Reklama

Rosja traci „sferę” wpływów?

Wizyta wiceprezydenta J.D. Vance’a w Armenii i Azerbejdżanie na początku lutego została okrzyknięta triumfalnym kamieniem milowym w procesie pokojowym, w którym pośredniczyły Stany Zjednoczone. Służyła ona jednak również innemu, ważniejszemu celowi – próbie skutecznej reorganizacji regionu w taki sposób, aby nie tylko Rosja, ale i Iran znalazły się na uboczu, odizolowane od kluczowej osi handlowej, która wyłania się na Kaukazie Południowym.

Autor. Vice President JD Vance / X

„Historyczna” trasa

Symbolika dwudniowej podróży Vance’a po Kaukazie była oczywista. Miała ona być dowodem na to, że administracja Trumpa potrafi „zawrzeć pokój”, podczas gdy innym udało się jedynie wynegocjować zawieszenie broni. Tym samym Vance w pierwszej kolejności promował Szlak Trumpa na rzecz Międzynarodowego Pokoju i Dobrobytu (TRIPP), tj. planowane połączenie tranzytowe przez południową Armenię, łączące Azerbejdżan z jego eksklawą Nachiczewanem i dalej z Turcją. Projekt ten miał na celu reaktywację odcinka linii kolejowej z czasów sowieckich i przekształcenie go w arterię handlową zaprojektowaną specjalnie z myślą o ominięciu Rosji i Iranu.

W Armenii zespół Vance’a doprowadził do wypracowania cywilnej umowy o współpracy jądrowej, która mogłaby otworzyć drogę do szeroko zakrojonego eksportu z USA oraz wprowadzenia amerykańskiej technologii jądrowej, zastępującej starzejącą się elektrownię atomową w Mecamorze, pochodzącą jeszcze z czasów ZSRR.

W Azerbejdżanie podpisano z kolei umowę o partnerstwie strategicznym, która obejmuje zobowiązania dotyczące współpracy obronnej, bezpieczeństwa energetycznego i technologii, a także wsparcia USA dla potencjału bezpieczeństwa morskiego Azerbejdżanu.

Nie ulega wątpliwości, że Waszyngton dąży obecnie do utrwalenia regionalnej reorganizacji poprzez bezpośrednie włączenie się w infrastrukturę, sektor energetyczny oraz architekturę bezpieczeństwa regionu, wykraczając daleko poza samą rolę mediatora w negocjacjach pokojowych.

Powojenna dyplomacja

Choć w narracji dyplomatycznej wokół tej podróży podkreślano rolę mediacji amerykańskich, w rzeczywistości decydujący moment w regionie nastąpił wcześniej, we wrześniu 2023 roku, kiedy Azerbejdżan po krótkiej ofensywie militarnej odzyskał Górski Karabach, a Armenia została zmuszona do przyznania się do porażki. Konflikt, który kształtował region przez ponad trzy dekady, zakończył się nie w wyniku negocjacji, lecz asymetrii w skali sił i braku rosyjskiego wsparcia dla Armenii.

Właśnie dlatego amerykańska obecność jest dziś tak istotna. Waszyngton nie zakończył wojny. Strona amerykańska podjęła raczej próbę ustrukturyzowania tego, co ma nastąpić później w odniesieniu do kwestii granic, tranzytu, zewnętrznych gwarancji oraz podstaw współpracy handlowej, które mogą albo ustabilizować nowy powojenny porządek regionalny, albo zasiać ziarno kolejnego kryzysu.

Nowo kształtująca się sytuacja na Kaukazie po 2023 roku, tym razem powstająca bez ingerencji Rosji, przesunęła powojenną architekturę bezpieczeństwa w stronę Waszyngtonu, z kolei rosyjski arsenał skutecznego zarządzania na Kaukazie Południowym zaczął wydawać się przestarzały – zwłaszcza pod ciężarem wojny na Ukrainie. Moskwa bowiem tradycyjnie preferuje zarządzanie „bliską zagranicą” w przestrzeni nierozwiązanych konfliktów, niejasnych linii kontroli i mandatów pokojowych, które jednocześnie służą jako instrumenty wpływu.

