- KOMENTARZ
- POLECANE
- WIADOMOŚCI
Iran w ogniu. Rewolucja czy nowa dyktatura? [KOMENTARZ]
Trwające obecnie w Iranie protesty społeczne ogarnęły ponad setkę miast. Wbrew popularnej w mediach narracji nie jest to jednak wydarzenie bez precedensu, bowiem już w przeszłości Iran był areną protestów i to dużo liczniejszych. Obecna w wielu mediach narracja to przede wszystkim połączenie celowej wojny psychologicznej i myślenia życzeniowego.
Autor. By آرش - Own work, CC BY-SA 3.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=15516638
O ile w pierwszej fazie media głównego nurtu zdawały się nie zauważać protestów w Iranie – być może z powodu ciągłego zaaferowania sytuacją w Wenezueli – to później przyjęły one ton mocno przesadzony. Nie brak bowiem doniesień o „setkach tysięcy, jeśli nie milionach” Irańczyków, którzy wychodzą na ulicę, czy też o miastach, które miały niby zostać przejęte przez protestujących. W rzeczywistości nie ma na to żadnych dowodów, a dostępne materiały wideo pokazują raczej setki demonstrantów, z którymi już teraz rozprawiają się siły bezpieczeństwa, od dawna szkolone na takie sytuacje i zaprawione w bojach. Wyłączenie sieci komórkowej i Internetu z jednej strony ułatwia takie działania, a z drugiej utrudnia mobilizację demonstrantów.
Duże protesty już były
Należy podkreślić, że wbrew niektórym komentarzom obecne protesty nie są niczym nowym. Nie są ani bezprecedensowe, ani największe. Dość przypomnieć przede wszystkim rok 2009, kiedy to po wyborach prezydenckich doszło do masowych protestów społecznych. Niektóre raporty mówiły wówczas o 3 milionach protestujących, którzy mieli jasne hasła i przywódców (w odróżnieniu od tych obecnych, które nie mają ani jednego lidera czy też duchowej inspiracji). Od tego czasu co jakiś czas dochodzi do nowych protestów, często motywowanych kwestiami gospodarczymi. W 2022 roku Irańczycy protestowali po śmierci młodej irańskiej studentki, która zmarła po tym, jak została zatrzymana przez irańską policję obyczajową. Iran znów stał się areną społecznego gniewu, ale bez przełomu. Do żadnych zmian wewnętrznych nie doszło, chociaż wówczas padały i pytania, i prognozy dokładnie takie same jak teraz.
Dlaczego teraz protestujących jest mniej? Powodów jest tyle, co niezadowolonych. Jedni są zmęczeni i zniechęceni, pomni faktu, że poprzednie próby nie doprowadziły do żadnych zmian. Inni po prostu boją się możliwych reperkusji, podczas gdy inni oczami wyobraźni widzą to, co może stać się, jeśli demonstranci doprowadziliby do obalenia Republiki Islamskiej (aczkolwiek należy pamiętać, że nie wszyscy niezadowoleni chcą zmiany systemu – oczekują państwa muzułmańskiego, ale działającego lepiej, w którym gospodarka ma się dobrze). To obraz czarny, bowiem drugiej, pogrążonej w wojnie domowej Syrii, ale na większą skalę. O ile Syria ma około 27 milionów mieszkańców to Iran ma nawet 92 miliony ludzi o różnym pochodzeniu etnicznym.
Innymi słowy, upadek obecnego systemu nie sprawi, że jego zwolennicy znikną. To często doświadczeni w bojach akolici, którzy będą walczyć o ancien regime, podczas gdy liczne mniejszości etniczne w Iranie – od Kurdów na Beludżach kończąc – będą chciały wykorzystać słabość władz centralnych, by osiągnąć swoje cele. Tym bardziej, że wewnętrzny i permanentny chaos, wojna wszystkich ze wszystkimi, to cel, który wówczas będą chciały podtrzymać siły obce, w tym chociażby Izrael, dla którego Iran pobity, słaby, podzielony to wizja najlepsza z możliwych. W praktyce bowiem nikt poza samymi Irańczykami nie dba o ich los, o dobrobyt, o demokrację.
