Reklama
  • ANALIZA
  • OPINIA
  • WIADOMOŚCI

Trump „porywa” Grenlandię, by zdobyć Arktykę [OPINIA]

Odebranie Grenlandii od Danii ma zwiększyć dostęp amerykańskiego biznesu do Arktyki, która wtedy byłaby dzielona nie przez pięć państw, a tylko przez cztery.

Obecny udział USA, przy podziale Arktyki, według rosyjskiego punktu widzenia
Obecny udział USA, przy podziale Arktyki, według rosyjskiego punktu widzenia
Autor. CIA World Factbook/M.Dura
Co Amerykanie dostaliby na samej Grenlandii? Nie minerały i bezpieczeństwo, ale Arktyka Grenlandia początkiem wojny o wyspy

Największą manipulacją obecnej administracji Białego Domu jest twierdzenie, że zabranie Grenlandii od Danii zwiększy amerykańską obecność wojskową w tamtym rejonie świata, co poprawi bezpieczeństwo Stanów Zjednoczonych i w ogóle całego świata. Problem polega na tym, że amerykańskie wojska są już obecne na tej wyspie zgodnie z umową zawartą z Danią w 1941 roku. Rząd USA, w zamian za zapewnienie bezpieczeństwa wojskowego wyspy, otrzymał także prawo do budowy na niej potrzebnej do tego infrastruktury.

Reklama

Było to konieczne, ponieważ władze III Rzeszy planowały przejąć Grenlandię i zbudować na niej m.in. wojskową stację meteorologiczną. Teraz Donald Trump straszy, że podobne plany wobec tej wyspy mają Chiny i Rosja, a na to nie ma zgody ze strony Stanów Zjednoczonych. Duńczycy jednak cały czas przypominają, że ewentualny atak na Grenlandię byłby również atakiem na NATO. Dodatkowo nikt w Danii nie będzie przeszkadzał Amerykanom we wzmocnieniu ich jedynej obecnie grenlandzkiej bazy Pituffik Space Base w północno-zachodniej części wyspy, a nawet w odbudowie ukrytej pod lodem bazy Camp Century ulokowanej 240 km na wschód od Pituffik.

Układanie metalowego sklepienia na wydrążonych tunelach lodowych podczas budowy obecnie opuszczonej, amerykańskiej bazie Camp Century
Układanie metalowego sklepienia na wydrążonych tunelach lodowych podczas budowy obecnie opuszczonej, amerykańskiej bazie Camp Century
Autor. Domena publiczna

W tym drugim przypadku ważne byłoby również to, żeby Amerykanie posprzątali po sobie. Opuszczając Camp Century w 1967 roku (ze względu na zbyt szybkie ruchy lodowca), pozostawili w tunelach wykutych w lodzie zarówno ogromną ilość materiałów budowlanych (drewno i stal), jak również 200 tysięcy litrów paliwa i radioaktywne odpady, pozostałe po znajdującym się tam w latach sześćdziesiątych reaktorze atomowym (który zasilał w energię całą, znajdującą się pod lodem bazę). Amerykanie oczywiście reaktor zabrali, ale radioaktywnych śmieci już nie.

Zgoda Duńczyków na zwiększanie amerykańskiej obecności na Grenlandii jest o tyle zrozumiała, że baza Pituffik jest rzeczywiście bardzo ważna z punktu widzenia strategicznej obrony całej Ameryki Północnej. Znajdują się tam bowiem systemy wczesnego ostrzegania, które zostały zaprojektowane w celu wykrywania i śledzenia rakiet balistycznych wystrzelonych w kierunku Stanów Zjednoczonych od północy. Informacje stamtąd są więc przekazywane bezpośrednio do Dowództwa Obrony Północnoamerykańskiej Przestrzeni Powietrznej i Kosmicznej NORAD (North American Aerospace Defense Command) i przyspieszają reakcję na ewentualny atak ze strony Rosji.

