Geopolityka

NATO daje odpór Rosji. Będzie inwazja? [KOMENTARZ]

Od lewej: wiceminister obrony Rosji Aleksander Fomin, wceszef MSZ Rosji Aleksander Gruszko, sekretarz generalny NATO Jens Stoltenberg
Fot. NATO

Za nami kilka dni pełnych napięcia, generowanego przez wizję najpierw bilateralnych rozmów amerykańsko-rosyjskich, a następnie spotkania w formacie NATO-Rosja. Napięcie wzmacniały pytania o spójność relacji transatlantyckich w obliczu kolejnego wyzwania dla bezpieczeństwa europejskiego, pochodnej mało transparentnej koncentracji wojsk rosyjskich na granicy z Ukrainą. Czy Zachód wychodzi z tego maratonu pokonany, czy jednak w przyszlość patrzy z większym optymizmem, jeśli chodzi o diagnozę własnych możliwości działania?

Na wstępie należy zaznaczyć, iż ważną, a może najważniejszą konkluzją ostatnich dni jest stwierdzenie, że Rosja gra i grać będzie zgodnie z własnymi zasadami. Czyli nie stroniąc od zastraszania innych aktorów międzynarodowych, przy użyciu siły militarnej czy surowcowej. Jak również poprzez próby skłócenia innych państw między sobą czy też budowanie nawet najbardziej skrajnych nastrojów i ich odpowiednie animowanie w innych społeczeństwach. Tak samo miało być w aspekcie koncentracji wojsk przy granicy z Ukrainą i dodania do tego szantażu gazowego wobec państw europejskich, który widzimy na przełomie 2021/2022 r. Dzieje się tak, gdyż rzeczywisty zasób możliwości działania systemu władzy stworzonego w Rosji jest ograniczony. Przede wszystkim dlatego, że w porównaniu do Zachodu, ale też Chińskiej Republiki Ludowej Rosja nie może działać w oparciu o efekty sprawnego systemu ekonomicznego. Problematyczna jest też sfera oferty ideologicznej, mogącej przyciągać innych. Pozostaje więc, klasycznie, jedynie potencjał militarny (lecz już nie ten sam co w przypadku ZSRS) i surowcowy (lecz już też nie ten sam, co w latach ubiegłych) i właśnie możliwość prowadzenia gier polityczno-dyplomatycznych.

Jednocześnie zakres rosyjskich ambicji i resentymentów mocarstwowych nadal pozostaje na bardzo wysokim poziomie. Przecież to prezydent Władimir Putin wielokrotnie wprost mówi o upadku ZSRR jako o największej tragedii geopolitycznej XX w. Stąd też, silna potrzeba ciągłego lokowania się w relacjach ze Stanami Zjednoczonymi, państwami UE czy też Chińską Republiką Ludową w roli przynajmniej równorzędnego mocarstwa. A także pragnienie posiadania zależnych od siebie tzw. stref wpływów. Nie bez przyczyny dyplomacja rosyjska twierdzi, że istnieją bezpańskie państwa w Europie. Stąd też, emocjonalnie i politycznie tak cenne dla Kremla i jego wizji świata było wezwanie Waszyngtonu do bezpośrednich rozmów, tuż po koncentracji wojsk na granicy z Ukrainą. Można jednak wątpić, czy będzie to skuteczne na dłuższą metę. Obecnie, władze z Kremla, wydaje się, przesadziły w swoich żądaniach i w ocenie stanu Zachodu. Wywołaly przy tym niekorzystne z punktu widzenia własnych interesów trendy w regionie.

Za nami bardzo ważne rozmowy amerykańsko-rosyjskie (Genewa), ale przede wszystkim sojusznicze w ramach samego NATO (Bruksela). Te ostatnie wynikały naturalnie z tych pierwszych spotkań bezpośrednio ze stroną rosyjską. Nie osiągnięto jednak żadnych łatwych do zaprezentowania efektów końcowych, które byłyby przydatne biorąc pod uwagę specyfikę dzisiejszych czasów. Gdzie szybkość podawania informacji musi współgrać z jej uproszczonym i łatwym do przyjęcia, a częstokroć sensacyjnym wymiarem. Nie ma miejsca na szarości, ostrożne podchodzenie do wielokrotnie długotrwałych procesów, potrzebna jest jednowymiarowa, prosta i szybka odpowiedź na nawet najbardziej skomplikowane pytania. Trzeba przy tym uznać, że dla interesów rosyjskich to idealne środowisko działania. Pozwala bowiem grać na emocjach, nawet jeśli są one w znacznej mierze efektem własnej gry informacyjnej czy też radykalnego upraszczania sytuacji międzynarodowej przez dane społeczeństwo lub (i) jego elity.

