Geopolityka

Rosja chce napięć na Bliskim Wschodzie [WYWIAD]

Fot. mil.ru
Fot. mil.ru

W interesie Moskwy jest, aby napięcia na Bliskim Wschodzie istniały. (...) Bliski Wschód będzie odgrywał istotne miejsce w rosyjskiej polityce – także jako instrument do projekcji siły przeciwko NATO - mówi w rozmowie z Defence24.pl dr Hanna Notte – starsza ekspertka James Martin Center for Nonproliferation Studies (CNS) przy Middlebury Institute of International Studies w Monterey (Kalifornia).

Jakie miejsce ma Bliski Wschód w strategicznych kalkulacjach Moskwy?

Bliski Wschód nie stanowi dla Rosji priorytetu – obszar ten nigdy takiego statusu nie miał. Ustępuje takim kierunkom jak Kaukaz, Europa, Stany Zjednoczone, a nawet Arktyka. Niemniej jednak w ostatniej dekadzie widać wzrost znaczenia Bliskiego Wschodu w geostrategicznych kalkulacjach Moskwy, czego przejawem jest operacja w Syrii. Istotna zmiana polega na innej perspektywie. Jeszcze niedawno Kreml patrzył na Bliski Wschód przed pryzmat relacji z Zachodem – nawet w momencie interwencji zbrojnej w Syrii w 2015 roku w Moskwie dominowało przekonanie, że poprzez wpłynięcie na sytuację w tym państwie można oddziaływać na Stany Zjednoczone. Sądzę, że obecnie Moskwa porzuciła tę nadzieje i nie traktuje ani wojny w Syrii, ani swej obecności na Bliskim Wschodzie, jako środka w relacjach z Amerykanami. Teraz Bliski Wschód jest dla Rosji istotny sam w sobie.

Czy możliwe jest zidentyfikowanie zasadniczych celów, które Rosjanie starają się zrealizować?

Dekadę temu, ale także i teraz, najważniejszym celem Rosji było bezpieczeństwo i stabilizacja, przez co rozumiem ochronienie samej Rosji i obszaru posowieckiego przed jakimkolwiek rozlaniem się ekstremizmu i terroryzmu z Bliskiego Wschodu. To w dużym stopniu spuścizna lat dziewięćdziesiątych i wojen w Czeczenii. Kwestia ta pozostaje dla Rosji istotna. To również uniemożliwianie wybuchu jakiejkolwiek „kolorowej rewolucji” – Rosjanie postrzegają je, chociażby „rewolucję róż” w Gruzji i „pomarańczową rewolucję” na Ukrainie – jako potajemne próby Zachodu wciągnięcia tychże państw we własną strefę wpływów. Wydarzenia w Libii w 2011 roku stanowiły dla Rosji sygnał ostrzegawczy. Rosja wstrzymała się wówczas od głosowania nad rezolucją nr 1973 Rady Bezpieczeństwa ONZ na temat użycia siły przeciwko Kadafiemu. Ostatecznie libijski reżim upadł, a Rosja uznała, że nie może pozwolić, aby taka sytuacja powtórzyła się.

To również coś, co ja określam mianem „celu pedagogicznego”. Rosja chce prezentować w regionie inny model stosunków wewnątrzpaństwowych i międzynarodowych. Ma to być alternatywa dla rozwiązań zachodnich, które – w rosyjskiej narracji – doprowadziły jedynie do chaosu i zniszczenia. Stanowi to element szerszego dyskursu w rosyjskiej polityce zagranicznej, który opiera się na stwierdzeniu, iż współczesny świat staje się bardziej wielobiegunowy, mniej skoncentrowany na Zachodzie, a państwa nie muszą opierać się na zachodnich rozwiązaniach systemowych, w tym na liberalizmie. Rosja promuje tę narrację, a Bliski Wschód to jeden z obszarów tych działań.

A wymiar gospodarczy?

Tego celu również nie można zignorować. To osobny priorytet dla Rosji, która w tym wymiarze działa oportunistycznie – wyszukuje okazje, które można następnie wykorzystać. Niemniej jednak wpływy ze współpracy z państwami regionu mają niezmiennie niewielki wpływ na rosyjskie PKB. Tylko w kilku sektorach Rosja może być atrakcyjna. To broń oraz współpraca wojskowa, sprzedaż technologii jądrowych oraz mniej istotne aspekty, jak eksport zboża (głównie do Egiptu). Gospodarka ustępuje jednak interesom bezpieczeństwa. W większości przypadków obie te wartości nie są konfliktowe – sprzedaż broni do państw regionu daje pieniądze, a jednocześnie tworzy podstawę współpracy w zakresie bezpieczeństwa. Ilustracją tezy o prymacie bezpieczeństwa nad zyskiem ekonomicznym jest historia dostaw S-300 do Iranu. W 2010 roku Miedwiediew zatrzymał eksport, co wywołało niezadowolenie wśród przedstawicieli rosyjskiego przemysłu zbrojeniowego. W tamtym momencie dla Kremla ważniejsza była kwestia „resetu” w relacjach ze Stanami Zjednoczonymi oraz współpraca z Izraelem. Wbrew interesowi gospodarczemu poparto sankcje na Iran.

Na ile jest to spójna i długofalowa wizja osiągania z góry zidentyfikowanych celów?

Nie dostrzegam spójnej i długofalowej strategii rosyjskiej względem Bliskiego Wschodu – przynajmniej nie w rozumieniu amerykańskiej „grand strategy”. Co prawda niedawno przedstawili koncepcję bezpieczeństwa w Zatoce Perskiej, ale wątpię, aby Rosjanie uznawali ten pomysł za realistyczną i długofalową strategię. Są jednak określone elementy wokół których prowadzone są taktyczne działania. Pierwszym z nich jest elastyczność sojusznicza – Kreml gotów jest rozmawiać i współpracować dosłownie z każdym. Drugim jest zachowanie względnie równej odległości – Rosja stara się balansować pomiędzy różnymi aktorami na Bliskim Wschodzie i nie stawać po żadnej ze stron konfliktu.

