Siły zbrojne

Dlaczego konflikt w Górskim Karabachu powinien zmienić Wojsko Polskie? [Defence24 TV]

Fot. Defence24.pl
Fot. Defence24.pl

Gdyby doszło do starcia Sił Zbrojnych RP z krajem tak przygotowanym do wojny jak Azerbejdżan, to doszłoby do pogromu polskich żołnierzy. Co gorsza Azerowie osiągnęli takie zabójcze zdolności za o wiele mniejsze pieniądze i w krótszym czasie niż Polska realizuje programy: „Patriot”, „Abrams”, „F-35” czy „Miecznik”.

Minął rok od azersko-armeńskiego konfliktu w Górskim Karabachu, który trwał od 27 października do 10 listopada 2020 roku. Pomimo bardzo dobrze udokumentowanych działań obu stron szczególnie jeżeli chodzi o systemy bezzałogowe, w Polsce nie nastąpiła żadna rewolucyjna zmiana w podejściu do własnych sił zbrojnych: nie uruchomiono w trybie natychmiastowym odpowiednich prac badawczo – rozwojowych, nie dokonano odpowiednich zakupów w ramach pilnej potrzeby operacyjnej, ani też diametralnie nie zmieniono taktyki działania.

image
Fot. Ministerstwo Obrony Azerbejdżanu/Youtube

Przypomina to bardzo zachowanie strusia, który chowając głowę w piasek nie chce widzieć zbliżającego się zagrożenia i uważa się za bezpiecznego. Dowodem na to może być chociażby ogłoszony przez polski MON w lipcu 2021 roku plan zakupu 250 czołgów Abrams, które w starciu z krajem tak wyposażonym jak Azerbejdżan nie miałyby żadnych szans na przetrwanie.

Komentarz jest dostępny w pliku wideo - wyłącznie w serwisie Youtube z uwagi na ograniczenia wiekowe >>> KLIKNIJ TUTAJ <<<

I niczego nie zmienia tu fakt, że w maju 2021 roku MON ekspresowo i również bez przetargu, zakontraktował 24 tureckie drony uderzeniowe Bayraktar TB-2. W ten sposób dano rycerzowi miecz, zapominając jednak, że potrzebuje on również tarczy. Górski Karabach pokazał bowiem, że nie chodzi jedynie o zakup bezzałogowych systemów powietrznych, ale również, a może przede wszystkim, o pozyskanie systemów, które by nas skutecznie przed nimi broniły. A o takich jak na razie w Polsce się głośno nie mówi. Co gorsza, cały czas wskazuje się, że nasz obecny system obrony przeciwlotniczej, wsparty przez NATO i planowane zakupy, będzie w stanie zabezpieczyć nasze wojska przed zagrożeniem z powietrza. A to jest wielki błąd.

image
Opracowany w Wojskowej Akademii Technicznej bezzałogowy system powietrzny „Rybitwa”. Fot. M.Dura

 Dokładnie tak samo przekonywali polityków armeńscy generałowie, którzy wspierając się opiniami rosyjskich specjalistów:

  • realizowali interwencyjne zakupy podobno doskonałego i nowoczesnego uzbrojenia z Rosji
  • oraz potwierdzali swoją pełną gotowość do walki m.in. w czasie rosyjsko-armeńskich ćwiczeń obrony przeciwlotniczej w czerwcu 2020 roku, zorganizowanych dokładnie na trzy miesiące przed atakiem Azerbejdżanu. Na kpinę zakrawa fakt, że ćwiczenia te były nastawione m.in. na znalezienie słabych i mocnych stron azerskich dronów oraz skutecznej taktyki przeciwdziałania ich atakom.

Dodatkowo Rosjanie mieli się podzielić z Armeńczykami swoim doświadczeniami w zwalczaniu bezzałogowców z Syrii i Libii. No i się podzielili.

Zimny i krwawy prysznic dla armeńskich żołnierzy, ale czy tylko armeńskich?

Trzy miesiące później, zabijając z powietrza setki armeńskich żołnierzy i nie tracąc przy tym żadnego pilota, azerskie wojsko pokazało, że wszystkie te rady i deklaracje były nieużyteczne lub nieprawdziwe. W tym braku reakcji polskiego wojska na wydarzenia w Górskim Karabachu najgorsze jest to, że marnowany jest bezcenny czas na przygotowanie się do obrony.

A jest go naprawdę niewiele. Trzeba bowiem pamiętać, że Azerbejdżan uzyskał taką miażdżącą przewagę nad Armenią praktycznie w ciągu zaledwie sześciu lat. Dodatkowo zrobił to za o wiele mniejsze środki, niż gdyby realizowano kompleksowy program wymiany generacyjnej: czołgów, pojazdów wojskowych, artylerii, samolotów i śmigłowców. Strach pomyśleć, co się stanie, gdy takie same przygotowania jak w Azerbejdżanie zacznie się realizować w Rosji, która ma o wiele większe budżet, lepszą armią i wydajniejszą bazą naukowo-przemysłową. Ale przecież takie same działania może podjąć również Białoruś.