Właśnie to o zaproponowano Amerykanom - stworzenie łatwego do zrozumienia i przyjęcia ciągu przyczynowo-skutkowego. Mówiąc obrazowo - Rosja to potęga militarna, skłonna najechać inne państwo, a więc Rosja pragnie dyskusji z innym mocarstwem i przesunięcia granic stref wpływów. Ciągu łatwego do zrozumienia, ale całkowicie pomijającego inne procesy jakie zaszły i zachodzą przestrzeni regionalnej oraz globalnej. Chociażby w zakresie ugruntowania się wartości sytemu obrony kolektywnej (restauracji tego myślenia zwłaszcza po 2014 r.), ale też większego zrozumienia dla korelacji własnych zdolności wojskowych z przewagą gospodarczą po stronie umownego Zachodu.

Czytaj też

W przypadku obrony kolektywnej, tak jak pisałem już wielokrotnie na łamach Defence24.pl państwa, począwszy od USA, a skończywszy na całej gamie podmiotów europejskich ponownie zauważyły zależność swojego bezpieczeństwa od agregacji siły w ramach relacji sojuszniczych. Było naturalne w okresie zimnej wojny, ale następnie uległo osłabieniu). Nie może więc zaskakiwać, że nawet państwa pozostające poza Sojuszem, dziś wskazują, iż ich odpowiedzią na problemy związane z agresywną polityką Rosji może być zainicjowanie drogi do przestrzeni natowskiej. Z przekąsem można stwierdzić, że gdyby NATO było tak nieskuteczne jak mówią jego krytycy, nie tylko w samej Rosji, to chyba ani Szwecja, ani Finlandia nie rozważałyby takich scenariuszy na poważnie. Tym bardziej nie pojawiayłby się one w ich przestrzeni informacyjnej jako element odpowiedzi na możliwe dalsze pogorszenie się poziomu bezpieczeństwa europejskiego.

Jeśli zaś chodzi o kwestie ekonomiczne, to zauważmy, że nie bez przyczyny tak często w ostatnich dniach mowa jest o mocnej odpowiedzi w zakresie sankcji wobec Rosji. Wbrew pozorom nie powinno to być obiektem drwin, trzeba bowiem pamiętać jakiego rodzaju elita rządzi na Kremlu i jaki ma stosunek do własnego komfortu życia. Nie mamy do czynienia z siermiężnym, internacjonalizmem rewolucyjnym, niezależnym od ponoszonych kosztów. Mamy za to do czynienia z ludźmi uwłaszczonymi na symbiozie aparatu państwa, szczególnie siłowych resortów i tych segmentów gospodarki, które gwarantują największe wpływy (surowce). Obniżenie komfortu życia poprzez sankcje to również zagrożenie dla widzenia władzy przez obywateli, rodzi bowiem pytania o stabilność rządów. Tego zaś Kreml obawia się częstokroć bardziej niż nawet przysłowiowych czołgów czy rakiet. Stąd mamy taką, a nie inną narrację wokół „kolorowych rewolucji" i tak szybką reakcję na wydarzenia, takie jak w przypadku Kazachstanu.

Czytaj też

Pytaniem otwartym pozostaje na ile daliśmy sobie wmówić obraz władz rosyjskich, jako zdolnych do agresji za wszelką cenę. Cenę poniesioną przede wszystkim w wymiarze ich pozycji wewnątrz kraju. Bowiem nawet ekstaza związana z nielegalnym przejęciem Krymu nie wystarczyła do całkowitego przykrycia wielu lat obciążeń związanych z tym faktem. Nie należy jednocześnie zapominać, że Moskwa rzeczywiście jest bardziej skłonna do sięgania po szeroko pojmowane środki militarne. Takiego scenariusza nie można wykluczyć, mając na uwadze nie tylko samą Ukrainę, ale również postawę w Syrii, czy wysyłanie najemników do państw afrykańskich. Tak czy inaczej należy wbrew wszelkim pozorom zauważyć i odczytać odpowiednio sprawę zagrożenia kolejnymi sankcjami gospodarczymi nawet, jeśli możemy kwestionować np. obecne działania wokół Nord Stream 2. Oczywiście, gdyby strona rosyjska zdecydowała się na ponowną agresję w stosunku do Ukrainy. Ponowną, bo należy podkreślić, że już w 2014 r. strona rosyjska dokonała zaboru terytorium tego państwa z użyciem wojska i nadal je okupuje (Krym) oraz destabilizuje (Donbas).

