- OPINIA
- KOMENTARZ
- ANALIZA
- WIADOMOŚCI
- POLECANE
Śmigłowce sił specjalnych nadal mają swoją rolę [OPINIA]
Autor. szer. Michał Czornij/15 Giżycka Brygada Zmechanizowana
Na naszych łamach publikujemy komentarz ekspercki pt. „Śmigłowce sił specjalnych nadal mają swoją rolę. Polemika z tezą o zaniechaniu doposażenia S-70i Black Hawk”. Jest to głos osoby zajmującej się na co dzień kwestiami działań sił specjalnych w Polsce i na świecie.
Ukazała się ostatnio szeroko komentowana wypowiedź, w której autor uzasadnia decyzję o rezygnacji z pełnej modernizacji śmigłowców S-70i Black Hawk Zespołu Lotniczego JW GROM do standardu „specjalnego” (kamery termowizyjne, systemy ostrzegania RWR/LWR/MAWS, automatyka odpalania flar i dipoli, radar omijania przeszkód). Argumentacja opiera się na tezie, że współczesna wojna, znana z doświadczeń ukraińskich, zdyskredytowała śmigłowiec jako środek działania sił specjalnych: rzekomo żaden pakiet samoobrony nie pozwala mu przetrwać nad terenem przeciwnika, a rolę infiltracji i rozpoznania równie dobrze wypełniają dziś piesza infiltracja oraz drony wyczekujące.
Z szacunkiem dla autora i jego znajomości tematu, nie sposób zgodzić się ani z tą diagnozą, ani tym bardziej z wnioskiem, jaki z niej wyciągnięto. Analiza zagadnienia, oparta na konkretnych, udokumentowanych przypadkach z wojny rosyjsko-ukraińskiej i nie tylko, prowadzi do wniosków dokładnie przeciwnych.
Zobacz też 
„Nic nie pomaga"? Fakty mówią co innego
Teza, że „obrona przeciwlotnicza jest zbyt skuteczna” i że nie pomaga „nawet trzy tony systemów zakłóceń, setki flar, opancerzenie”, jest efektowna retorycznie, ale nie wytrzymuje konfrontacji z faktami. Podczas rosyjskiego desantu na lotnisko Hostomel w pierwszym dniu inwazji, śmigłowce Mi-17 wyposażone w kompleksowy, automatyczny system samoobrony Vitebsk L370 President-S zdołały przebić się przez zasadzkę przeciwlotniczą nad zbiornikiem Dniepru i uniknąć zestrzelenia przez PPZR w decydującej fazie infiltracji, a więc dokładnie w tych warunkach, o których mowa w przedmiotowej wypowiedzi.
Równie wymowne jest udokumentowane porównanie dwóch śmigłowców Mi-35M tego samego typu, w tym samym rejonie działań: jeden, po wykryciu, uniknął trafienia dzięki zadziałaniu automatycznego systemu wyrzutni flar, drugi, lecący kilkadziesiąt sekund później, bez widocznej reakcji systemów obrony, został zestrzelony mimo lotu na wysokości ok. 10 metrów. Różnicą między przeżyciem a zestrzeleniem nie było więc „nic”, tylko konkretnie obecność bądź brak sprawnego, automatycznego pakietu samoobrony. To samo potwierdza casus załogi Mi-8 nr 864 podczas misji zaopatrzeniowej do Mariupola: ręcznie odpalone flary pozwoliły uniknąć pierwszego trafienia, ale kolejny śmigłowiec w tej samej grupie, bez w pełni zautomatyzowanego systemu, już nie miał tyle szczęścia. Wniosek z tych zdarzeń nie brzmi „śmigłowiec jest bezbronny”, tylko jakość i kompletność systemu samoobrony decyduje o przeżyciu.