Dlatego sposób prowadzenia przez Azerbejdżan działań wojennych przeciwko Armenii powinien być dla nas ostrzeżeniem, że bez systemów i przedsięwzięć antydronowych, obecnie wykorzystywany w Polsce sprzęt oraz taktyka działania będą mało przydatne podczas faktycznego konfliktu zbrojnego. I to nawet wtedy, gdy wdroży się na uzbrojenie kolejne Leopardy i planowane do zakupu czołgi Abrams, system Patriot, zestawy rakietowe HIMARS czy fregaty Miecznik.

Konflikt w Górskim Karabachu pokazał bowiem dobitnie, że wojska mające tylko tego rodzaju uzbrojenie są zupełnie bezradne w obliczu ataków ze strony systemów bezzałogowych i amunicji precyzyjnej, wspartych kompleksami Walki Elektronicznej. I nie należy się łudzić, że to co się działo w rejonie Kaukazu nas nie dotyczy.

W rzeczywistości polska armia wcale nie różni się tak bardzo od armeńskiej - poza liczebnością. Oczywiści Armenia ma czołgi T-72 i T-80, a Polska również Leopardy i PT-91, ale w starciu z dronami nie będzie to miało żadnego znaczenia. Bo dla dronów atakujących z góry, każdy czołg bez skutecznej osłony przeciwlotniczej, nawet Abrams, to po prostu łatwy cel. Dowód: Azerbejdżan na końcu konfliktu poinformował, że jego systemy bezzałogowe zniszczyły 114 czołgów, a więc ponad połowę stanu całej armeńskiej armii. Większość z tych przypadków została zresztą sfilmowana.

Podobnie jest w przypadku lądowych wyrzutni rakietowych „ziemia-ziemia”. Polska posiada mobilne zestawy rakiet niekierowanych Langusta, Grad i RM-70, natomiast Armenia, poza Gradami, ma również systemy rosyjskie Uragan i Smiercz, chińskie AR-1A i WM-80 oraz zestawy rakiet taktycznych Toczka, Iskander i Scud.

Oczywiście polskie Wojska Lądowe mają w przyszłości otrzymać wyrzutnie HIMARS, ale dla dronów jest to taki sam łatwy cel, jak wykorzystywane w obu krajach, sowieckie, wieloprowadnicowe wyrzutnie BM-21 Grad. Dowód: w Górskim Karabachu zniszczono systemami bezzałogowymi prawdopodobnie ponad 140 lufowych i rakietowych systemów artyleryjskich.

Nie inaczej jest w przypadku bojowych wozów piechoty i transporterów. Polska armia ma na swoim uzbrojeniu nowoczesne KTO Rosmak i kilkaset starych, bojowych wozów piechoty BWP-1. Z kolei Armeńczycy wykorzystują stare transportery kołowe BTR-80 oraz bojowe wozy piechoty BMP-1 i nowsze BMP-2. W 2020 roku Azerbejdżan eliminował je bardzo łatwo i to nawet wtedy, gdy stosowano kamuflaż oraz budowano wokół nich umocnienia ziemne. Szacuje się, że w Górskim Karabachu drony zniszczyły 43 pojazdy opancerzone i 249 różnego typu samochodów wojskowych.

Jak rozbito armeńską obronę przeciwlotniczą?

Oczywiście zawsze można zakładać, że działanie własnych wojsk zabezpieczy skuteczna obrona przeciwlotnicza. Problem polega na tym, że armeńskie siły zbrojne wykorzystywały teoretycznie lepsze, rakietowe systemy przeciwlotnicze niż polskie wojsko i dodatkowo w większym nasyceniu. Wielu specjalistów uważa nawet, że gęstość rozmieszczenia zestawów przeciwlotniczych w Górskim Karabachu można porównać jedynie do Korei Północnej.

Pomimo tego, Azerowie eliminowali praktycznie każdy wykryty przez nich element armeńskiego systemu przeciwlotniczego. Na filmach publikowanych później w sieci, zarejestrowano więc niszczenie przewoźnych zestawów artyleryjskich typu M55 „Zastawa” kalibru 20 mm, Zu-23-2 kalibru 23 mm i mobilnych zestawów artyleryjskich ZSU-23-4 „Szyłka” kalibru 23 mm.

Azerskie drony bez problemów „rozprawiały się” również z mobilnymi, rakietowymi zestawami 9K35 „Strieła-10” i „Osa-AKM”, chociaż to na nich opierała się bezpośrednia obrona armeńskich wojsk lądowych. Azerbejdżan nie wymyślił tu wcale nowej taktyki działania, ale skorzystał ze starych sposobów prowadzenia nalotów, wypracowanych przez Amerykanów w Wietnamie i Izraelczyków np. w Dolinie Bekaa.

image
Polski zestaw przeciwlotniczy krótkiego zasięgu „Osa-AK”. Fot. M.Dura
image
Fot. Ministerstwo Obrony Azerbejdżanu/Youtube

Najpierw więc Azerowie wysyłali drony, którymi starano się uaktywnić obronę przeciwlotniczą, później niszczyli wykryte w ten sposób elementy tej obrony za pomocą amunicji krążącej, a następnie realizowano już bezkarnie ataki na pozycje obrony armeńskich wojsk lądowych bombardując np. czołgi, pojazdy, artylerię i stanowiska piechoty. W odróżnieniu od Amerykanów i Izraelczyków, Azerbejdżan stosował przy tym jednak zupełnie nowe środki, często zbudowane w bardzo pomysłowy sposób.

