- KOMENTARZ
- WIADOMOŚCI
- OPINIA
Lecą rosyjskie rakiety. Obywatele radźcie sobie sami [OPINIA]
Autor. Ukraińskie siły zbrojne/X
Ćwiczenia Alarm 2026 z 21 lipca 2026 roku, w czasie których zawyły syreny w całej Polsce, zostały zmarnowane. Tydzień później okazało się bowiem, że gdy było faktyczne zagrożenie, to polski system alarmowania nie zadziałał prawidłowo.
W czasie ataku rakiety na polskie terytorium 20 lipca 2026 roku popełniono takie same błędy, jak w czasie nalotu rosyjskich dronów w nocy z 9 na 10 września 2025 roku:
- Nie poinformowano skutecznie ludności o zagrożeniu;
- Nie pouczono skutecznie ludności, co ma robić w razie alarmu;
- Nie zabezpieczono na czas miejsca wypadku;
- Nie ustalono procedur, jak szybko skorzystać z pomocy służb ukraińskich w identyfikacji obiektu;
- Nie wyjaśniono po zdarzeniu, co się mogło stać (opcje) na bazie już konkretnych danych;
- Nie zestrzelono obiektu, chociaż wiedziano, skąd leci w naszym kierunku i że wleci w polską przestrzeń powietrzną, zasłaniając się przepisami bezpieczeństwa.
Alarmowano czy nie alarmowano
Alarm, jaki ogłoszono dzisiaj o 3:50, był spóźniony i nie dotarł do wszystkich. Nieprecyzyjny jest więc wpis na Facebooku wicepremiera i ministra Obrony Narodowej Władysława Kosiniaka-Kamysza, że „Informacje były na bieżąco przekazywane i koordynowane przez odpowiednie służby, trafiły także do najważniejszych osób w naszym kraju”. Informacje były bowiem przekazywane, ale nie do tych, którzy byli rzeczywiście zagrożeni – czyli do mieszkańców wschodniej Polski.
Zgodnie z oficjalnym komunikatem Dowództwa Operacyjnego Rodzajów Sił Zbrojnych (DO RSZ) już około godz. 3:29 wiadomo było, że „niezidentyfikowany obiekt zbliżył się na odległość około 5 km od polskiej granicy, po czym zmienił kierunek lotu i skierował się na wschód”. Już wtedy powinien zostać ogłoszony alarm, ponieważ nie można było być pewnym, czy coś jeszcze nie nadleci tak blisko i czy rakieta nie zawróci. Nie zrobiono tego jednak: ani o 3:29, ani też o godzinie 3:40, gdy według tego komunikatu „w polskiej przestrzeni powietrznej wykryto niezidentyfikowany obiekt poruszający się w kierunku zachodnim”.
Według niepotwierdzonych jeszcze danych obiekt ten był nad polskim terytorium przez co najmniej 6 minut, przebywając w tym czasie około 90 km. Około godziny 3:46 obiekt zniknął bowiem z radarów tuż „przed dokonaniem jednoznacznej identyfikacji przez wysłany w tamten rejon samolot F-16”.
Syreny alarmowe włączono jednak dopiero cztery minuty po upadku rakiety, a więc około 3:50. I to nie nad całym zagrożonym terytorium. Według Rzeczpospolitej nie było ich jednak słychać m.in. „w miejscu, gdzie rakieta upadła, a także na przykład w Chełmie”. Chełm jest zresztą miastem, gdzie wyszła na jaw sprawa braku jednolitego sposobu alarmowania. Władze tego miasta tłumaczyły się bowiem, że nie włączyły syren, ponieważ Rządowe Centrum Bezpieczeństwa, poza samym wysłaniem do nich komunikatu o zagrożeniu, powinno również wysłać równolegle „wiadomości SMS do mieszkańców znajdujących się na terenie objętym zagrożeniem”.
Ponieważ tej wiadomości nie wysłano, to:
- służby przystąpiły do potwierdzenia sygnału o alarmie;
- po otrzymaniu tego potwierdzenia „rozpoczęto etap przygotowania do włączenia syren”;
- jednak o 3:55 przyszedł sygnał „koniec zagrożenia” i syren ostatecznie nie włączono.
Jeżeli więc w procedurach jest rzeczywiście konieczność równoległego wysyłania przez RCB wiadomości SMS do mieszkańców, to w takim razie dlaczego, pomimo że tych komunikatów nie było, syreny włączono w takich miastach jak Lublin, Zamość, Krasnystaw czy Szczebrzeszyn?
