospodarczych. Te kwestie, jeśli rozstrzygną się w sposób niesprzyjający dla obecnych irańskich władz, mogą spowodować, że sukces w polityce zagranicznej okaże się nie do utrzymania.

Dziękuję za rozmowę.


Karol Wasilewski - Analityk ds. Turcji w Polskim Instytucie Spraw Międzynarodowych. Doktorant na Wydziale Nauk Politycznych i Studiów Międzynarodowych Uniwersytetu Warszawskiego. Absolwent studiów I i II stopnia w Instytucie Stosunków Międzynarodowych Uniwersytetu Warszawskiego (specjalizacja dyplomacja współczesna) oraz studiów I stopnia na Wydziale Orientalistycznym (kierunek turkologia). Były ekspert ds. Turcji (2014-2016) i prezes (2016) Centrum Inicjatyw Międzynarodowych. Autor książki „Turecki sen o Europie – tożsamość zachodnia i jej wpływ na politykę zagraniczną Republiki Turcji”.

Jeśli jesteś przedstawicielem wybranych instytucji zajmujących się bezpieczeństwem Państwa przysługuje Ci 100% zniżki!
Aby uzyskać zniżkę załóż darmowe konto w serwisie Defence24.pl używając służbowego adresu e-mail. Po jego potwierdzeniu, jeśli przysługuje Tobie zniżka, uzyskasz dostęp do wszystkich treści na platformie bezpłatnie.