- KOMENTARZ
- OPINIA
- WIADOMOŚCI
Interwencja w Iranie byłaby katastrofalnym błędem [OPINIA]
Uderzenie na Iran może być widowiskowe, ale wiąże się z ogromnym ryzykiem katastrofalnych skutków. Jest mało prawdopodobne, że doprowadzi do upadku Islamskiej Republiki, a nawet jeśli tak, to brak politycznego planu oznacza niebezpieczeństwo głębokiej destabilizacji regionu. Najwyraźniej Donald Trump ma tego świadomość.
Autor. Senior Airman Keith James / U.S. Air Force
Wbrew spekulacjom w nocy z 14 na 15 stycznia nie doszło do ataku na Iran. Wcześniej Trump sugerował, że władze Iranu przestały zabijać protestujących, a egzekucje skazanych w błyskawicznych procesach miały zostać wstrzymane. Zasugerował też, że Iran dał sygnały, iż jest gotów do negocjacji. Trzeba zachować wstrzemięźliwość wobec tych doniesień, ale mogą one wskazywać, że amerykański prezydent chce wycofać się z wcześniejszych zapowiedzi, iż krwawe tłumienie protestów spotka się z militarną odpowiedzią USA. Niemniej brak planów egzekucji demonstrantów potwierdził szef irańskiej dyplomacji Abbas Aragczi, a na to, by zamiast ataku postawić na dyplomację, naciskać miał wiceprezydent J. D. Vance. Nic dziwnego, bo takie uderzenie mogłoby pogrzebać jego szanse na elekcję w 2028 r.
Zagraniczne interwencje
Ingerencje innych państw nigdy nie przyniosły Iranowi niczego dobrego. Na początku XX w. Rosja i Wielka Brytania pomogły w stłumieniu rewolucji konstytucyjnej, a w 1941 r. oba kraje (wówczas Rosja w formie ZSRR) zaatakowały Iran i przez kilka lat go okupowały. USA w 1953 r. obaliły demokratycznie wybranego premiera Mohammada Mossadegha, a w latach 80. żadne państwo nie wspierało Iranu, gdy toczył wojnę z Irakiem. Lista negatywnych doświadczeń z ingerencjami innych państw jest dłuższa, a zdecydowana większość Irańczyków, bez względu na stosunek do obecnego ustroju, nie wyczekuje bombardowania swojego kraju. Wiara, że naloty przyniosą Irańczykom wolność, jest przejawem braku refleksji wielu komentatorów zagranicznych i nie jest podzielana przez samych Irańczyków (poza częścią diaspory).
Analizując możliwe scenariusze, warto przypomnieć, że wszelkie działania wojenne należy oceniać przez pryzmat osiąganych rezultatów, a nie ich widowiskowości. Wbrew wielu głosom mówiącym o klęsce Iranu w wojnie 12-dniowej, Islamska Republika wyszła z tamtej konfrontacji z tarczą (przynajmniej w odniesieniu do Izraela). Widowiskowy sukces, który Izrael odniósł pierwszego dnia wojny, i absolutna dominacja w powietrzu nie zmieni faktu, że były to tylko środki, a nie cel wojny. Tymczasem Iran pokazał, że do samego końca zachował zdolność i wolę rażenia terytorium Izraela, a sam Izrael, bez wsparcia USA, nie był w stanie zadać istotnych szkód irańskim instalacjom nuklearnym. Zrobiło to dopiero USA, choć efekt do dziś jest przedmiotem kontrowersji. Ataki Izraela nie spowodowały również znaczącego wystąpienia Irańczyków przeciwko władzom, na co liczył Izrael. Wezwania Netanjahu w tym zakresie pozostały bez odzewu, co zupełnie nie dziwi. W atakach Izraela zginęło kilkuset irańskich cywilów. Warto też przypomnieć, że w czasie wojny irańsko-irackiej Saddam Husejn liczył na wsparcie ludności arabskiej w Iranie i również się przeliczył.