Szanowni Mieszkańcy, dzisiejszej nocy służby odpowiedzialne za bezpieczeństwo mieszkańców Miasta Chełm odebrały z sieci radiowej wojewody lubelskiego komunikat o potencjalnym zagrożeniu. Zgodnie z procedurą, równolegle dla takiego komunikatu Rządowe Centrum Bezpieczeństwa powinno wysłać wiadomości SMS do mieszkańców znajdujących się na terenie objętym zagrożeniem. Takich informacji nie wysłano. W związku z tym służby przystąpiły do potwierdzenia sygnału o alarmie. Po wykonaniu tej procedury rozpoczęto etap przygotowania do włączenia syren. W tym samym momencie o godzinie 3:55 w sieci radiowej nadano sygnał „koniec zagrożenia”.
Komunikat Władz Miasta Chełm z 30 lipca 2026 roku
Pouczono ludność, czy nie pouczono
Wybuch rakiety i pojawienie się sygnałów z rzeczywistym alarmem pokazało wyraźnie, że ludność nie wie dokładnie, co ma robić. Władze próbują temu zaprzeczyć, wskazując, że do ludności został przecież wysłany Poradnik Bezpieczeństwa, gdzie wszystko zostało opisane. Jest to jednak mało precyzyjne. W poradniku tym (znajdującym się również na stronie www.gov.pl) na stronie z alarmami (str. 24) jest bowiem rzeczywiście podana informacja, jakie mamy sygnały alarmowe, ale nie wskazuje się dokładnie, co mamy robić, gdy je rzeczywiście usłyszymy.
Poinformowano tam bowiem jedynie, że „jeśli usłyszysz sygnał alarmowy, włącz radio lub telewizor i stosuj się do komunikatów”. Tymczasem w radiu i w telewizji takich komunikatów dzisiaj o 3:50 nie było. Oznacza to, że procedura ich ogłaszania w mediach, które w dużej części działają non stop, nie została wcześniej przygotowana, a komunikaty nie zostały nagrane i przygotowane do publikacji.
A był na to czas, ponieważ wojsko przekazało informacje o zagrożeniu do Rządowego Centrum Bezpieczeństwa wcześniej, dając możliwość przygotowania syren do włączenia i SMS-a do wysłania. Kiedy więc już było wiadomo, że rakieta może wlecieć na teren Polski, to już wtedy powinno się włączyć alarmy i powinien zostać wysłany sygnał RCB. A tego nie zrobiono.
Efekt tego był taki, że ludzie nie chowali się w bezpiecznych miejscach, wychodzili na zewnątrz budynków, by zobaczyć, co się dzieje, byli zdezorientowani, nie otrzymując Alertu RCB, i dzwonili na telefon alarmowy, by dowiedzieć się, co się dzieje. Poradnik Bezpieczeństwa więc nie wystarczył. Tam informacje, co robić, znalazły się dopiero na str. 34 – przy „opisie ataku z powietrza”.
Zabezpieczono, czy nie zabezpieczono miejsca wypadku
Kolejnym problemem do wyjaśnienia jest sprawdzenie, jak zareagowały odpowiednie służby. Konieczne jest więc sprawdzenie, kto i kiedy dokładnie znalazł się na miejscu oraz co robił. Niestety wszystko wskazuje na to, że powtórzyły się dokładnie te same nieprawidłowości, które zaobserwowaliśmy we wrześniu 2025 roku. Według telewizji Polsat policja była na miejscu około godziny 5:00, jednak żandarmeria dopiero około godziny 7:00.
Jeszcze później mieli się pojawić żołnierze WOT. Niestety nie ma zdjęć i nagrań pokazujących, co oni tam później robili. Dlatego teraz trzeba sprawdzić, czy przeszukując teren, wykorzystywali wykrywacze metali i czy oznaczali dokładne położenie znajdowanych elementów rakiety. Do takiego poszukiwania trzeba jednak doświadczenia i trudno jest przypuszczać, by wszyscy żołnierze WOT będący na miejscu takie doświadczenie posiadali.