Wykorzystywano np. bezzałogowe wersje starych, dwupłatowych samolotów transportowych An-2T. Armeńczycy chwalili się później zniszczeniem kilku takich, doraźnie zbudowanych dronów jednak w rzeczywistości nie był to wcale powód do chwały. Azerowie tracili bowiem w ten sposób najczęściej mało użyteczne samoloty, które przerobiono za kilka tysięcy dolarów. Armeńczycy natomiast wykorzystywali w tym celu, kosztujące kilkadziesiąt razy więcej rakiety, a dodatkowo wystawiali na cel dla bojowych dronów kilkaset razy droższe systemy rakietowe oraz… swoich żołnierzy.

Azerowie bez problemu atakowali później z powodzeniem uaktywnione systemy opl – w tym podobno nowoczesne i chwalone przez Rosjan, mobilne zestawy „Tor-M2KM”. Według ich raportów, w ciągu pierwszych dwóch tygodni konfliktu udało im się zniszczyć cztery takie systemy, pomimo, że były one w gotowości bojowej, z włączonym radarem. W niszczeniu takich systemów nie przeszkadzało: ani kamuflowanie wyrzutni w terenie zabudowanym, ani np. ich ukrywanie w prywatnych garażach. Dzięki dronom przebywającym wiele godzin nad danym terenem, ich operatorzy mieli bowiem doskonały obraz sytuacji, wiedząc gdzie przygotowywane są schronienia, budowane okopy oraz organizowana obrona.

Ale prawdziwą rzeź urządzono armeńskim zestawom „Osa”, które są przecież wykorzystywane również w polskich siłach zbrojnych. I nie miało tu znaczenia: czy taki system pracował, czy nie lub czy był ukryty na przygotowanej wcześniej pozycji ogniowej, czy też był w ruchu. Armeńskie „Osy” okazał się bezsilne wobec dronów, podobnie zresztą jak mobilne zestawy rakietowe „Strieła”. Usunięcie tych zestawów krótkiego zasięgu utorowało drogę azerskim rakietom do niszczenia systemów przeciwlotniczych średniego zasięgi, takich jak 2K11 „Krug” (co najmniej jedna sztuka), 2K12 „Kub” (co najmniej 1 sztuka), 9M317 „Buk-M2” (5 sztuk) i S-125  „Pieczora” (co najmniej 1 sztuka).

Co gorsza, prezydent Azerbejdżanu İlham Əliyev już 23 października 2020 roku mógł się pochwalić zniszczeniem wszystkich sześciu baterii dalekiego zasięgu S-300, stanowiących najważniejszą część armeńskiego systemu obrony przeciwlotniczej. I nie miało tu znaczenia, czy te baterie były w gotowości bojowej, czy też nie oraz jak daleko znajdowało się na terytorium Armenii. Doszło nawet do sytuacji, gdy dron Bayraktar TB2 nadleciał nad jedną z baterii i nie tylko koordynował atak amunicji krążącej oraz rakiet, ale później bezkarnie czekał, by sprawdzić, czy nalot zakończył się powodzeniem. Było to konieczne, ponieważ jednostki ogniowe S-300 składają się z wielu elementów rozstawionych w terenie, a także są osłaniane przez zestawy przeciwlotnicze krótkiego zasięgu (w Armenii były to głównie zestawy „Osa-AKM” w Rosji są to zestawy „Pancyr-S1”). I wszystko to rozgrywało się przy braku skutecznej osłony realizowanej przez specjalistyczne systemy Walki Elektronicznej.

image
Wykorzystywany w polskich siłach zbrojnych dron Boeing Insitu ScanEagle. Fot. M.Dura

Wątpliwa skuteczność rosyjskich systemów przeciwlotniczych Walki Elektronicznej

Zostały one w większości dostarczone przez Rosjan, którzy od dawana kreują się za specjalistów w dziedzinie zakłóceń. Armeńczycy zawierzając tej opinii kupili rosyjskie zestawy WRE, uznając że to im pomoże w zabezpieczeniu się przed azerskim systemami bezzałogowymi. Okazało się jednak zupełnie inaczej. O zaskoczeniu Armeńczyków może świadczyć orędzie wygłoszone 5 grudnia 2020 roku przez premiera Armenii Nikoła Paszyniana, który nazwał marnotrawstwem wydanie w 2017 roku 42 milionów dolarów na zakup rosyjskich systemów Walki Elektronicznej, ponieważ one „po prostu nie działają”.

Nie sprawdziły się nawet kompleksy WRE, które były specjalnie opracowane do eliminowania dronów, a które później stawały się dla nich celem. Przykładem może być np. system „Riepellient-1”, którego trzy zestawy zostały według Azerów zniszczone przez systemy bezzałogowe. A jest on przecież reklamowany przez oferujący go rosyjski koncern Rosoboroneksport jako „kompleks elektronicznego tłumienia wszystkich telekomunikacyjnych kanałów sterowania małym dronami”. Bezzałogowce działały również swobodnie na obszarze teoretycznie ochranianym przez system Walki Elektronicznej „Polie-21E”. A został on zakupiony w 2016 roku w Rosji specjalnie do przestrzennego zabezpieczenia wyznaczonego obszaru przed atakami  bronią precyzyjną.