Po rozmowach genewskich i brukselskich można uznać, że wbrew pozorom to właśnie strona natowska ma teraz większy komfort strategiczny. W zachowaniu prezentowanym przez Sekretarza Generalnego Sojuszu Jensa Stoltenberga oraz zastępcę Sekretarza Stanu USA Wendy R. Sherman, chodzi, oczywiście, o ukazanie jedności względem pewnych kluczowych wartości, na których jest osadzona platforma natowska. Zauważmy, że potwierdzono, iż nie będzie wyjątków jeśli chodzi o dotychczasowe standardy NATO, co oznacza odmowę wejścia w rosyjskie gierki geopolityczne, jak rosyjska próba blokowania rozszerzenia Sojuszu o inne podmioty międzynarodowe, nie tylko samą Ukrainę. Słowami Jensa Stoltenberga NATO nie tyle otworzyło drzwi, co raczej zatrzymało klucz do nich i zagwarantowało sobie, że Rosjanie nie dopiszą swojego „aneksu" do Traktatu Północnoatlantyckiego.

Co więcej, potwierdzono, że droga do NATO nadal istnieje i jest to naturalna decyzja członków Sojuszu oraz zainteresowanego, danego suwerennego państwa. Można dość prześmiewczo stwierdzić, że ten fakt może być niezrozumiały z perspektywy liderów polityczno-wojskowych wychowanych w innym sposobie myślenia, na czele z tzw. „bratnimi interwencjami" jako czymś naturalnym. Najważniejsze jest, że NATO i USA w tej chwili nie pozwoliły podyktować sobie warunków jeśli chodzi o własne zasady i pryncypia. Rosjanie zostają z niczym innym jak tylko ogólną debatą nt. możliwości rozszerzenia się Sojuszu w przyszłości. To może być szczególnie bolesne dla obecnych interesów Kremla, jeśli spojrzy się na przypadek Szwedów czy Finów.

Czytaj też

Analogicznie postąpiono, w przypadku strony natowskiej ze wszelkimi roszczeniami wobec proponowanego przez Rosjan ograniczenia możliwości wzmacniania państw sojuszu na wschodniej flance i nie tylko tam. Przypomnijmy, że mowa była o redukcji lub wręcz wycofaniu nowych zasobów natowskich wśród sojuszników, którzy pojawili się po rozszerzeniach z lat 90. XX w (w tym w Polsce). Widać przy tym konsekwencję, w pracy jaką wykonali dyplomaci na szczytach NATO, jakie miały miejsce chociażby w Warszawie. Jak wskazał zarówno Jens Stoltenberg jak i Wendy R. Sherman strona natowska nie ma sobie nic do zarzucenia jeśli chodzi o podjęte działania. Zauważmy bowiem, że wszelkie wzmocnienia były i są ukierunkowane na obronę oraz odstraszanie. Co najważniejsze, sojusznicy nigdy nie ukrywali ich wymiaru przez Rosją i nie tylko przed tym państwem. Trzeba również dodać, że przecież to właśnie złamanie wszelkich zasad międzynarodowych w związku z polityką władz Kremla wywołało potrzebę reakcji w domenie obronnej w przypadku wschodniej flanki NATO. Wszelkie inne narracje, które próbuje osadzić strona rosyjska za pomocą propagandy są zwykłym kłamstwem.