Podejście administracji Trumpa odzwierciedla z kolei inne rozumienie pokoju. Zamiast budować stabilność poprzez gwarancje międzynarodowe, dąży ona do jej osadzenia w gospodarce. Logika leżąca u podstaw jest prosta: jeśli przepływy handlowe zależą od współpracy, współpraca staje się racjonalna, a przy tym mniej narażona na nieoczekiwane kryzysy.

Korytarz TRIPP ucieleśnia to myślenie. Armenia zyskuje inwestycje i obecność międzynarodową. Azerbejdżan zyskuje dostęp do Nachiczewanu i Turcji. Stany Zjednoczone zyskują strategiczne miejsce w euroazjatyckich sieciach komunikacyjnych.

Kluczowym elementem jest tutaj także koncepcja zarządzania korytarzem. Zakłada się, że projekt nie tylko zostanie zbudowany przy wsparciu USA, ale także będzie zarządzany i kontrolowany przez podmiot powiązany z USA, z określonymi udziałami i harmonogramami koncesji. Ta logika własności jest kluczowa dla modelu „dyplomacji transakcyjnej” administracji Trumpa.

Dlaczego Rosja postrzega TRIPP jako bezpośrednie wyzwanie?

W porozumieniach o zawieszeniu broni z 2020 roku, zawartych po drugiej wojnie o Karabach, Moskwa przyjęła stanowisko, które pozwalało jej nadzorować ponowne otwarcie transportu. TRIPP koncepcyjnie zastępuje tę logikę, ograniczając przy tym możliwości Moskwy do roszczenia sobie statusu „operatora” w odniesieniu do tego kluczowego połączenia tranzytowego. Jednocześnie nie chodzi o to, że Rosja zostałaby formalnie „wyrzucona” z regionu. Chodzi o to, że Rosja przestałaby być potrzebna.

Moskwa od dawna postrzegała Kaukaz Południowy jako naturalne przedłużenie swojego strategicznego otoczenia. Po upadku Związku Radzieckiego rosyjskie wpływy w regionie opierały się na prostej zasadzie: miały być postrzegane jako pożądane i niezbędne. Armenia była zależna od Rosji w kwestii bezpieczeństwa. Azerbejdżan – w kwestii równowagi. Gruzja była zależna od Rosji, niezależnie od tego, czy tego chciała, czy nie. Każdy nierozwiązany konflikt wzmacniał tę centralną rolę. Rosja nie musiała dominować nad innymi aktorami w regionie. Musiała po prostu pozostać dla nich niezastąpiona w kluczowych kwestiach. Pomimo utrzymywania tej strategii przez ostatnie kilkadziesiąt lat, niedawna wizyta Vance’a w Azerbejdżanie i Armenii bezpośrednio zakwestionowała to założenie, otwierając państwa kaukaskie na możliwe alternatywy ze strony Zachodu.

Armenia na drodze do suwerenności energetycznej

Armenia jest strukturalnie najsłabszą stroną w tym trójkącie. Podczas gdy Azerbejdżan może dywersyfikować swoje działania i negocjować siłą, Armenia od dziesięcioleci opiera się na współpracy z Rosją w zakresie bezpieczeństwa narodowego i energetycznego, przy czym Iran stanowił dodatkowe źródło energii. To właśnie ta zależność jest obecnie celem Waszyngtonu. Amerykanie nie domagają się jednak nagłego geopolitycznego „zerwania”; wręcz przeciwnie, strategicznie pozycjonują się jako aktor oferujący alternatywne źródła rozwoju i bezpieczeństwa.

Umowa nuklearna jako strategiczny klin

Agencja Reuters, relacjonując wydarzenia w Armenii, określiła amerykańsko-armeńskie porozumienie o współpracy w zakresie cywilnej energetyki jądrowej – powszechnie znane jako „Porozumienie 123” – jako drogę do dużych wolumenów eksportu oraz długoterminowych kontraktów na paliwo i konserwację.