Faktem jest, że duża część opozycyjnie nastawionych Irańczyków (choć nie wszyscy) ma co najmniej obojętny stosunek do Izraela i kwestii palestyńskiej, ale jest to niejako na przekór władzom. Wojna 12-dniowa z całą pewnością nie spowodowała wzrostu ich sympatii do Izraela, a deklaracje niektórych krzykliwych środowisk emigracyjnych (zwłaszcza monarchistów) są całkowicie niereprezentatywne. Izrael ma pełną świadomość, że nawet jeśli dojdzie do obalenia Islamskiej Republiki, to nie ma żadnej gwarancji, że ewentualne powstanie demokratycznego Iranu spowoduje, iż będzie on jego sojusznikiem. Proizraelska polityka szacha Mohammeda Rezy nie spotykała się wszak z aprobatą społeczną, a przykład Syrii pod rządami Szary pokazuje, że Izrael woli „dmuchać na zimne”, nie wierząc w pozytywne scenariusze.
Obecne działania Izraela pokazują zresztą wyraźnie, że stawia na chaos w Iranie, a nie na „wolny Iran” (cokolwiek to miałoby znaczyć). Są to naturalne reguły wojny hybrydowej. W tym kontekście warto zwrócić uwagę, że Izrael deklaruje jednocześnie wsparcie dla różnych grup o całkowicie sprzecznych celach. Z jednej strony, popiera protestujących Irańczyków pragnących zmiany ustrojowej (Tel Awiw odwołuje się do imperialnej przeszłości tego państwa). Z drugiej strony, nie przeszkadza mu to propagować mapek z rozbiorem Iranu i wspierać wszelkiej maści separatystów: kurdyjskich, ahwazskich, a nawet beludżyjskich dżihadystów, o wyimaginowanym „Azerbejdżanie Południowym” nie wspominając.
Brak dobrych scenariuszy
W świetle kreowania Pahlawiego na lidera irańskiej opozycji, warto przypomnieć, że pod rządami tej dynastii tłumiono wszelkie ruchy emancypacyjne mniejszości narodowych w Iranie. A do tego dochodzą jeszcze islamiści – komuniści spod znaku mudżahedinów ludowych, którzy również są wspierani przez Izrael, choć ich relacje z monarchistami można określić tylko jako nienawiść. O celach Izraela wiele mówi również to, że 14 stycznia skrajnie prawicowa telewizja izraelska Channel 14 podała, że „podmiot zagraniczny” (czyt. Izrael) zbroił protestujących w Iranie i to spowodowało kilkaset ofiar. Było to podkładanie Iranowi argumentów do jeszcze większego zaostrzenia represji. Cel mógł być tylko jeden – zwiększenie w ten sposób presji na Trumpa, by uderzył na Iran.
Warto zwrócić uwagę jeszcze na jeden aspekt, wokół którego narosło wiele nieporozumień. Tzw. irańska „oś oporu” została osłabiona w latach 2024-2025, ale (wbrew wielu narracjom) nie w bardzo dużym stopniu. Wprawdzie został obalony Assad, lecz Syria od dawna była w tej osi najsłabszym ogniwem. Syryjski dyktator trzymał się z dala konfrontacyjnych działań przeciw Izraelowi, licząc, że to zabezpieczy jego przyszłość. Natomiast Hamas i Hezbollah poniosły straty, ale Hamas wciąż kontroluje Strefę Gazy, a proces rozbrojenia Hezbollahu idzie dość opornie. Dopiero libańskie wybory parlamentarne, które odbędą się w maju, pokażą, czy uda się złamać pozycję polityczną Hezbollahu, co niestety wydaje się wysoce wątpliwe. Natomiast Huti w Libanie i proirańskie siły w Iraku mają się świetnie. Sojusznicy Iranu w Iraku wygrali wybory w 2026 r. i mają decydujący głos w procesie formowania nowego rządu. Jako sukces Iranu można też traktować to, że sunnickie państwa arabskie w regionie (w szczególności Arabia Saudyjska) przestały postrzegać go jako największy problem dla stabilności Bliskiego Wschodu, gdyż na tej pozycji zastąpił go Izrael.
Autor. Bahram Mohammadifard / Wikimedia Commons
Interwencje w Afganistanie i Iraku były wielokrotnie krytykowane przez Trumpa i jego ekipę i budzą wiele kontrowersji. Jednak gdy były podejmowane, to USA miało plan oraz dogadaną opozycję przygotowaną do przejęcia władzy. Nic z tych rzeczy nie występuje w przypadku Iranu: nie ma ani zjednoczonej opozycji, ani planu ani wizji ustrojowej Iranu po ewentualnym upadku Islamskiej Republiki. Opozycja jest podzielona, Reza Pahlawi nie jest niekwestionowanym przywódcą, a monarchiści już mówią o przywróceniu porządków sprzed 1979 r. To oczywiście przepis na wojnę domową. To będzie korzystne dla Izraela, ale nie dla USA.
