Reklama
Reklama
  • ANALIZA

Irańska polityka w Syrii po starciu z Izraelem. Moment na ofensywę? [ANALIZA]

Fot. kremlin.ru
Fot. kremlin.ru

Zestrzelenie przez izraelskie lotnictwo bezzałogowca należącego najprawdopodobniej do Iranu oraz atak na irańskie instalacje wojskowe w Syrii jeszcze bardziej zwiększyły napięcie pomiędzy Jerozolimą a Teheranem. Bez wątpienia osiągnęło ono wyższy niż wcześniej poziom – biorąc pod uwagę wzajemną wrogość i związane z tym emocje nie sposób wykluczyć wybuchu walk pomiędzy stronami. Zwłaszcza, że jak najszybsze wzmocnienie własnej pozycji jest teraz dla Iranu szczególnie ważne. 

Otwarta wojna pomiędzy Izraelem a Iranem wydaje się jednak bardzo mało prawdopodobna – nie jest ona bowiem ani w interesie Izraela, ani Iranu, dla którego obecnym celem priorytetowym w regionie jest nie tylko utrzymanie, ale i zwiększenie wpływów w Syrii. Wojna w tym kraju zdaje się bowiem wchodzić w nową fazę – powolnego rozstrzygnięcia, co oznacza, że czas na wzmocnienie swej pozycji dobiega końca.

Na wstępie warto nadmienić, że strona irańska kategorycznie zaprzeczyła jakoby jej bezzałogowiec operował w Syrii oraz tym bardziej, aby został zestrzelony. Nie potwierdzono także doniesień, jakoby kilkanaście irańskich celów na terytorium Syrii zostało zniszczonych w izraelskim nalocie – w odpowiedzi na te prasowe doniesienia Teheran określił Izraelczyków „kłamcami” oraz stwierdził, że to syryjska armia przechwyciła izraelskiego bezzałogowca. Jeśli przyjmiemy, że strona irańska mija się z prawdą, to wydarzenie trudno uznać za precedens – Izraelczycy już w przeszłości atakowali cele irańskie w Syrii. Dość wymienić wystrzelenie w grudniu 2017 roku kilku pocisków na bazę niedaleko miasta Al-Kiswa w południowej Syrii. W 2015 roku Izraelczycy w nalocie zabili kilku irańskich żołnierzy, w tym jednego generała. Izrael atakował też konwoje z bronią dla sił syryjskich i Hezbollahu – wiele z nich pochodziło z Iranu.

Jedyne, co wyróżnia ostatni atak, to jego skala. Również samo zestrzelenie izraelskiego F-16 trudno uznać za wydarzenie w jakikolwiek sposób przełomowe, z którego należy wyciągać głębokie przemyślenia. Nie jest to tym bardziej „początek nowej ery strategicznej”, jak ogłosił Hezbollah – izraelskie lotnictwo nadal będzie bombardować cele w Libanie i Syrii, a utrata jednego odrzutowca nic tutaj nie zmienia.

Irańskie cele w Syrii

Ostatnie uderzenie Izraelczyków na cele w Syrii to próba zmniejszenia wpływów Iranu w tym kraju. Bez wątpienia na płaszczyźnie taktycznej można mówić o sukcesie – według źródeł izraelskich syryjskie siły utraciły w wyniku nalotu baterie Buk i S-200. Zniszczono syryjskie radary oraz część irańskiej infrastruktury. Zdolność Iranu do wysyłania dronów rozpoznawczych nad terytorium Izraela została ograniczona, przynajmniej na jakiś czas. Czy w perspektywie długofalowej coś się zmieni? Raczej nie.

Izraelczycy uważają, że Irańczycy są coraz aktywniejsi w Syrii. Jednym z dowodów na potwierdzenie tych doniesień ma być zwiększenie obecności i rozbudowa infrastruktury w południowej Syrii oraz w Libanie, co jest wymierzone przede wszystkim w Izrael. Warto w tym miejscu nadmienić, że według libańskiej prasy, zbliżonej do Hezbollahu, na terytorium Syrii Hezbollah rozmieścił już 70 tysięcy rakiet zdolnych razić cele w Izraelu. Doniesień tych potwierdzić oczywiście nie można, podobnie jak informacji o wsparciu, jakie armia syryjska ma ponoć zapewniać Irańczykom i Hezbollahowi w ukrywaniu wyrzutni. Łączna liczba rakiet według tegoż źródła ma osiągnąć w ciągu kolejnych 12 miesięcy 500 tysięcy. Z kolei strona irańska oficjalnie poinformowała, że Hezbollah ma obecnie wymierzonych w „syjonistyczny reżim” 100 tysięcy rakiet. Jeden z przedstawicieli Korpusu Strażników Rewolucji, który pozostaje główną irańską siłą w Syrii, stwierdził natomiast w ubiegłym roku, że połączone siły Iranu i Hezbollahu już teraz są w stanie zniszczyć Izrael w ciągu... ośmiu minut.