Z technicznego punktu widzenia umowy nuklearne obejmują reaktory, bezpieczeństwo, licencje i cykle paliwowe. Partnerstwa nuklearne zazwyczaj tworzą jednak coś więcej. Stanowią one podstawę długoterminowych więzi, w tym harmonizacji przepisów, programów szkoleniowych, wyspecjalizowanych łańcuchów dostaw i długoterminowych relacji operacyjnych. Innymi słowy, stają się kanałem wpływów – w tym przypadku wpływów amerykańskich.

Rosja wie o tym lepiej niż ktokolwiek inny. Przez lata wykorzystywała eksport energii jądrowej (za pośrednictwem Rosatomu) jako główny instrument wpływu w niektórych częściach Eurazji, Bliskiego Wschodu i Afryki. Nie dziwi więc, że Moskwa ostro zareagowała na amerykańskie ambicje nuklearne wobec Armenii, publicznie podnosząc kwestie bezpieczeństwa oraz akcentując konkurencyjność Rosatomu.

Dlaczego odpowiedź Moskwy brzmiała „defensywnie”?

Po wizycie Vance’a Kreml przyjął nadzwyczaj spokojną postawę retoryczną, podkreślając suwerenność Armenii i Azerbejdżanu oraz fakt, że Rosja będzie rozwijać wzajemnie korzystne relacje. Jednocześnie jednak zasygnalizował, że Rosja się nie podda i jest gotowa konkurować o każdy nowy ormiański projekt nuklearny. Wydaje się to modelową retoryką państwa, które wciąż dysponuje zasobami, lecz ma coraz mniejsze pole manewru. Nie może łatwo „ukarać” Armenii za jej geopolityczną zmianę, nie przyspieszając jednocześnie dryfu Erywania w kierunku Zachodu. Nie jest również w stanie prześcignąć amerykańskiej oferty politycznej, ponieważ Waszyngton oferuje to, czego Armenia coraz bardziej pragnie: dywersyfikację i gwarancje zewnętrzne, których Rosja nie była w stanie zapewnić nawet w 2023 roku. Jednocześnie nie może łatwo eskalować działań wojskowych na Kaukazie Południowym, biorąc pod uwagę obecne skupienie na wojnie w Ukrainie.

Ograniczenia Rosji nie eliminują jednak jej potencjału sprawczego. Moskwa wciąż może reagować — choć nie z taką łatwością i pewnością jak wcześniej. Może krytykować lub, przeciwnie, składać korzystniejsze oferty. Nie jest już jednak niekwestionowanym architektem regionalnego ładu, czego zdają się być świadome byłe republiki radzieckie. W tej sytuacji rysuje się kilka możliwych kierunków rosyjskiego działania:

Rosja może konkurować gospodarczo i aktywnie (być może także agresywnie) zabiegać o modernizację armeńskiego sektora nuklearnego, akcentując przewagę kosztową i własne doświadczenie oraz starając się utrzymać przynajmniej część tej branży jako przyczółek wpływów.

Może również oferować selektywne ustępstwa, ograniczać presję polityczną wobec Armenii, proponować korzystniejsze warunki energetyczne lub handlowe i w ten sposób próbować odbudować zaufanie swojego dotychczasowego partnera.

Nie można wykluczyć także działań pośrednich skupionych na pogłębianiu wewnętrznych podziałów, wykorzystywaniu polaryzacji politycznej i promowaniu narracji przedstawiających amerykańskie projekty jako zagrożenie dla suwerenności państw regionu, zwłaszcza Armenii, gdzie debata wokół korytarzy transportowych pozostaje politycznie drażliwa.

Wreszcie Moskwa może przyjąć strategię wyczekiwania, licząc na zmęczenie procesem wdrażania TRIPP, a przy tym zakładając, że projekt utknie pod ciężarem finansowania, złożoności technicznej, regionalnej nieufności oraz zmieniających się priorytetów politycznych w USA. W przypadku opóźnień względna pozycja Rosji uległaby poprawie bez konieczności ponoszenia przez nią znaczących kosztów.