Tak więc, pomimo dużego nagromadzenia rosyjskich zestawów przeciwlotniczych i Walki Elektronicznej, sprzęt deklarowany przez Rosjan jako skuteczny przeciw dronom, w starciu z bezzałogowcami okazał się praktycznie bezradny. Oczywiście Armenia poinformowała 22 października 2020 roku, że jej obronie udało się zniszczyć 206 azerskich bzezzałogowców w tym ponad 10 tureckich Bayraktarów. Jednak tylko 21 z tych zestrzeleń potwierdzono materiałem filmowym lub zdjęciowym. Nie wiadomo też ile z pokazanych szczątków należało do użytej w ataku amunicji krążącej.

Z kolei azerskie ministerstwo obrony poinformowało 20 października 2020 roku o zniszczeniu aż 42 elementów armeńskiego systemu obrony przeciwlotniczej. Przy czym atakowano zestawy przeciwlotnicze i radary nawet wtedy, gdy były one dobrze zakamuflowane i nie były włączone. Co więcej, robiono to do skutku, aż uznano, że dany obiekt został zniszczony. Tak było np. z radarami (głównie typu P-12 i P-15), gdzie systemy antenowe stały w oddaleniu od pojazdów z kabinami operatorów.

Ale ataki realizowano również na te systemy włączone. W Górskim Karabachu okazało się, podobnie jak wcześniej w Syrii i Libii, że rosyjskie systemy lufowe, rakietowe i Walki Elektronicznej nie są efektywne w odniesieniu do dronów, a przynajmniej nie tak, jak reklamują je Rosjanie. Taka ujemna weryfikacja dotyczyła nawet tak znanych rozwiązań, jak mobilne, rakietowe zestawy przeciwlotnicze „Tor-M2KM” i rakietowo artyleryjskie „Pancyr-S1”. Tymczasem należy pamiętać, że to właśnie one są wykorzystywane przez Rosjan do ochrony rozstawionych na pozycji bojowej, strategicznych systemów, np. obrony antyrakietowej dalekiego zasięgu S-400 i S-500.

Zestawy te poniosły pierwsze straty w Syrii w starciu z izraelskim lotnictwem, ale największe  w czasie wojny domowej w Libii. Siły Haftara mogły tam utracić nawet 15 „Pancyrów” rewanżując się zestrzeleniem około 25 dronów Bayraktar TB2. W Górskim Karabachu swoją słabość pokazały również „Tory”.

Dlaczego tak się działo? Przede wszystkim dlatego, że armeńskie zestawy przeciwlotnicze najczęściej w ogóle nie były w stanie wykryć dronów. „Nagle” okazało się, że bezzałogowce mają zbyt małą skuteczną powierzchnię odbicia radarowego oraz małą prędkość - ignorowaną bardzo często przez systemy śledzenia radarów, przeznaczonych wcześniej do wykrywania inaczej poruszających się, załogowych statków powietrznych. Pomimo więc, że na obrazach zarejestrowanych z bezzałogowców widać wyraźnie pracujące stacje radiolokacyjne zestawów przeciwlotniczych, to obserwujące to z bliska samoloty bezzałogowe najczęściej nie były wykrywane, mogły spokojnie namierzać cele i naprowadzać na nie uzbrojenie kierowane.

image
Rosyjski, rakietowo-artyleryjski zestaw przeciwlotniczy Pancyr-S1. Fot. mil.ru

Zauważono, że nawet stosunkowo duże drony Bayraktar TB2 są wykrywane przez radar zestawu „Pancyr-S1” średnio w odległości około 7 km, a przy zastosowaniu zakłóceń, zasięg ten może spaść nawet do 4 km. Tymczasem operator tego bezzałogowca może zidentyfikować cel naziemny w odległości do 20 km, mając do dyspozycji bomby szybujące na bazie rakiet UMTAS o zasięgu maksymalnym 8 km. Drony mogą więc tak atakować cele naziemne, by samemu nie być przez nie wykryte.

Ta swoboda w działaniu może być jeszcze większa, gdy w jednym ugrupowaniu bojowym z dronami Bayraktar TB2 będą działały drony przenoszące urządzenia Walki Elektronicznej. Turcy ćwiczyli taki scenariusz w Syrii wprowadzając w ugrupowanie mniejszych bezzałogowców duże drony TAI Anka.

image
Fot. Ministerstwo Obrony Azerbejdżanu/Youtube

 Przewaga dronów nad zestawami przeciwlotniczymi jest związana jeszcze z ich autonomicznością. Bezzałogowce mogą bowiem przebywać w powietrzu przez kilkadziesiąt godzin, czekając aż przeciwnik ujawni swoją pozycję lub pojawi się odpowiedni moment do przeprowadzenia ataku. Tak było np. z zestawami przeciwlotniczymi, które były atakowane przede wszystkim podczas zmiany pozycji. Operatorzy dronów wiedząc bowiem, że np. zestaw „Pancyr-S1” można uruchomić po 4 minutach, mogli się w tym czasie do niego bezkarnie zbliżyć na tyle, by atak był najbardziej skuteczny.