Potwierdzają to również najświeższe doświadczenia bojowe samych Stanów Zjednoczonych, a więc przykłady z zupełnie innego teatru działań niż Ukraina. 3 stycznia 2026 r., podczas operacji schwytania Nicolása Maduro w Wenezueli, śmigłowce MH-60M Direct Action Penetrator oraz MH-47G Chinook ze 160. Pułku Lotnictwa Specjalnego (160th SOAR) – wyposażone m.in. w system CIRCM, czujniki ostrzegania przed opromieniowaniem rakietowym, radiolokacyjnym i laserowym (MWS/RWR/LWR) oraz aktywne stacje zakłócające, zostały ostrzelane z przenośnych zestawów przeciwlotniczych (MANPADS); jeden ze śmigłowców odniósł uszkodzenia, lecz bezpiecznie wrócił z misji, a cała operacja zakończyła się powodzeniem.
Podobnie 4 i 5 kwietnia 2026 r., podczas głębokiej akcji CSAR mającej odzyskać załogę zestrzelonego F-15E nad południowym Iranem, śmigłowce HH-60W Jolly Green II Sił Powietrznych USA. Mimo ognia przeciwnika i uszkodzeń części maszyn, dotarły w głąb terytorium przeciwnika i sprowadziły lotników z powrotem. Oba przypadki, jako najbardziej aktualne z możliwych, potwierdzają dokładnie to, co pokazała już wojna w Ukrainie: kompleksowe wyposażenie w systemy samoobrony i WRE nie eliminuje ryzyka, ale decyduje o tym, czy misja głęboko za linią przeciwnika kończy się sukcesem, czy stratą maszyny i załogi.
Loty głęboko za linią wroga to fakt, nie wyjątek teoretyczny
Autor wypowiedzi twierdzi, że śmigłowce „nie mają czego szukać bliżej niż 10–15 km od przedniego skraju własnych wojsk, a o terenie nieprzyjaciela nie wspominając”. Tymczasem na przełomie marca i kwietnia 2022 r. ukraińskie lotnictwo wykonało 7 misji lotniczych na głębokość ponad 100 km nad terenem kontrolowanym przez Rosjan, łącznie 16 śmigłowców Mi-8, dostarczając zaopatrzenie i ewakuując rannych z okrążonego Mariupola (m.in. z Azovstalu), mimo rozwiniętych w rejonie lądowania zestawów OP. To nie jest odosobniony epizod, tylko udokumentowana, powtarzalna operacja o cechach klasycznej powietrznej operacji specjalnej (POS): rajdowy charakter, wysoki priorytet celu, rygor OPSEC.
Misje tego typu, przerzut, ewakuacja rannych i wykonanie zadania w głębi ugrupowania przeciwnika, to zadania, których żaden dron, w tym poczekujący „żdun”, nie jest w stanie wykonać, bo nie przewozi ludzi, ani rannych. Dron może zastąpić śmigłowiec w zadaniu ogniowym czy rozpoznawczym, nie zastąpi go jednak w INFIL/EXFIL grupy operatorów, w dostarczeniu „całego majdanu” zaopatrzenia, o którym mowa w cytowanej wypowiedzi, ani w ewakuacji rannych czy jeńca. Innymi słowy, nawet w tekście, z którym polemizujemy, autor sam opisuje sytuacje wymagające dostarczenia ładunku i ludzi w głąb terytorium, nie zauważając, że to właśnie zadanie śmigłowca, a nie drona.
Oddziały szturmowe to nie Wojska Specjalne, a ich działania nie są operacjami specjalnymi
Istotna nieścisłość dotyczy tego, na czym autor opiera swój obraz „współczesnej roli sił specjalnych”. Opisana piesza infiltracja pomiędzy rozproszonymi posterunkami, łączenie się w kilkudziesięcioosobowe plutony za dwiema liniami obrony czy „flagowanie” na potrzeby zdjęcia na Telegramie to opis taktyki oddziałów szturmowych (grup szturmowo-piechotnych) sił zbrojnych Rosji i Ukrainy, czyli jednostek liniowych, wykonujących zadania taktyczne w ramach walki o utrzymanie lub przełamanie linii obrony. To nie są Wojska Specjalne, a wykonywane przez nie działania nie są operacjami specjalnymi w rozumieniu doktrynalnym, tylko taktyczną infiltracją piechoty.