Zdjęcie lotnicze amerykańskiej bazy Widok z lotu ptaka na bazę kosmiczną Pituffik Spase Base
Zdjęcie lotnicze amerykańskiej bazy Widok z lotu ptaka na bazę kosmiczną Pituffik Spase Base
Autor. Wikipedia

W Pituffik znajduje się również baza lotnicza z asfaltowym pasem startowym o wymiarach 3047 na 42 m, która cały czas obsługuje loty nie tylko amerykańskie, ale również międzynarodowe. Wszystko to jest obsługiwane przez duńsko-amerykański personel liczący w 2010 roku około 600 osób. Amerykańskich żołnierzy jest więc więcej na wyspie niż duńskich. Ale ponad 15 razy mniej niż przebywało na Grenlandii w latach pięćdziesiątych (gdy była tam baza bombowców strategicznych).

Ta liczba zmniejszyła się ze względu na koszty operacyjne, które mają być aż dziesięć razy wyższe niż w innych lotniczych bazach amerykańskich. Wynika to chociażby z tego, że energia elektryczna pochodzi z generatorów zasilanych drogim paliwem lotniczym.

Trzeba jednak pamiętać, że zgoda na pobyt amerykańskich wojsk na Grenlandii nie była bezwarunkowa. Amerykanie mogą bowiem przebywać na tej wyspie tylko wtedy, gdy Dania i Stany Zjednoczone będą członkami NATO, jak również kiedy nad amerykańską bazą będzie powiewała duńska flaga. I być może to właśnie dlatego te warunki stały się dla wybujałego ego Trumpa nie do przyjęcia.

Co Amerykanie dostaliby na samej Grenlandii?

Jak widać, Amerykanom wcale nie chodzi o bezpieczeństwo. To w takim razie o co? Teoretycznie odpowiedź jest prosta – o ziemię. Grenlandia jest największą wyspą na świecie, jeżeli chodzi o powierzchnię. Są więc amerykańscy miliarderzy, którzy uważają, że jest tam sytuacja podobna do tej, jaka była w Stanach Zjednoczonych na „Dzikim Zachodzie” i w Australii w XIX wieku. A tam wtedy można było kupić ogromne połacie ziemi teoretycznie niczyjej – nie przejmując się ludnością tubylczą. Na Grenlandii byłaby zresztą o tyle lepsza sytuacja, że na ogromnej części tej wyspy, ze względu na klimat i lądolód, nie ma Inuitów – a więc odpowiedników Aborygenów i Indian.

Reklama

Tymczasem już wiadomo, że na Grenlandii znajdują się bogate złoża różnych minerałów, których zresztą w dużej części nie udało się odkryć, chociażby przez lądolód zajmujący ponad 80% powierzchni wyspy. Ale nawet teren niepokryty lądem jest większy niż powierzchnia Polski, bo ma ponad 400 tysięcy kilometrów kwadratowych. A do tego trzeba jeszcze doliczyć wyłączną, morską strefę ekonomiczną, również bogatą w różne zasoby.

Jak na razie wiadomo, że na zbadanej części Grenlandii znaleziono pokłady: żelaza, miedzi, aluminium, niklu, cynku, wolframu, grafitu, tytanu, uranu, platyny i złota. Mówi się również, że wyspa ta jest bogata w złoża minerałów ziem rzadkich. Raport Amerykańskiej Służby Geologicznej (USGS) miał według „The Economist” wskazywać na obecność na Grenlandii aż 43 z 50 minerałów uznanych przez Stany Zjednoczone za krytyczne. Trump robi teraz wszystko, by uwierzono, że konkurowanie z Chinami w wyścigu technologicznym byłoby łatwiejsze po uzyskaniu dostępu do grenlandzkich bogactw naturalnych.

Przewrotnością tej argumentacji jest jednak to, że Amerykanie wcześniej niewiele robili, by taką przewagę technologiczną uzyskać. Media amerykańskie wskazują np., że „prawie wszystkie minerały ziem rzadkich wydobywane z amerykańskich ziem są wysyłane do Chin w celu przetworzenia”, ponieważ Stany Zjednoczone nie dysponują technologiami niezbędnymi do rafinacji tych surowców. Co więc z tego, że coś zostanie wydobyte na Grenlandii, jeżeli i tak to coś trzeba będzie wysłać do chińskich firm.