Odpowiednio dobierając taktykę można więc znacząco zminimalizować straty własnych bezzałogowców i ostatnie lata to wyraźnie pokazały. Szacuje się, że o ile w Syrii trzeba było poświęcić pięć dronów, by zniszczyć jeden zestaw przeciwlotniczy, to w Libii potrzeba było na to 2,8 drona, a Górskim Karabachu jeden dron wystarczał na 2,25 zestawów przeciwlotniczych.

To bezpieczeństwo dla dronów było tym większe, że w działaniach wykryto również inne mankamenty rosyjskich systemów przeciwlotniczych – w tym przede wszystkim zbyt duże błędy systemów śledzenia i układów naprowadzania rakiet oraz armat. To z tego powodu, nawet gdy doszło do wykrycia, to duża część rakiet przeciwlotniczych nie trafiała w cel, a w przypadku armat – do zniszczenia jednego drona trzeba było wystrzelić kilkaset lub kilka tysięcy pocisków.

image
Polski dron rozpoznawczy krótkiego zasięgu PGZ-19R. Fot. M.Dura

Zestawy artyleryjskie zużywały więc na jednego drona prawie całą, posiadaną przez siebie jednostkę ognia. Przykładowo w przypadku systemów „Pancyr-S1” i „Tunguska-M1” okazało się, że dla uzyskania prawdopodobieństwa trafienia równego 0,5 na odległości 500 m trzeba było wystrzelić od 500 do 1500 pocisków. Strach przy tym pomyśleć, co się będzie działo kilka kilometrów dalej, gdy te kilkaset pocisków po ominięciu celu spadnie na ziemię.

Podobne, nieakceptowalne obecnie straty uboczne byłyby w przypadku „niecelnych” rakiet. W odniesieniu do nich należy też dodatkowo pamiętać o nieekonomicznym aspekcie ich wykorzystania w odniesieniu do dronów. Pojedyncza rakieta zestawu „Pancyr-S1” kosztuje około 70 tysięcy USD, natomiast zestawu „Tor” 300 tysięcy USD. Produkowana seryjnie amunicja krążąca jest kilkukrotnie tańsza. Dodatkowo, jak pokazała już wojna w Syrii, rosyjskie rakiety bardzo często w nią nie trafiają. Natomiast nie strącona amunicja krążąca jest praktycznie zawsze celna.

image
Fot. Ministerstwo Obrony Azerbejdżanu/Youtube

 Warto też spojrzeć na generalne koszty modernizacji armii. Jeden kompleks Bayraktar TB2 z czterema dronami, zestawem pocisków i naziemnym systemem kierowania prawdopodobnie kosztował Azerów około 5 milionów USD. Armeńczycy płacili za kołowy zestaw rakietowy „Tor” około 13 milionów USD. Azerowie kupili więc swoje drony Bayraktar za mniej niż Armeńczycy swoje zestawy „Tor”.

Czy im się to opłaciło? Chyba tak, jeżeli chwalono się później zniszczeniem rakietami z dronów Bayraktar: 89 czołgów T-72, 29 pojazdów opancerzonych, 131 pozycji artyleryjskich, 61 wyrzutni rakietowych, 9 radarów i systemów Walki Elektronicznej oraz 143 pojazdów.

Na czym polegała przewaga Azerbejdżanu nad Armenią?

Powszechnie uważa się, że Azerbejdżan pokonał Armenię za pomocą dronów. W tej opinii jest jednak tylko część prawdy. W rzeczywistości Armeńczycy przegrali, ponieważ przeciwnik zaskoczył ich zupełnie nową taktyką działania stosując dodatkowo na masową skalę uzbrojenie, na które nie było odpowiednio skutecznego środka obrony. Armenia stanęła więc w takiej samej sytuacji, jak Polska w 1939 roku oraz Holandia, Belgia i Francja w 1940 roku. Takich analogii do II wojny światowej było zresztą w Górskim Karabachu o wiele więcej.

Ważne jest to, że Armenia tylko modernizowała istniejące siły zbrojne, wymieniała stary sprzęt na nowy i kupowała to, co inni uznawali za dobre. Azerbejdżan teoretycznie robił to samo, jednak jednocześnie wprowadzając coś nowego: i to nie tylko poprzez zakupy zagraniczne, ale również poprzez aktywację własnego przemysłu i nauki. Konflikt w Górskim Karabachu pokazał wyraźnie, co się stanie, gdy jedna z walczących stron będzie miała wyraźną przewagę: zarówno jeżeli chodzi o ilość wykorzystywanych systemów, jak i stosowaną taktykę działania. W efekcie Azerbejdżan wykorzystywał podobnie zorganizowane siły lądowe jak Armenia, jednak wsparł je w nowatorski sposób wykorzystywanymi dronami działającymi wspólnie z systemami Walki Elektronicznej oraz siłami specjalnymi.

Szacuje się, że w momencie wybuchu konfliktu Azerbejdżan miał na swoim stanie co najmniej trzysta dronów różnych typów oraz kilkaset sztuk amunicji krążącej, które po wykryciu celu niszczyły go przez bezpośrednie uderzenie. Wśród nich było ponad sto izraelskich dronów kamikaze IAI Harop oraz Elbit „Sky Strike”.