Najbardziej pozytywnym z punktu widzenia Trumpa (ale również Irańczyków i władz kraju) scenariuszem rozwoju sytuacji byłoby dogadanie się w sprawie poddania irańskiego programu nuklearnego pod ścisłą kontrolę w zamian za zniesienie sankcji i otwarcie Iranu na współpracę ekonomiczną z Zachodem. To przełoży się nie tylko na uspokojenie sytuacji w wymiarze społeczno-ekonomicznym, ale również otworzy drogę do stopniowej, pokojowej transformacji ustrojowej i wzrostu regionalnej stabilności. Niemniej Izrael jest przeciwny takiemu porozumieniu i je torpeduje, gdyż uważa, że Iran musi być całkowicie rozbrojony i upokorzony, a to jest nie do przyjęcia dla Teheranu.
Desperackie metody
Warto zastanowić się nad oczekiwanymi rezultatami amerykańskiego ataku na Iran i prawdopodobnymi konsekwencjami. W przypadku symbolicznego uderzenia Iran zapewne odpowiedziałby w sposób teatralny (by wyjść z twarzą i uniknąć dalszej eskalacji), ale zaszkodziłoby to ewentualnym negocjacjom i zaostrzyło represje. Jednakże jeżeli atak będzie rzeczywiście poważny, w szczególności jeśli celem będzie Chamenei, to odpowiedź Iranu będzie znacznie bardziej groźna. Warto podkreślić, że przywództwo Islamskiej Republiki działa racjonalnie i pragmatycznie, nie chcąc podejmować samobójczych kroków, a otwarta konfrontacja z USA miałaby taki skutek.
Niemniej jeśli dojdzie do egzystencjalnego zagrożenia Islamskiej Republiki w wyniku zewnętrznych działań zbrojnych, to sięgnie ona po desperackie środki – uderzenie na amerykańskie obiekty w regionie i ataki asymetryczne (w tym terrorystyczne). Teheran nie będzie miał wtedy nic do stracenia, gdyż USA otrzyma tylko jedną opcję eskalacji – inwazję. A to byłby ogromny prezent dla Rosji i Chin, bo USA ugrzęzłyby w Iranie, odsłaniając Europę Wschodnią i Pacyfik. Oznaczałoby to też całkowitą katastrofę prezydentury Trumpa i pogrzebanie szans na elekcję Vance’a w 2028 r. W przypadku Izraela, Islamska Republika pokazała już, że jest zdeterminowana odpowiedzieć na każde uderzenie.
Najbardziej prawdopodobnym efektem ograniczonego uderzenia na Iran (czy to amerykańskiego, czy izraelskiego) jest zaostrzenie represji i zwiększenie izolacji Iranu, co jest zgodne z interesem rosyjskim. Nie można też wykluczyć odsunięcia Pezeszkiana i całej ekipy otwartej na współpracę z Zachodem oraz wprowadzenie dyktatury wojskowej Sepah (Gwardii Rewolucyjnej), która oparłaby się na rządach terroru. Założenie, że zabicie Chameneia i kluczowych dowódców Sepah doprowadziłoby do przejęcia władzy przez ekipę reformatorów i akceptację wszelkich warunków USA i Izraela, jest przejawem nieuzasadnionego optymizmu. Islamska Republika nie jest oparta na osobach niezastąpionych, wręcz przeciwnie. Natomiast oczekiwanie, że w takiej sytuacji Islamska Republika całkowicie upadnie, a władze przejmie Reza Pahlawi, który zapewni stabilność, wolność, demokrację etc., to już zupełne bujanie w obłokach.
Nawet jeśli w ten sposób doszłoby do upadku Islamskiej Republiki, to nie ma planu na to, co miałoby nastąpić dalej. W szczególności nie ma przygotowanej ekipy, która w okresie przejściowym mogłaby opanować sytuację. USA (a tym bardziej Izrael) nie zrobiły niczego, by taką ekipę przygotować. Nie ulega wątpliwości, że Reza nie miałby zdolności do tego – nie ma ani charyzmy, ani też nie podejmuje żadnych działań, by zjednoczyć opozycję. Jego zwolennicy chcieliby reaktywować SAVAK i wsadzić do więzienia wszystkich przeciwników (nie tylko z obecnego reżimu, ale i innych grup opozycji), lecz nie mają ku temu zasobów. Oznacza to, że to USA musiałoby zabezpieczać rządy Pahlawiego przed przeciwnikami.