Doniesienia te są mocno przesadzone. Liczba rakiet jest zapewne dużo mniejsza. Niemniej jednak raporty pozostają w zgodzie z założeniami irańskiej doktryny zwiększania obecności w południowej Syrii, aby utworzyć korytarz logistyczny od Iranu poprzez Irak aż do Libanu. Stała obecność wojskowa, o którą zabiega Iran, ma ułatwić transport broni, zaopatrzenia oraz doradców wojskowych dla szyickiego Hezbollahu w Libanie (a obecnie także i w Syrii) oraz w mniejszym stopniu dla Palestyńczyków w Strefie Gazy (ci są przez Iran zaopatrywani głównie przez Morze Czerwone i Synaj). W dłuższej perspektywie Iran mógłby otworzyć w Syrii zakłady produkujące lub montujące broń, w tym lekką i rakiety, co ułatwiłoby zwiększanie potencjału bojowego przeciwko Izraelowi.

Rozmieszczenie dużej liczby rakiet na tym terytorium pozwoliłoby Teheranowi zrealizować jeszcze jeden cel – zwiększyć presję na Izrael, co osłabiłoby zdolność tego państwa do prowadzenia ewentualnych akcji ofensywnych przeciwko Iranowi. Zagrożony rakietami z terytorium Strefy Gazy, Libanu, południowej Syrii oraz być może w przyszłości także z Zachodniego Brzegu, Izrael musiałby nie tylko musiał przeznaczać większe sumy na obronę własnego terytorium, ale także zostałby zmuszony brać pod uwagę retorsje ze strony Teheranu w razie próby atakowania Iranu. Co więcej, zwiększenie militarnej, politycznej i psychologicznej presji na Izrael wpłynęłoby również na interesy Stanów Zjednoczonych, a te są ciągle wrogiem numer jeden dla Iranu (filozofia irańska sprowadza się bowiem do założenia – skoro nie można atakować Stanów Zjednoczonych to należy atakować jego interesy i sojuszników). Należy jednak mieć na uwadze, że Iran nie chce wojny z Izraelem – jest od tego państwa co prawda dużo większy pod względem geograficznym i ludnościowym, ale militarnie i gospodarczo dużo słabszym. W odróżnieniu od Izraela nie posiada także broni jądrowej. Celem Iranu jest osłabianie Izraela, zwiększanie presji (chociażby poprzez wysyłanie dronów nad jego terytorium) oraz prowadzenie konfliktu o niskiej intensywności działań, co zakłada ataki poniżej progu wojny.

Niezależnie czy uznać, że obecność polityczno-militarna w Syrii wynika z kalkulacji ofensywnych (ekspansja Iranu w regionie), czy defensywnych (przesunięcie pierwszej linii obrony swojego terytorium możliwie daleko poza własne terytorium) – kwestia na nadal różni ekspertów od Iranu – to Teheran będzie chciał zachować swoje budowane od kilku lat wpływy w Syrii. W interesie Teheranu niezmiennie jest zachowanie prezydenta Baszszara al-Asada u władzy, co różni Irańczyków od Rosjan, dla których nie jest to warunek konieczny w perspektywie powojennej Syrii. Iran chce jednocześnie na tyle zwiększyć swoją pozycję w kraju, aby po zakończeniu wojny al-Asad pozostał od Teheranu zależny – stąd też tak duże zaangażowanie w tworzenie szyickich bojówek i sił paramilitarnych zamiast pełnej koncentracji na wzmacnianiu syryjskich sił rządowych, bowiem te są wierne Damaszkowi, a nie Teheranowi. Wzmożona budowa instalacji wojskowych następuje teraz, co nie jest przypadkiem – z jednej strony pozwalają one wspierać wysiłek wojenny przeciwko siłom antyrządowym w Syrii (ale jednocześnie nękać Izrael), ale Iran myśli już o kolejnym etapie - mają one zapewnić Iranowi wspomnianą pozycję w kraju po wojnie, która kiedyś się skończy. Buduje się je teraz, gdy al-Asad nie może odmówić, bo jest zbyt słaby i potrzebuje każdego sojusznika.