Fot. https://www.nato.int/

Bardzo cenne stało się artykułowanie faktów odnoszących się do obniżenia poziomu bezpieczeństwa w relacjach NATO-Rosja właśnie w związku z działaniami stricte rosyjskimi. Widać to szczególnie, gdy przywoływano kazus INF i szerzej przestrzeni zbrojeń rakietowych. To nie NATO czy USA, przywróciły ten wątek do agendy europejskiej, ale właśnie postawa samych władz Rosji. Podobnie jeśli chodzi o erozję narzędzi z zakresu budowania zaufania polityczno-wojskowego. Może warto przypomnieć, że to strona rosyjska była kluczowa w przypadku erozji CFE, Otwartych Przestworzy, itd. Tak czy inaczej, spotkania genewsko-brukselskie stały się doskonałą okazją, aby zaprezentować konkretne fakty na arenie międzynarodowej. Osłabiono tym samym wszelkie próby relatywizowania czy też zwykłego użytkowania kłamstw na potrzeby propagandy rosyjskiej. W tym kontekście można i trzeba ponownie dodać, że właśnie stronie rosyjskiej na rękę są wszelkie elementy podważające nie tylko praktyczne działania NATO (np. eFP), ale również przekonanie o wspólnocie wartości oraz możliwości osiągania konsensusu między północnoamerykańskim członkami NATO (USA i Kanada) i ich europejskimi sojusznikami. Chodzi też o podkreślanie różnic poglądów w kontekście europejskich relacji wewnątrz NATO i na styku NATO-UE. Takie wydarzenia jak spotkanie w Genewie (bilateralne) i w Brukseli (multilateralne) stanowią ważne remedium na podobne wyzwania.

Nader czytelnie sformułowana została również diagnoza wyjścia z obecnej sytuacji kryzysowej. Przedstawiciele NATO i USA stwierdzili bowiem wprost, że jeśli Rosja chce sukcesu w zakresie negocjacji to podstawowym elementem jest odwołanie się do działania samej Rosji. Kreml musi dokonać deeskalacji, gdyż to tylko decyzje polityczne strony rosyjskiej odpowiadają za pojawienie się eskalacji. Przypomnijmy, że chodzi o nagłą i mało transparentną koncentrację wojsk przy granicy z Ukrainą. Istnieją jednak też inne, skrupulatnie podsycane obszary a konfliktów w Europie. Celne było stwierdzenie Sekretarza Generalnego Stoltenberga, że należy patrzeć też w stronę np. Mołdowy.

Fot. https://www.nato.int/

Doświadczamy tego codziennie w Polsce, jeśli spojrzymy na gwałtowną militaryzację Kaliningradu czy zachowania rosyjskie w rejonie Bałtyku. Diagnoza jest prosta, NATO i jego członkowie są skłonni budować, a raczej odbudowywać środki zaufania w Europie, dyskutować o kwestiach kontroli zbrojeń czy transparentności w sferze aktywności wojskowej, ale wszelkie środki by móc w ogóle o tym mówić są na Kremlu. Tak jak stwierdzono powyżej, nie ma symetrii względem działań NATO i Rosji. Co więcej, transparentność to wręcz niepodważalny atut strony natowskiej, bowiem ukazuje wolę do wypełniania misji sojuszu obronnego powstałego na zasadach Karty Narodów Zjednoczonych. Zaś z drugiej strony daje do myślenia np. Rosji, że agregacja realnej sił członków NATO jest fundamentem odstraszania przed konfliktem zbrojnym. Realnej, bo pozbawionej uproszczonych diagnoz, najczęściej krytycznych wobec potencjałów militarnych państw europejskich. Znamy bowiem dobrze narracje, że francuskie siły zbrojne są słabe i pozbawione możliwości działania, niemieckie to już zupełnie nie istnieją, podobnie jak brytyjskie, itd. Znów można byłoby zadać pytanie retoryczne, czy gdyby rzeczywiście tak było dla Rosji postrzeganie NATO byłoby tak ważne i istotne, od sfery propagandowej po krytykę praktycznych form działania.

Genewskie spotkanie dyplomatów ze Stanów Zjednoczonych i Rosji nie rozwiązało niczego, bowiem kluczem jest postawa Kremla. Jednak pozostawiło nas w sytuacji, gdzie widzimy, że stosowanie siły w celu zastraszenia i zmuszenia do negocjacji innych nie gwarantuje (już) sukcesu. Rosjanie muszą obecnie zdecydować czy iść na pełne zwarcie, co wiązałoby się z pogłębieniem kryzysu wokół Ukrainy czy też szukać mniej lub bardziej łatwego wyjścia poprzez drogę dyplomatyczną i być może inne środki oddziaływania. W przypadku zdecydowania się na ponowną agresję terytorium Ukrainy, w różnej skali, reperkusje dla systemu władzy na Kremlu mogą być trudne do przewidzenia. Od strat własnych i przede wszystkim obciążeń polityczno-dyplomatyczno-ekonomicznych, aż po zmianę relacji regionalnych (wspomniana możliwość rozpoczęcia procesów zbliżenia NATO-Szwecja/Finlandia). Straty własne są oczywiście powiązane z innym punktem wyjścia w zakresie sił ukraińskich, a także możliwego wsparcia dla nich udzielonego np. w sferze materiałowej czy też wywiadowczej przez inne państwa. Wprost należy zaznaczyć, że nie będzie łatwej powtórki z 2014 r., z działań, które i tak kosztowały sporo samych Rosjan.