Reklama

To, którą z tych ścieżek Rosja ostatecznie wybierze, zależeć będzie przede wszystkim od skali zasobów, jakimi będzie dysponować w trakcie trwających działań w Ukrainie, oraz od tego, na ile wiarygodne okaże się amerykańskie zaangażowanie, gdy minie już etap politycznych deklaracji i symbolicznych gestów.

Analizując obecne przemiany zachodzące na Kaukazie, należy jednak zauważyć, że Armenia w rzeczywistości nie dokonuje głośnego, otwarcie „antyrosyjskiego” zwrotu. Wręcz przeciwnie, władze w Erywaniu starają się opierać swoją politykę zagraniczną na zasadach dywersyfikacji i braku otwartej wrogości, co ma na celu zmniejszenie ryzyka odwetu i pozostawia otwartą możliwość współpracy z Rosją w niektórych obszarach, nawet jeśli strategiczny środek ciężkości przesunie się w stronę Waszyngtonu.

Z perspektywy Waszyngtonu taki stopniowy rozwój może być nawet korzystniejszy, ponieważ normalizuje obecność USA, nie wciągając Armenii w kryzys „wyboru obozu”, który mógłby zdestabilizować politykę wewnętrzną lub sprowokować rosyjskie kontrposunięcia.

Azerbejdżan jako centrum kompatybilne z Zachodem

Podczas gdy Armenia dąży do ograniczenia swojej zależności, Azerbejdżan stara się przede wszystkim maksymalnie wykorzystać sprzyjające okoliczności. Wyszedł on z konfrontacji w Karabachu z poczuciem strategicznego rozpędu. Pogłębił współpracę z Turcją, utrzymał pragmatyczne kanały komunikacji z Rosją, zwiększył swoje znaczenie energetyczne dla Europy i – co wydaje się kluczowe – pozycjonował się jako potencjalny pomost w szerszej koncepcji korytarza Wschód-Zachód.

Strategiczne partnerstwo podpisane podczas wizyty Vance’a w Baku zostało przedstawione jako początek „zupełnie nowej fazy” współpracy, koncentrującej się na sprzedaży obronności, sztucznej inteligencji, bezpieczeństwie energetycznym i zwalczaniu terroryzmu, a także na zobowiązaniach USA związanych z bezpieczeństwem morskim.

Nawet bez pełnego ujawnienia szczegółów każdego aneksu, kierunek jest jasny. Baku zależy na prestiżu, dostępie do zaawansowanych technologii i współpracy obronnej, dodatkowych możliwościach zrównoważenia relacji między Rosją a Iranem oraz większej integracji z planami łączności zorientowanymi na Zachód.

Waszyngton z kolei dąży do stworzenia trwałych ram opartych na energetyce i tranzycie, a także do węzła, który umożliwi mu rozszerzenie wpływów na wschód, w kierunku Azji Środkowej, bez konieczności „przechodzenia” przez Rosję. Położenie geograficzne Azerbejdżanu czyni go z natury cennym, gdyż leży między Rosją a Iranem, ma linię brzegową nad Morzem Kaspijskim i ugruntowane partnerstwo z Turcją.

Waszyngton najprawdopodobniej zakłada, że zacieśnienie więzi z Baku pomoże umocnić prozachodnią orientację w regionie bez konieczności przekształcania Azerbejdżanu w „model demokracji zgodny z wartościami”. Odzwierciedla to szerszy trend: odchodzenie od partnerstw opartych na wartościach na rzecz pragmatycznej współpracy gospodarczej.

Iran wobec rosnącego zaangażowania USA w regionie

Liczne relacje z podróży Vance’a jednoznacznie wiążą zwiększoną rolę USA z powstrzymywaniem Iranu w okresie wzmożonych napięć i negocjacji dotyczących programu nuklearnego Teheranu. Z perspektywy Iranu, wspierany przez USA korytarz, przebiegający w pobliżu jego północnej granicy, stanowi strategiczne wyzwanie, nawet jeśli nominalnie ma charakter komercyjny. Zwiększa on nie tylko widoczność USA, ale także ich wpływy w regionie, potencjalnie zmniejszając dochody Iranu i przychody z tranzytu. Ponadto zacieśnia „pierścień komunikacyjny” łączący Turcję, Kaukaz, Morze Kaspijskie i Azję Środkową.