Tymczasem zadania, do których przygotowywany jest Zespół Lotniczy JW GROM, to Powietrzne Operacje Specjalne (POS), precyzyjne, często kluczowe zadania o wymiarze operacyjnym lub strategicznym, wykonywane przez wykwalifikowanych operatorów sił specjalnych, wymagające m.in. rozpoznania specjalnego, przerzutu w rejon operacji i odzyskania zadaniowych Grup Specjalnych, wymiany danych w warunkach zakłócania łączności oraz wsparcia precyzyjnym ogniem. Wyciąganie wniosków o zbędności takich zdolności na podstawie obserwacji taktyki oddziałów szturmowych to zestawienie dwóch różnych kategorii sił i zadań, co osłabia całą argumentację, niezależnie od trafności obserwacji dotyczących samej piechoty.
Niekonsekwencja we „wnioskach z Ukrainy" – gdzie krytyka zakupu F-35?
Skoro fundamentem krytykowanej wypowiedzi jest zasada, że o zasadności zakupu decydują wnioski z wojny na Ukrainie, a nie deklarowane przeznaczenie sprzętu, warto zapytać o konsekwencję tego rozumowania. Współczesna, zintegrowana obrona przeciwlotnicza, ta sama, która rzekomo czyni bezcelowym doposażanie śmigłowców w systemy samoobrony za „kilka milionów” na maszynę, stanowi zagrożenie również dla statków powietrznych o stałym płacie, w tym samolotów piątej generacji. Mimo to autor, konsekwentnie powołujący się na doświadczenia ukraińskie, nie kieruje analogicznej krytyki wobec wielokrotnie droższego zakupu samolotów F-35 dla Sił Powietrznych RP, programu wycenianego na dziesiątki miliardów złotych, a więc o rzędy wielkości przewyższającego koszt pakietu ASE dla całego Zespołu Lotniczego GROM.
Nie chodzi o to, by kwestionować zakup F-35, przeciwnie, zaawansowane systemy samoobrony, walki elektronicznej i świadomości sytuacyjnej są właśnie tym, co pozwala drogim, cennym platformom operować w środowisku zagrożonym przez A2AD. To dokładnie ta sama logika, na której oparta jest rekomendacja doposażenia S-70i. Selektywne stosowanie kryterium „nowoczesna OP i tak wszystko strąci” wyłącznie wobec jednego z najtańszych z rozważanych programów modernizacyjnych, przy jednoczesnym milczeniu wobec najdroższego, trudno uznać za spójne stanowisko analityczne.
Podsumowanie
Diagnoza zagrożenia sformułowana w krytykowanej wypowiedzi, rosnąca skuteczność współczesnej obrony przeciwlotniczej i PPZR, jest trafna i znajduje potwierdzenie w dokumentacji strat obu stron konfliktu (m.in. ok. 100 utraconych śmigłowców rosyjskich, ponad 20 zestrzelonych śmigłowców ukraińskich w Donbasie w latach 2014–2015). Błędny jest jednak wniosek. Dogłębna analiza zagadnienia pokazuje konsekwentnie, że o przeżywalności i skuteczności misji decyduje nie obecność śmigłowca w rejonie zagrożonym, lecz jakość jego wyposażenia w automatyczne środki samoobrony, a tam, gdzie taki pakiet działał (Hostomel, udany przelot Mi-35M, dywersyfikacja tras i profile lotu Mariupol), misje głęboko za linią kontaktu kończyły się sukcesem.
S-70i Black Hawk Zespołu Lotniczego JW GROM, dziś pozbawiony jakichkolwiek systemów samoobrony, nie potrzebuje rezygnacji z modernizacji, tylko jej przyspieszenia. Kilka milionów złotych na maszynę to koszt niewspółmiernie niski wobec ceny utraty śmigłowca, wyszkolonej załogi i grupy operatorów sił specjalnych w trakcie realizacji zadania o znaczeniu operacyjnym lub strategicznym, a takich zadań, jak pokazuje praktyka wojny w Ukrainie, wciąż przybywa, nie ubywa.
Autor od lat zajmuje się tematyką sił specjalnych, imię i nazwisko do wiadomości redakcji. Komentarz nie reprezentuje stanowiska redakcji.







Wybrane okazje dla Ciebie