Czytaj też

Jeśli zaś chodzi o sprzężenie zwrotne w sferze ekonomicznej, politycznej, etc. to ponownie należy przytoczyć wątek sankcji ekonomicznych. Zapewne nawet swoisty „zakup" kilkunastu byłych europejskich premierów czy ministrów do swoich spółek energetycznych nie będzie w stanie osłabić ostrza takich reperkusji finansowych. Zauważmy jak zachowali się Amerykanie przy obecnym szantażu gazowym wobec Europy, gdzie ruszyła flotylla gazowców. I jak to zmniejszyło możliwości oddziaływania na Europejczyków w grudniu. Aczkolwiek trzeba przy tym stwierdzić, że bylibyśmy w jeszcze bardziej komfortowej sytuacji, gdyby nie polityka władz niemieckich wobec kontraktów z Rosją właśnie w sferze gazowej. Konkludując, zapewne nawet dla najbardziej doświadczonych rosyjskich analityków ze służb specjalnych, ośrodków badawczych takich jak MGIMO, etc. trudne jest obecnie ustalenie wszelkich form ryzyka powiązanego z ponownym użyciem siły wobec Ukrainy. Postawa USA i NATO, wyrażona w ostatnich dniach zapewne tego im jeszcze nie ułatwia. To dobry sygnał nie tylko dla strony natowskiej, ale także dla ukraińskiej.

Przy czym nie wolno zbyt pochopnie ogłaszać wielkiego sukcesu. Pozostaje bowiem możliwość jednak użycia siły w innych formatach niż bezpośrednia inwazja, mogąca przerodzić się w konflikt pełnoskalowy w Ukrainie. Chodzi oczywiście o znaczącą aktywizację grup tzw. separatystów, ale też chociażby próbę wywołania strachu przez ataki terrorystyczne i sabotaż (fizyczny, ale i ten w domenie cyber). Zauważmy właśnie w tym kontekście sprawę zatrzymania przez SBU rosyjskiego agenta, który miał przygotowywać serię zamachów z użyciem materiałów wybuchowych w rejonie odesskim. Co więcej, Rosja może nawet w przypadku odrzucenia szans na realizację własnych interesów działaniami wojskowymi odwołać się do innych metod podprogowych. Przykładem może stać się uruchomienie własnej presji migracyjnej - również wobec państw członkowskich NATO i UE, a więc m.in. Polski, o skali zdecydowanie większej niż w przypadku aktywności reżimu w Mińsku.

Czytaj też

Jednego możemy być pewni, rosyjscy dyplomaci nie zaprzestaną, w żadnym ze scenariuszy rozwoju sytuacji, stawiać na kolejne konferencje, szczyty, etc. Ich organizacja i udział dają bowiem szansę przede wszystkim do pozycjonowania się w relacjach międzynarodowych w kategoriach mocarstwa. Jednakże odpowiednia postawa ich uczestników po stronie Zachodu (i nie dotyczy to tylko USA, ale też chociażby Niemiec czy nawet całej UE, itd.) pozwala na minimalizowanie efektów propagandowych, które chce osiągnąć Kreml jedynie do przestrzeni wewnątrz samej Rosji. Tak czy inaczej, wszelkie apokaliptyczne wizje o śmierci NATO, niepohamowanej woli USA do ucieczki z Europy i pilnej potrzebie uzyskania mitycznej autonomii strategicznej w obliczu niepowstrzymanej aktywności Rosji, już po raz kolejny zderzają się ze zdecydowanie inną rzeczywistością. Lecz trzeba się jednocześnie przygotować na to, iż największym naszym wrogiem, w rozumieniu tego co miało miejsce w przypadku Genewy-Brukseli, jest chęć łatwych diagnoz i prostego definiowania w sferze sukces-porażka.

Komentarze