Mapa Grenlandii z zaznaczoną amerykańską bazą wojskową Thule (obecnie Pituffik)
Mapa Grenlandii z zaznaczoną amerykańską bazą wojskową Thule (obecnie Pituffik)
Autor. CIA World Factbook

Problem polega również na tym, że sama amerykańska służba USGS w 2024 roku uplasowała Grenlandię dopiero na ósmym miejscu na świecie, jeżeli chodzi o rezerwy ziem rzadkich, tuż za Stanami Zjednoczonymi i daleko za takimi krajami jak Brazylia, Wietnam i Chiny. Dodatkowo dostęp do złóż w tych państwach jest o wiele łatwiejszy niż na Grenlandii. Główną przeszkodą jest oczywiście klimat, ale równie ważny jest brak koniecznej infrastruktury przemysłowej do przerobu na miejscu wydobytych minerałów.

Dodatkowo wielkość złóż mineralnych na Grenlandii w dużej części jest wielką niewiadomą. Przykładem może być spór na temat ropy naftowej. Raport USGS z 2008 roku miał według „The Economist” wskazywać, że „odwierty na wybrzeżu Grenlandii mogłyby dostarczyć 52 miliardy baryłek ropy”. Nie potwierdził tego jednak grenlandzki geolog Minik Rosing, profesor Uniwersytetu w Kopenhadze, który w wywiadzie dla CBS News zaprzeczył, by udało się znaleźć na wyspie takie złoża ropy naftowej i gazu, pomimo prowadzonych od 50 lat poszukiwań. Dodał również, że „na świecie jest wiele miejsc, gdzie minerały są łatwiejsze i tańsze do zdobycia, w tym w USA”.

Najdziwniejsze w argumentacji Trumpa jest jednak to, że grenlandzki rząd zabiega aktywnie o amerykańskie inwestycje już od kilkudziesięciu lat. Zamiast współpracy przemysłowej obecny Biały Dom oferuje jednak złudzenie, że na złożach Grenlandii można bardzo szybko zarobić. I wielu amerykańskich polityków w to uwierzyło. Jest to jednak prawda głównie w przypadku złota. W przypadku innych minerałów, ich złoża mogą być rzeczywiście bogate, ale by je wykorzystać potrzeba będzie dużo czasu i jeszcze więcej pieniędzy.

Nie minerały i bezpieczeństwo, ale Arktyka

Rzeczywistym powodem, dla którego Donald Trump chce zająć Grenlandię, są prawdopodobnie jego wybujałe ego i Ocean Arktyczny. Trump zafascynowany Władimirem Putinem nie tylko bowiem przejmuje sposoby działania swojego kremlowskiego odpowiednika, ale również jego idee fixe. W przypadku Putina jest to już od wielu lat Arktyka, która dla prezydenta Rosji jest czymś w rodzaju tortu. Według Rosjan „tort” ten już niedługo trzeba będzie podzielić, nie patrząc jednak na tradycyjny, dwustumilowy pas wyłącznej, morskiej strefy ekonomicznej, ale wycinając „ćwiartki” z wierzchołkiem w miejscu Bieguna Północnego. Rosja tworzy więc wojska arktyczne, by w razie potrzeby siłą nadzorować to, co jest już uznawane przez dużą część Rosjan jako rosyjskie.

W podziale tego „tortu” metodą Putina jak na razie może wziąć udział sześć innych państw, bezpośrednio graniczące z Morzem Arktycznym, a więc Norwegia, Wielka Brytania, Islandia, Dania (poprzez Grenlandię), Kanada i Stany Zjednoczone. Problemem dla Trumpa jest to, że najmniej do powiedzenia mają tu Amerykanie, którzy dzięki kupieniu Alaski mają dostęp tylko do około 1/14 całego kręgu arktycznego. Dodatkowo z Alaski do Bieguna Północnego jest bardzo daleko, bo aż 2700 km.

O wiele bliżej mają Rosjanie, Norwedzy, Kanadyjczycy (810 km w przypadku wyspy Ellesmere), a najbliżej Duńczycy. Grenlandia znajduje się bowiem zaledwie 710 km od Bieguna Północnego, a jeszcze bliżej, należąca do niej mała wyspa Kaffeklubben (707 km), która oficjalnie jest uznawana za najdalej na północ wysunięty skrawek lądu na Ziemi.