Możliwości Armenii w tym względzie były o wiele mniejsze. Szacuje się, że armeńskie siły zbrojne miały na wyposażeniu około trzydziestu dronów taktycznych czterech typów i śladowe ilości amunicji krążącej (której nie zdążono na czas wprowadzić na uzbrojenie). Były to rozwiązania opracowane przez własny przemysł, a więc gorszej jakości od np. izraelskich, przez chociażby utrudniony dostęp do technologii.

Widać to było zresztą po jakości obrazu rejestrowanego przez kamery dronów. W ten sposób Armeńczycy mogli wykorzystywać bezzałogowce jedynie do rozpoznania, ewentualnie używając je bezpośrednio do naprowadzania swojej artylerii. Zupełnie inaczej, z rozmachem i przemyślaną taktyką, swoje drony wykorzystywały azerskie siły zbrojne. Przewaga Azerbejdżanu polegała również na tym, że poza zakupami zaczęto też masową produkcję systemów bezzałogowych u siebie. W ten sposób Azerowie nie musieli ograniczać się w wykorzystywaniu amunicji krążącej stosując ją nawet do likwidacji kilkuosobowych grup żołnierzy i to w oddaleniu od linii walk.

image
Fot. Ministerstwo Obrony Azerbejdżanu/Youtube

 Nie chodzi tylko o straty w sprzęcie

Opublikowanie w tym filmie drastycznych nagrań z wojny w Górskim Karabachu ma swój wyraźny cel. Ustalająca priorytety modernizacyjne, polska generalicja powinna mieć bowiem pełną świadomość, co się może stać, gdy opracowanie i wprowadzenie systemów antydronowych nadal nie będzie miało w Polsce najwyższego priorytetu.

Nie chodzi bowiem jedynie o uwzględnianie w planowaniu operacji strat w sprzęcie powodowanych przez ataki dronów. Równie ważny jest efekt psychologiczny, jaki te ataki wywołały w armeńskim wojsku i społeczeństwie.

Nie bez powodu Azerbejdżan już od początku wojny w Górskim Karabachu publikował na niespotykaną wcześniej skalę na kanałach YouTubie filmy z tego, jak drony skutecznie atakowały armeńskie pozycje. Działano tutaj zupełnie inaczej niż w Syrii i Libii, ale jak się okazało nie bez powodu. Azerom wcale nie chodziło bowiem jedynie o udokumentowanie swoich zwycięstw, ale również o wzbudzenie strachu i zniechęcenia wśród armeńskich żołnierzy i … armeńskiego społeczeństwa.

Ta umiejętnie prowadzona wojna psychologiczna zrobiła z dronów dokładnie to, co uczyniły syreny akustyczne z niemieckich bombowców nurkujących Ju-87 Stuka na początku II wojny światowej. Już po kilku dniach konfliktu wystarczył tylko dźwięk silników bezzałogowców, by armeńscy żołnierze przerywali walkę, uciekali z zajmowanych pozycji i zostawiali sprzęt. I nie można się temu dziwić.

Azerowie publikowali bowiem w sieci filmy, jak drony dosłownie polowały na ludzi. W Górskim Karabachu okazało się, że życie armeńskich żołnierzy zależało tak naprawdę jedynie od tego, czy operator drona był bezwzględny , czy też nie. Byli bowiem Azerowie, którzy mając do dyspozycji uzbrojenie przeciwpancerne rzeczywiście niszczyli głównie sprzęt ustawiony na pozycjach i to bardzo często bez obsługi znajdującej się w ukryciu.

Ale byli też tacy operatorzy dronów, którzy mając do wyboru kilka wojskowych pojazdów ciężarowych wybierali grupę ludzi, która znajdowała się pomiędzy nimi. Byli też tacy, którzy specjalnie czekali aż armeńscy żołnierze przez wiele kilometrów uciekali przed dronem i uderzali w momencie, gdy Armeńczycy znaleźli ukrycie i poczuli się bezpieczni.

Nie pomagała też ewakuacja żołnierzy w szybkich pojazdach ciężarowych. Niektórzy operatorzy dronów nie atakowali tych pojazdów w momencie załadunku i ucieczki, ale bezkarnie czekali na moment, gdy na dole Armeńczycy uznali się za uratowanych i bezpiecznych. Dopiero wtedy wysyłano w ich kierunku amunicję krążącą, co w efekcie wywoływało u armeńskich żołnierzy poczucie beznadziejności i skłaniało ich do irracjonalnych zachowań.

Reklama
Reklama

Generałom, którzy chcą by ich żołnierze byli odważni i gotowi do poświęceń trzeba też pokazać film, jak operator azerskiego drona najpierw niszczy schron, zasypując w nim ludzi, a następnie czeka spokojnie, aż ich koledzy odważnie i z poświęceniem zaczną ratować swoich towarzyszy. Jak się okazało Azerowie bez skrupułów uderzyli po raz drugi w to samo miejsce dopiero wtedy, gdy armeńscy żołnierze dotarli do zasypanych kolegów zabijając: i ratowanych i ratujących. Przeżyli tylko ci, którzy wcześniej uciekli pozostawiając swoich współtowarzyszy bez pomocy. I takie postawy armeńskich żołnierzy kształtowała właśnie bezkarność dronów.