To, czy Iran będzie w stanie w istotny sposób sprzeciwić się realizacji TRIPP, pozostaje odrębną kwestią. Ta sama logika, która ogranicza dziś Rosję (m.in. ograniczone możliwości oraz rozbieżne priorytety), dotyczy także Iranu, zwłaszcza że projekt wspierany jest wiarygodnym zaangażowaniem Stanów Zjednoczonych i udziałem kluczowych zachodnich partnerów gospodarczych.

Nie oznacza to jednak bierności Teheranu. Może on nadal działać w sposób charakterystyczny dla regionalnych mocarstw średniego szczebla, tj. wywierać presję pośrednio poprzez sygnały polityczne, retorykę wokół granic, selektywne środki ekonomiczne oraz wyważone tarcia.

Gruzja: Rażące pominięcie i koszt dryfu

Być może najbardziej wymownym elementem podróży Vance’a nie było to, dokąd się udał, lecz to, dokąd nie pojechał. Gruzja, niegdyś najbliższy partner Waszyngtonu na Kaukazie Południowym, nie znalazła się w jego planie wizyty.

Przez dekady znaczenie Gruzji opierało się na jej roli tranzytowej i orientacji na Zachód. Jednak ostatni dryf polityczny, obawy o demokrację i rosnące więzi z Chinami i Rosją osłabiły jej pozycję w Waszyngtonie. W miarę jak Armenia i Azerbejdżan dążą do normalizacji i nowych połączeń transportowych, Gruzja ryzykuje utratę pozycji kluczowego korytarza komunikacyjnego dla regionu. Na Kaukazie bowiem już sama uwaga jest formą władzy. Bycie pomijanym sygnalizuje zatem zmianę priorytetów.

Podróż Vance’a podkreśliła również brutalną rzeczywistość: Tbilisi zostało pominięte, ponieważ w erze transakcjonizmu strategiczna użyteczność często przyćmiewa sentymentalne narracje o sojuszach. Gruzja wciąż może odzyskać swoje znaczenie, ale tylko wtedy, gdy dostosuje się do wyraźniejszego kierunku zachodniego.

Przyszłość przestrzeni postsowieckiej

Najważniejszy rezultat wizyty Vance’a wydaje się jednak dość subtelny. Rosja nie została z Kaukazu Południowego ani wyparta, ani pokonana. Region zamiast tego przestał być automatycznie uznawany za rosyjską strefę wpływów, a Stany Zjednoczone pojawiły się tam nie jako militarny protektor, lecz jako twórca nowych mechanizmów i powiązań.

Szerszym kontekstem jest stopniowy rozpad postsowieckiego układu geopolitycznego. Inwazja Rosji na Ukrainę jedynie przyspieszyła proces, który już wcześniej był widoczny. Byłe Republiki Radzieckie coraz częściej prowadzą wielowymiarową politykę zagraniczną. Współpracują z Rosją tam, gdzie jest to przydatne, ale nie akceptują już relacji o charakterze wyłącznym.

Azerbejdżan pogłębia relacje z Turcją i Stanami Zjednoczonymi. Armenia dąży do dywersyfikacji źródeł swojego bezpieczeństwa. Państwa Azji Środkowej zabiegają o wielu partnerów. Nawet kraje utrzymujące bliższe stosunki z Moskwą zabezpieczają się przed nadmierną zależnością. Wspólnota Niepodległych Państw, która niegdyś dążyła do zachowania wspólnej sfery strategicznej, funkcjonuje teraz bardziej jako dyplomatyczna pamiątka niż spójny blok.

Reklama
WIDEO: Polska broń atomowa? Wschód NATO potrzebuje bomby | Skaner
Reklama