Tymczasem Sepah nie zniknie z dnia na dzień i podejmie działania asymetryczne przeciwko USA i nowym władzom. Będzie to oznaczało koszmar znacznie większy od tego, jaki siły amerykańskie doświadczyły w Iraku w latach 2003-2010. Większość Irańczyków, w najlepszym dla Rezy i USA przypadku, popadnie w apatię, bo nie po to obecnie protestujący narają życie, by jedną dyktaturę zmienić na inną. Chaos, który zapanuje w Iranie, doprowadzi też do prób secesji (co nie jest marzeniem większości Irańczyków). Dotyczy to w szczególności Kurdystanu oraz Beludżystanu. Nowe władze zmuszone będą do podjęcia działań zbrojnych w celu niedopuszczenia do tego. Z chaosu skorzysta też Państwo Islamskie, które uaktywni się na terenach sunnickich. To wszystko oznacza, że USA będzie musiało się coraz mocniej angażować (militarnie) w działania stabilizacyjne w Iranie, bo tego będą oczekiwać wszyscy (poza Izraelem) jego sojusznicy w regionie.
Chaos w regionie
Dlatego też trudno znaleźć w regionie jakiekolwiek państwo (poza Izraelem i Azerbejdżanem), które popierałoby interwencję USA i chciałoby upadku Islamskiej Republiki. Z perspektywy sunnickich monarchii każdy scenariusz jest w tym wypadku negatywny. Chaos oznacza wzrost zagrożenia terrorystycznego, zwłaszcza jeśli w Iranie dojdzie do zwiększenia aktywności ISIS. Ponadto upadek Iranu wcale nie będzie oznaczać automatycznego załamania się pozycji Hutich w Jemenie oraz sił proirańskich w Iraku, gdyż w obu przypadkach opierają się one na własnych środkach. W dodatku wykazują się one znacznie mniejszym pragmatyzmem niż Iran. Natomiast powstanie demokratycznego Iranu to jeszcze gorszy scenariusz, gdyż może zachęcić ruchy prodemokratyczne w tych monarchiach do większej aktywności.
Trudno również dziwić się, że Turcja jest zdecydowanie przeciwna upadkowi Islamskiej Republiki. Erdoğan doskonale wie, że skończy się to chaosem, który będą chcieli wykorzystać kurdyjscy separatyści, w tym związana z PKK Partia Wolnego Życia Kurdystanu (PJAK). Jest ona obecnie najsilniejszym ugrupowaniem w sunnickiej części irańskiego Kurdystanu. To mogłoby zmusić Turcję do interwencji militarnej w Iranie, podobnej do tej, którą prowadzi od lat w Iraku i Syrii przeciwko Kurdom. To jeszcze pogłębiłoby problemy USA, które już teraz muszą lawirować między rozbieżnymi interesami różnych sojuszników.
Teoretycznie USA mogłyby w takiej sytuacji zaproponować Turcji aneksję północno-zachodniej Syrii i północnego Iranu, ale to spotkałoby się z oporem Izraela, który wspierałby partyzantkę antyturecką. Wydaje się wątpliwe, by była to wymarzona opcja dla Erdoğana. Podobne problemy wystąpiłyby zresztą również w najbardziej niestabilnej prowincji Iranu tj. Sistanie-Beludżystanie, skłaniając z kolei Pakistan do interwencji zbrojnej przeciwko separatystom. A na tym potencjalne problemy z separatystami się nie wyczerpują. Rozwiązaniem mogłoby być wypracowanie modelu federalnego, ale żadne rozmowy w tym zakresie nie były podejmowane.
Trump i jego administracja odcinali się od interwencji zbrojnych i eksportu demokracji. Ponadto dotychczasowa polityka w Syrii pokazała, ze nie planują eksperymentów ze zmianami granic i wolą model centralistyczny, oparty na stabilnej i silnej władzy (bez względu na model ustrojowy). Uderzenie na Iran będzie krokiem w dokładnie odwrotnym kierunku i może wciągnąć USA w koszmar chaosu. Natomiast utrzymanie się Islamskiej Republiki mimo uderzenia i zaostrzenie przez nią represji w odpowiedzi byłoby wizerunkową porażką Trumpa, z czym również musi się liczyć.


PROGNOZA 2026 | Jakie drony na Ukrainie? | Flota cieni na Bałtyku | Defence24Week #142