Gdyby Armeńczycy mieli systemy antydronowe, sytuacja byłaby zupełnie inna. Trzeba bowiem pamiętać, że operatorzy bezzałogowców mogli tak działać tylko dlatego, że mieli poczucie pełnej swobody. Gdyby ich bezzałogowiec był zagrożony, to po błyskawicznym ataku natychmiast odsyłaliby go na bezpieczną odległość (jak działano np. w Libii). Tymczasem w konflikcie karabachskim można sobie był pozwolić na to, by wlecieć nawet głęboko w teren Armenii i tam przez długi czas poszukiwać cele ataku.

Dlatego po Górskim Karabachu trzeba zakładać, że w kierunku polskiej obrony mogą również najpierw polecieć stare samoloty bojowe przerobione na bezzałogowe wabiki, które na radarze będzie bardzo trudno odróżnić od nowoczesnych myśliwców. Dopiero w ślad za nimi będzie podążała fala dronów, które przy braku w Polsce systemów antydronowych będą po kolei niszczyły uaktywnione systemy obrony przeciwlotniczej. Wtedy nastąpi prawdziwe polowanie na żołnierzy Wojsk Lądowych.

I nie pomoże w tym żadna forma standardowego kamuflażu, prób okopania się czy ukrycia. Jak się okazało w Górskim Karabachu, ziemne stanowiska ogniowe są bardziej wskazaniem celu dla dronów niż schronieniem. Szańce i okopy są bowiem dla operatorów bezzałogowców doskonałą wskazówką, gdzie znajduje się sprzęt wojskowy oraz co gorsza – pokazują, w którym miejscu próbują schronić się ludzie.

Jak się zabezpieczyć przed dronami?

Konflikt azersko-armeński udowodnił wyraźnie, że bez skutecznych systemów antydronowych nie ma możliwości bezpiecznego ukrycia swoich żołnierzy. Nie pomogą w tym: ani opancerzone pojazdy, okopy, osłony antyodłamkowe ani schrony. Dowodem na to są nie tylko materiały video z niszczenia armeńskich pozycji i pojazdów, ale przede wszystkim film z 19 października 2020 roku, jak azerski dron kamikaze „Kargu-2” dosłownie wleciał za armeńskim żołnierzem do ziemianki, niszcząc ją później w wielkiej eksplozji.

Dron ten zresztą stał się o tyle sławny, że według producenta, tureckiej firmy STM, może on już działać w roju złożonym z dwudziestu obiektów, a dodatkowo miał być pierwszym w historii bezzałogowcem, który w marcu 2020 r. w Libii, wykonał skutecznie atak na ludzi samodzielnie, bez końcowej akceptacji operatora. „Kargu-2” ma bowiem możliwość samodzielnego identyfikowania celów.

image
Tureckie drony „Kargu-2” zdolne do samodzielnego wyszukiwania i identyfikowania celu ataku oraz do działania w roju. Fot. STM

Oczywiście zawsze można próbować sobie wmówić, że „inteligentne” systemy bezzałogowe to śpiew dalekiej przyszłości. Jak się jednak okazuje drony bojowe są coraz tańsze w produkcji, łatwe w użyciu przez operatorów, proste w eksploatacji (nie potrzebując wyrafinowanej infrastruktury lotniczej), a co najważniejsze - mają ogromną wartość bojową. Dlatego uzbrojone systemy bezzałogowe muszą być traktowane jako zagrożenie, z którym z całą pewnością zetkną się polscy żołnierze.

Co gorsza, obecnie nie chodzi już tylko o obronę przed pojedynczymi dronami, ale również o walkę z rojami dronów. Już niedługo pojawi się bowiem możliwość atakowania dużą liczbą małych bezzałogowców, które będą potrafiły: wykonywać bezkolizyjnie grupowe manewry, wymieniać między sobą dane o celach, przekazywać sobie zadania oraz zastępować zniszczone elementy w roju. Różnica w odniesieniu do stad ptaków i ławic ryb jest taka, że w roju dronów może być ich kilka typów (np. większe do niszczenia pojazdów i mniejsze do atakowania pojedynczych ludzi).

Takie rozwiązania na pewno już niedługo pojawią się w jakimś konflikcie zbrojnym. Skutki ich użycia przez przeciwnika będą bez wątpienia tragiczne, ponieważ w przypadku roju nie sprawdził się jeszcze żaden, istniejący obecnie, system przeciwlotniczy. Drony będą więc mogły atakować żołnierzy zupełnie bezkarnie.