Efekt tego będzie taki, że po zejściu z pola polskich ekip dochodzeniowych w rejonie pojawią się poszukiwacze pamiątek i będą nadal znajdowali szczątki tego, co spadło w Polsce 30 lipca 2026 roku. Dodatkowo przez takie opóźnienie w pojawieniu się służb zdjęcia krateru oraz szczątków rakiety pojawiły się nie na stronie rządowej, ale w mediach. Dziennikarze byli bowiem szybciej na miejscu niż wojskowi. Jest to o tyle dziwne, że śmigłowiec Mi-24 wysłany na miejsce natychmiast zlokalizował miejsce wybuchu, a więc wojsko doskonale wiedziało, gdzie ma przyjechać.
Dlaczego nie pomogli Ukraińcy, chociaż taką pomoc zaproponowali?
Kolejnym problemem, którego nie załatwiono od czasu pojawienia się rosyjskich dronów nad Polską we wrześniu 2025 roku, było opracowanie procedur pozwalających na skorzystanie z pomocy Ukraińców. Ukraińscy specjaliści codziennie bowiem analizują miejsca upadku rosyjskich rakiet i dronów i na podstawie szczątków są w stanie błyskawicznie określić, czego użyli Rosjanie.
Ukraińcy zaproponowali zresztą pomoc w identyfikacji obiektu, który spadł dzisiaj na Lubelszczyźnie. Jednak zgodnie z informacją przekazaną na miejscu wypadku przez Grzegorza Trusiewicza z Prokuratury w Lublinie „rozpatrywane są kwestie proceduralne” co do sposobu przyjęcia ukraińskich ekspertów. Tymczasem te kwestie powinny być rozpatrzone już dawno, by Ukraińcy na miejscu pojawili się jeszcze przed wyzbieraniem szczątków rakiety.
A tak się nie pojawili.
Dlaczego nie informowano od razu, co spadło w Polsce?
Kolejnym błędem, jaki popełniono podczas wybuchu 30 lipca, była wstrzemięźliwość w określeniu, co się dokładnie stało. Oczywiście bez badań szczątków wojskowi nie mogli dokładnie określić, jaki typ rakiety wleciał nad Polskę, ale od razu mogli wyjaśnić Polakom, że była to rakieta manewrująca. Tymczasem wskazywało na to wiele czynników, w tym przede wszystkim:
- szybkość poruszania się – otrzymana z radarów oraz z przeliczenia drogi i czasu, w jaki obiekt przebywał nad Polską. Przy 6 minutach i około 90 km trasy daje to prędkość około 900 km/h, co na pewno nie wskazuje na drony, a bardziej na rakietę manewrującą;
- krater po wybuchu, który miał średnicę około 10 m. Taki lej kształtuje głowica bojowa o wadze około 400-500 kg, której nie przenoszą drony, ale właśnie rakiety manewrujące;
We wrześniu 2025 roku było podobnie. Pomimo że sfotografowano wyraźnie silnik drona z dwoma kolektorami (charakterystycznymi dla wabików Gerber), to twierdzono, że może to być również dron Szahed/Gerber (a one wykorzystują silniki z czterema kolektorami).
Czy można było zestrzelić rakietę?
Prawdą jest, że wojsko, stosując obowiązujące procedury, nie mogło zestrzelić obcego obiektu powietrznego bez jego zidentyfikowania wzrokiem. Wojsko tłumaczy się jednak ustawą, którą wcześniej napisali m.in. wojskowi i którą to wojskowi mogą zmienić. Jednak od czasu tragedii w Przewodowie 15 listopada 2022 roku tych procedur nie poprawiono i, co gorsza, nic nie wskazuje na to, że ktoś planuje to zrobić.
Przez to zaniechanie legislacyjne wszystkie miejscowości znajdujące się pomiędzy granicą z Ukrainą i miejscem upadku rakiety są zagrożone. Wojsko dzisiaj tłumaczyło się, że trzeba zawsze sprawdzić, czy nie jest to obiekt cywilny, np. „zabłąkana awionetka”. Jednak doskonale wiedziano, skąd obiekt leci oraz że jego prędkość i wysokość wykluczają samolot cywilny.
Dowódca Operacyjny Rodzajów Sił Zbrojnych poinformował, że „gdyby rakieta kontynuowała lot, to podjęta by została decyzja o zestrzeleniu”. Problem polega na tym, że przy takim podejściu cała wschodnia Polska jest pozostawiona bez obrony. A przynajmniej pas o szerokości 92 km, bo w takiej odległości spadła rakieta bez skutecznej reakcji naszego wojska.