Radar wczesnego ostrzegania bardzo dalekiego zasięgu UEWR w bazie Pituffik na Grenlandii w 2022 roku przy stałych dwóch antenach zapewnia obserwację w kącie 240 stopni
Radar wczesnego ostrzegania bardzo dalekiego zasięgu UEWR w bazie Pituffik na Grenlandii w 2022 roku przy stałych dwóch antenach zapewnia obserwację w kącie 240 stopni
Autor. USAF

Topniejąca pokrywa lodowa Arktyki daje kontrolę nad zupełnie nowymi, całorocznymi szlakami morskimi, jak również dostęp do bogatych złóż minerałów, które znajdują się na Morzu Arktycznym. Są one oczywiście bardzo często na dużych głębokościach, jednak coraz więcej wskazuje na możliwość pojawienia się podwodnych systemów bezzałogowych, wspieranych przez sztuczną inteligencję, które na tej głębokości będą mogły wykonywać pracę za ludzi. I już teraz Trump chce się do tego przygotować.

Reklama

Grenlandia początkiem wojny o wyspy

Filozofia i argumentacja Trumpa to kolejna Puszka Pandory, jaką otwierają Amerykanie. Wszyscy z uśmiechem potraktowali propozycję zapłacenia mieszkańcom Grenlandii za zgodę na przyłączenie się do Stanów Zjednoczonych. Jednak tak naprawdę nie ma się z czego śmiać. Podobną ofertę finansową mogą bowiem przedstawić Grenlandzykom również inne państwa, w tym Kanada, leżąca przecież bliżej niż Stany Zjednoczone oraz Chiny. Chińskie okręty już niejednokrotnie gościły na Oceanie Arktycznym, chcąc pokazać, że Chińczycy również nie zamierzają rezygnować z prawa do tego regionu. Teoretycznie, jeżeli to pieniądze mają decydować o losie Grenlandii, to zakupem mogą być nawet zainteresowane kraje arabskie.

Największy problem wynika jednak ze sposobu, w jaki Donald Trump neguje prawa własności Danii do Grenlandii. Tłumaczy on bowiem, że nie można takiego prawa nadawać tylko dlatego, że „jakiś statek przypłynął tam kilkaset lat temu”. W ten sposób Trump zanegował dotychczasowy sposób podziału świata i poddał w wątpliwość - nie tylko przynależność Grenlandii, ale również wielu innych wysp na całej Ziemi. Na Morzu Arktycznym przy takiej argumentacji Trumpa w niebezpieczeństwie znalazły się także wyspy należące do innych, potencjalnych udziałowców „arktycznego tortu”, czyli Norwegii, Kanady i Islandii.

Co ciekawe, prawo do ich przejęcia mogą teraz wysuwać inne mocarstwa atomowe, w tym Chiny i Rosja. Tym bardziej, iż argumentacja użyta przez Trumpa nie opiera się na logice, ale na broni atomowej. Dzięki Trumpowi kraje pozbawione tego uzbrojenia mogą teoretycznie nie mieć niczego do powiedzenia, gdyby np. Rosja zechciała przejąć norweskie: Wyspę Niedźwiedzią, archipelag Svalbard lub nawet małą, wulkaniczną wyspę Jan Mayen znajdującą się tylko 500 km na wschód od Grenlandii i aż 900 km od Norwegii.

Takich bezludnych wysp na Ziemi jest zresztą o wiele więcej i teraz może rozpocząć się swoista walka o ich przejęcie. Sprawa jest o tyle poważna, że w odniesieniu do Grenlandii Trump zamierza działać „po dobroci albo w sposób bardziej zdecydowany”. Jeszcze do niedawna takie groźby wypowiedziane przez prezydenta Chin w odniesieniu do spornych wysp na Morzu Wschodniochińskim (Senkaku/Diaoyu) i na Morzu Południowochińskim (Spratly, Paracel) wywołałyby protesty i oburzenie. Teraz już jednak nikogo nie będą bulwersowały. Groźby w odniesieniu do Danii są więc w jakiś sposób również wymierzone w Japonię, Tajwan, Malezję, Filipiny i Wietnam.

Być może Trump rozpoczyna w ten sposób zupełnie niepotrzebnie nową wojnę, tym razem „Wojnę o wyspy”.

Reklama
PROGNOZA 2026 | Jakie drony na Ukrainie? | Flota cieni na Bałtyku | Defence24Week #142
Reklama