By się przed tym zagrożeniem zabezpieczyć trzeba opracować i wdrożyć: zarówno systemy antydronowe dla ochrony, jak i systemy bezzałogowe do ataku. Polska jest w o tyle dobrej sytuacji, że posiada ośrodki naukowe i przemysłowe, które są w stanie dostarczyć własne rozwiązania w obu tych dziedzinach. Trzeba tylko, tak jak Azerbejdżan, opracować jasny i konsekwentnie realizowany program wojny dronowej, który dodatkowo będzie innowacyjny – zaskakując ewentualnego przeciwnika.

image
Przygotowywana do działania w roju chińska amunicja krążąca CH-901 startująca również z wyrzutni moździerzowych. Fot. M.Dura

Tymczasem w Polsce zdecydowano się na interwencyjny zakup tureckich dronów Bayraktar TB-2, które owszem, sprawdziły się w Syrii, Libii i Gorskim Karabachu, ale są już znane: zarówno w Rosji, jak i na Białorusi. Rosjanie prawdopodobnie przechwycili dzięki Armeńczykom kilka takich bezzałogowców (podobnie jak izraelską amunicję krążącą) i na pewno już pracują nad sposobem ich neutralizowania. Białoruś jest z kolei państwem, które dostarcza Azerbejdżanowi systemy Walki Elektronicznej (np. zestawy zakłóceń: „Berezina”, „Groza-S” i „Groza-6” współfinansowane zresztą przez Azerów).

Ma więc bezpośredni kontakt z użytkownikiem dronów Bayraktar TB-2 i wie, jak im przeciwdziałać. Tymczasem, żeby mieć pewność, że własne systemy bezzałogowe będą operowały bez zakłóceń – i to dosłownie, trzeba je po prostu produkować u siebie.

image
Polska amunicja krążąca Warmate. Fot. M.Dura

Polski przemysł jest na to gotowy, jak chociażby Grupa WB. Ma ona w swojej ofercie zarówno amunicję krążącą (np. Warmate) i drony (np. Flyeye, FT-5 „Łoś”), jak i rozwiązania bardziej kompleksowe Wampir (W2MPIR), który pozwala na pokonanie i przełamanie obrony przeciwnika. Wszystkie te konstrukcje zostały opracowane przez polskich inżynierów, a więc gwarantują pełną autonomiczność i bezpieczeństwo ich wykorzystania.

Mamy też instytuty badawczo-naukowe, które jak Wojskowy Instytut Techniczny Uzbrojenia w przypadku amunicji krążącej Warmate już udowodniły, że są w stanie zabezpieczyć Wojsko Polskie w rozwiązania na najwyższym, światowym poziomie. Trudno jest więc zrozumieć, dlaczego zamówiono drony bojowe w Turcji i to bez transferu technologii.

Podobne zdziwienie może budzić podejście do systemów Walki Elektronicznej, które w Polsce są zamawiane w szczątkowych ilościach. Tymczasem należąca do PGZ spółka PIT Radwar już od dawna zabezpiecza polskie siły zbrojne w różnego rodzaju, nowoczesne urządzenia radiolokacyjne. Jeżeli więc coś jest potrzebne to trzeba takie rozwiązanie po prostu zamówić.

image
Polski system antydronowy Ctrl+Sky. Fot. M.Dura

Tym bardziej, że na polskim rynku jest dużo innych firm, które od lat proponują swoje rozwiązania antydronowe, jak np.: Wojskowe Zakłady Uzbrojenia, Wojskowe Zakłady Elektroniczne, AM Technologies, Hertz Systems, APS - Advanced Protection Systems, itd. Nasze systemy (np. Ctrl+Sky firmy APS) są również sprzedawane za granicę, jednak w polskiej armii nadal nie ma do nich odpowiedniego przekonania.

Całe to zaplecze naukowo-przemysłowe daje szansę: nie tylko na przygotowanie się do wojny dronowej, ale dodatkowo na stworzenie jednorodnego, wielowarstwowego systemu obrony przeciwlotniczej, przygotowanego na odparcie każdej formy ataku powietrznego. W ten sposób byłaby lepsza możliwość doboru optymalnego efektora do pojawiającego się zagrożenia oraz bardziej racjonalnego wykorzystania już istniejących zasobów. Do walki z dronami (szczególnie tymi większymi) można by np. wykorzystać polskie, przenośne przeciwlotnicze zestawy „Piorun”.

Część rosyjskich specjalistów uważa, że rosyjskie systemy tej klasy: „Wierba” i „Igła” mają problemy z wykrywaniem bezzałogowców o małym kontraście termicznym (np. tureckich Bayraktar TB2). Pokazanie, że „Pioruny” nie mają z tym większego kłopotu byłoby świetną reklamą dla i tak doskonale ocenianych, polskich zestawów MANPADS.

Dobrym przykładem takiego generalnego i wszechstronnego podejścia może być Izrael, który traktuje systemy antydronowe tak samo poważnie, jak środki zwalczania rakiet, samolotów i śmigłowców. Włączył je więc do swojego wielowarstwowego systemu obrony przeciwlotniczej i dba: zarówno o ich rozwój, jak i o jak najszybsze wprowadzanie do sił. Do zwalczania dronów, także w warunkach bojowych używane są też od niedawna odpowiednio zmodernizowane zestawy Iron Dome, które dzięki temu są uniwersalnym elementem tego systemu.

Jak widać wojny w Syrii, Libii i Górskim Karabachu zmieniają podejście do sposobu zabezpieczania własnych wojsk. Brak dedykowanego programu anydronowego oraz zakup dronów uderzeniowych w Turcji, a nie w Polsce, świadczy jednak o tym, że dla polskiej generalicji to czołgi i armaty są nadal najważniejsze.

Komentarze