Zewnętrzni gracze
Wpływy zewnętrzne to kolejny element, który należy brać pod uwagę, obserwując obecną sytuację i medialny klimat. Media społecznościowe bardziej niż w przeszłości są areną wojny dezinformacyjnej. Narracja mówiąca o upadku kolejnych miast i dziesiątkach tysięcy protestujących nie jest przypadkowa. Możemy jedynie gdybać, czy dokonywanych obecnie w Iranie zniszczeń – mowa chociażby o atakowaniu strażaków czy punktów medycznych – to faktycznie działanie protestujących Irańczyków, czy też tych, którzy chcą potęgować chaos.
Wizja działających w Iranie obcych sił nie jest teorią spiskową. Wszak przypomnieć należy niedawną wymianę zbrojnych ciosów pomiędzy Iranem a Izraelem. Ten drugi był w stanie na bieżąco śledzić i w odpowiednim momencie zabić najważniejszych irańskich dowódców. Innymi słowy – poziom aktywności Izraelczyków, ale zapewne również Amerykanów i kilku innych narodowości, jest bardzo wysoki. Trudno zakładać, że Iran był w stanie wszystkich zneutralizować. Zasoby osobowe, w tym do tej pory ci uśpieni agenci, mogą teraz aktywnie brać udział w zamieszkach, by dewastując obiekty użyteczności publicznej, zmniejszać poparcie dla protestujących i tym samym budować rozdźwięk między niezadowolonymi i tymi, którzy ciągle popierają Republikę Islamską.
W wymiarze internetowym prowadzą oni kampanię dezinformacyjną. W obliczu setek doniesień, niemożliwych do zweryfikowania, oraz internetowej blokady, nie sposób jest ponad wszelką wątpliwość ocenić, co jest prawdą, a co kłamstwem. Liczni na Twitterze (platforma X) komentatorzy, którzy przez noc stali się ekspertami od Iranu, zdają się to ignorować i udostępniają nawet najbardziej niedorzeczne doniesienia.
Aktywność „strony trzeciej” bardzo widać także w promowaniu Cyrusa Rezy Pahlawiego, najstarszego syna ostatniego szacha Iranu Mohammada Rezy Pahlawiego, który opuścił Iran w 1979 roku. Chociaż „nowy szach” ma pewne poparcie w Iranie – sam znam takie osoby – to trudno uznać za prawdziwą narrację, wedle której Reza Pahlawi wkrótce przejmie władzę w Iranie. Po pierwsze, Republika Islamska jest mimo wszystko silna. Po drugie, Reza Pahlawi jest tworem przede wszystkim medialnym, którego wyróżnia jedynie nazwisko i pewne poparcie ze strony Amerykanów. Nie ma on żadnego zaplecza politycznego, aby uznawać go za następnego przywódcę Iranu. Tym bardziej, że bliskie relacje z Izraelem nie zjednują mu w Iranie sympatii. Człowiek, który nie potrafił przez tyle lat stworzyć na emigracji solidnej bazy politycznej, nie miałby żadnych szans, by utrzymać się w Teheranie.
Oczywiście, historia bywa przewrotna i odkąd jeszcze niedawno niemożliwe scenariusze, jak północnokoreańscy żołnierze walczący na Ukrainie, czy też ryzyko amerykańsko-duńskiej wojny o Grenlandię, stały się elementem codzienności, nie można niczego wykluczyć. Jeśli Amerykanie zdecydowaliby się na bezpośredni udział w Iranie i wespół z Izraelczykami doprowadziliby do obalenia reżimu, to wówczas istnieje jakieś prawdopodobieństwo, że Reza Pahlawi stałby się przywódcą Iranu (monarchą? Prezydentem?), ale to, że istnieje taka szansa, nie oznacza, że to scenariusz mający istotne szanse na wystąpienie. To przede wszystkim kreacja medialna, która pokazuje jedno – chociaż Irańczycy stanowią liczną diasporę na Zachodzie, nie wykształcili oni ani jednej osoby, która mogłaby być charyzmatycznym i popieranym kandydatem na lidera opozycji.