Moment na ofensywę

Jak najszybsze wzmocnienie własnej pozycji jest teraz dla Iranu szczególnie ważne z dwóch zasadniczych powodów. Po pierwsze wewnętrznych. Operacja w Syrii, w odróżnieniu od zaangażowania w Iraku, jest w kraju bardzo kontrowersyjna i różnie oceniana przez społeczeństwo. Nawet część żołnierzy Korpusu Strażników Rewolucji nie chce walczyć w Syrii – pisała o tym swego czasu irańska prasa. Iran przekroczył swój Rubikon – zainwestował w Syrii zbyt wiele, by się wycofać lub przegrać. Tym bardziej, ze czas ucieka, a niedawne protesty społeczne w Iranie pokazały, że Irańczycy bez końca nie będą tolerować udziału swego państwa w syryjskiej zawierusze kosztem inwestycji we własny kraj.

Drugi powód ma wymiar międzynarodowy – irańscy partnerzy w Syrii, Turcja i Rosja, walczą o realizacje własnych interesów i w ostatecznym rozrachunku te irańskie mogą być zignorowane przez dotychczasowych partnerów – współpraca w Syrii ma bowiem wymiar taktyczny, a nie strategiczny. Planowany na marzec szczyt trzech państw w Stambule ma zmniejszyć napięcie i nieufność, ale bez wątpienia nie zlikwiduje całkowicie obiektywnych różnic. Pomimo zapowiedzi pomiędzy Rosją, Turcją a Iranem panuje nieufność i świadomość, że każdy martwi się o siebie i swoje cele. Istniejące napięcia pomiędzy Moskwą a Ankarą, czego jedną z ilustracji jest Idlib, doskonale to pokazują.

Iran chce więc tym samym wykorzystać dogodny moment, by wzmocnić się w Syrii i w niej pozostać – istniejąca szansa to nie tylko słabość al-Asada, który nie może się temu przeciwstawić, ale także to efekt nieobecności Stanów Zjednoczonych oraz ciche przyzwolenie Władimira Putina na takie działania, który póki co nie próbuje ograniczyć Irańczyków w ich ambicjach. To zielone światło nie będzie jednak trwać w nieskończoność – Iran ma tego świadomość. Do tego doliczyć należy nie tak dobre relacje irańsko-tureckie. Choć w pierwszym momencie Iran wstrzemięźliwie zareagował na turecką ofensywę w Afrin, to wkrótce prezydent Hasan Rouhani oficjalnie wezwał Ankarę do jej zaprzestania. Teheran krytycznie podchodzi do jakiejkolwiek obecności sił tureckich w Syrii – zdaniem Iranu na terytorium syryjskim mogą znajdować się jedynie te wojska, które zaprosił rząd prezydenta al-Asada. Co więcej, Irańczycy obawiają się, że doprowadzi to do radykalizacji Kurdów – nie tylko syryjskich, ale także irackich i irańskich. Turecka ofensywa może doprowadzić do pankurdyjskiego powstania zbrojnego, a z perspektywy bezpieczeństwa Iranu jakiekolwiek niepokoje etniczne są dla wewnętrznie podzielonego kraju śmiertelnie niebezpieczne.

Symptomów napięcia irańsko-tureckiego z powodu wydarzeń w Syrii jest ostatnio kilka. Irańskie media oskarżyły Turków o użycie w Afrin broni chemicznej, co jeszcze bardziej zaogniło relacje irańsko-tureckie. Z kolei na łamach tureckiej prasy wypowiedział się przedstawiciel rządzącej w Turcji partii AKP, który oskarżył Iran o podsycanie konfliktu poprzez wspieranie szyitów kosztem sunnitów. Takie słowa i nieuniknione pękanie osi Moskwa-Ankara-Teheran może oznaczać, że wojna w Syrii wchodzi w decydującą fazę, kiedy to jednoczący sojuszników wrogowie tracą na znaczeniu, a dotychczasowi partnerzy zaczynają koncentrować się na własnych, partykularnych interesach. Jeśli tak faktycznie jest to Iran obok Rosji można uznać za największych zwycięzców dotychczasowego starcia.

Zobacz również

Reklama

Polecane

czytaj więcej

Wojna na Ukrainie

Zobacz także

Mogą Cię zainteresować