Problemy Iranu
Powyższe słowa komentarza, w tym zwrócenie uwagi na silne występowanie dezinformacji (czy też, jak mówią sami Irańczycy – „miękkiej wojny”) i myślenia życzeniowego części Irańczyków i komentatorów – absolutnie nie oznaczają, że całość kryzysu jest jedynie medialną narracją. Zdecydowanie nie, a Irańczycy mają realne powody, by protestować. Iran boryka się z bardzo głębokimi, strukturalnymi problemami społecznymi, gospodarczymi i środowiskowymi. Nie sposób uznać, który jest decydujący. W praktyce każdy przyczynia się do stworzenia obrazu kraju pogrążonego w nieefektywności, korupcji, błędnym zarządzaniu i sekurytyzacji problemów. Bezrobocie, inflacja, brak pewności jutra, problemy z wodą pitną, napięcia etniczne. Wymieniać można długo. Wystarczy iskra, by ludzie wyszli na ulicę. Mało kto wierzy, że uda się zrealizować oficjalny cel, który ajatollah Chamenei ogłosił w 2018 roku – aby do 2065 roku Republika Islamska znalazła się wśród czterech najbardziej rozwiniętych i sprawiedliwych państw Azji i wśród siedmiu w skali globu, a także w światowej piątce państw „tworzących idee, naukę i technologię”.
Nawet jeśli Republika Islamska przetrwa, to nie będzie mogła mówić o sukcesie. Współcześnie na bezpieczeństwo nikt już nie patrzy jedynie przez pryzmat przetrwania. Bezpieczeństwo to szansa rozwoju, a tych jest bardzo mało. Republika Islamska, chociaż sama tego nie przyzna, nie ma sojuszników. Świat arabski jej nie ufa. Pakistan jest słaby, a współpraca pakistańsko-irańska rachityczna.
Z listy wypadła niedawno Syria oraz Wenezuela, chociaż ta druga była sojusznikiem bardziej deklarowanym niż rzeczywistym. Ani Rosja, ani Chiny nie dadzą Iranowi tego, czego potrzebuje – nowych technologii, inwestycji i rozwoju, by gonić świat i dotrzymać mu tempa. Co prawda ajatollah Chomejni kiedyś stwierdził, że „nie po to wywołaliśmy rewolucję, by mieć tańsze melony”, ale o to chodzi milionom Irańczyków – młodym, starym, religijnym i świeckim: o lepsze życie tu i teraz. Irańczycy dostrzegają coraz jaskrawszy kontrast pomiędzy własnym krajem a ościennymi – z każdym rokiem rośnie dysproporcja pomiędzy zaniedbanym i niedoinwestowanym Teheranem a modernizowanymi miastami, jak Dubaj, Abu Zabi, Stambuł, Ankara czy Baku.
Czy w świetle trwających wydarzeń można stwierdzić, że koniec Republiki Islamskiej jest bliski? Pytanie to pojawia się przeszło od czterdziestu lat i co jakiś czas niektórzy komentatorzy odpowiadają na nie twierdząco. Republika Islamska ciągle jednak trwa. Wydaje się, że obecne protesty nie będą tymi, które doprowadzą do jej końca, lecz co najwyżej do przekształcenia, na przykład w dyktaturę wojskową. Obecny system ma ciągle spore poparcie, struktury i wiarę przynajmniej niektórych jej zwolenników. Z drugiej jednak strony, kto przewidział upadek Związku Sowieckiego, Libii Kadafiego czy też niedawno trwającego zdawałoby się od zawsze reżimu Asadów w Syrii? Wszak, jak stwierdzić miał swego czasu Krzysztof Teodor Toeplitz, wszyscy bogowie byli kiedyś nieśmiertelni…



WIDEO: "Koordynacja jest najważniejsza". Dowódca GROM o operacjach specjalnych