Niektórzy analitycy stoją na stanowisku, że Rosja dokonała udanego „powrotu” na Bliski Wschód – ma to być głównie możliwe dzięki wojnie w Syrii. Czy zwiększona aktywność Rosji w regionie w ostatnich latach to efekt faktycznego wzrostu potęgi Moskwy, czy też korzystanie ze słabości Stanów Zjednoczonych?

To połączenie obu elementów. Rosja korzysta z istniejącego na Bliskim Wschodzie przeświadczenia o wadach amerykańskiej polityki. Praprzyczyną jest polityka Obamy, który w odniesieniu do Syrii wyznaczył „czerwoną linię” – potem jednak nie zdecydował się na jej obronę. Eksperci z Zatoki Perskiej oraz Izraela nawet teraz uznają to za strategiczny błąd, który skutkował utratą przez Amerykanów ich wiarygodności.

Drugi czynnik to – przynajmniej według niektórych – amerykańska polityka względem porozumienia nuklearnego (JCPOA) z Iranem, która w niedostatecznym stopniu bierze pod uwagę obawy tak Izraela jak i arabskich monarchii w Zatoce Perskiej. To rozczarowanie wobec Stanów Zjednoczonych, oskarżanych o brak działań i błędne kroki, konfrontowane jest z wykreowanym obrazem Putina, postrzeganego jako silny i zdecydowany przywódca, stojącego niezachwianie u boku swych sojuszników. Rosja promuje się jako skuteczne państwo, które robi to, co wcześniej obiecało. Wizja taka jest atrakcyjna w niektórych bliskowschodnich stolicach, chociażby w Kairze lub Ankarze.

Niemniej jednak rosyjski sukces na Bliskim Wschodzie to nie tylko efekt postrzegania Stanów Zjednoczonych w taki, a nie inny sposób. Rosyjskie siły zbrojne okazało się dużo efektywniejsze w Syrii niż w 2008 roku w czasie wojny w Gruzji. Rosja stała się po prostu skuteczniejsza. Przykładem jest również okres pomiędzy 2016 a 2017, kiedy to Putin był w stanie wciągnąć Turcję do współpracy i powiązać ją kooperacją z Iranem. Moim zdaniem zawiązanie osi Moskwa-Ankara-Teheran było wydarzeniem określającym późniejszy przebieg wojny w Syrii. Erdogan za priorytet uznał kwestię syryjskich Kurdów, a nie obalenie reżimu Al-Asada, co Putin doskonale wykorzystał. Trzeba też wskazać zdolność Putina, choć po części to również efekt słabości Zachodu, do przekształcenia tak zwanej astańskiej troiki – Iranu, Rosji i Turcji – z forum koordynacji działań wojskowych w instrument działających w wymiarze politycznym.

Rosyjski Su-24M w Syrii. Fot. syria.mil.ru.
Rosyjski Su-24M w Syrii. Fot. syria.mil.ru.

Rosjanie przejawiają apetyt na stałą obecność militarną na Bliskim Wschodzie, ale także w Afryce. Przykładem niech będzie plan otworzenia na co najmniej 25 lat bazy morskiej w Sudanie. Co mówi to o rosyjskich celach?

Bez wątpienia w Syrii Rosjanie pozostaną. Dotyczy to chociażby bazy morskiej w Tartus, w którą dużo zainwestowano. Wiele mówi się o Libii, gdzie Moskwa nieoficjalnie utrzymuje jednostki wojskowe w formie kontraktorów. Od lat pytaniem bez odpowiedzi jest to, czy Rosja będzie chciała w tym państwie stałych baz wojskowych. Moim zdaniem, jeśli pojawi się taka okazja to Rosjanie będą chcieli z niej skorzystać, ale to wymagałoby zmiany statusu obecności na oficjalny. Najpierw Kreml musiałby dokonać analizy kosztów i zysków i ocenić, czy to się mu opłaca. Stała i oficjalna obecność wojskowa wymagałaby posiadania wiarygodnego partnera u władzy w Libii, a takiego ciągle Moskwa nie widzi. Tym samym póki co Rosjanie starają się wyczekiwać i współpracować z każdym – gdy już pewien przełom zostanie osiągnięty to Moskwa chce mieć przeciwwagę dla tego, kto wygra.

Wojskowa obecność w Libii jest dla Rosji korzystna na kilku płaszczyznach. Po pierwsze, razem z siłami na wschodniej części Morza Śródziemnego zapewniać ona może zdolność do projekcji siły na południową flankę NATO. Po drugie, siły takie pozwalają kontrolować morskie szlaki handlowe. To również zdolność projekcji siły w kierunki Afryki oraz na Morze Czerwone. To właśnie z tych powodów Rosjanie zabiegają o bliższą współpracę z Sudanem, który – tak wynika z informacji prasowych – zaczął się dystansować od porozumienia z Moskwą. Stanowić to ma efekt presji ze strony Stanów Zjednoczonych. Rosja stara się od kilku lat zwiększyć swoje wpływy w Afryce – w różnych państwach, chociażby w Republice Środkowoafrykańskiej i Mozambiku, obecni są rosyjski najemnicy. Kreml ma apetyt, by wykorzystać pojawiają się w Afryce okazje.

Wspomniała Pani o polityce balansowania pomiędzy różnymi aktorami. Na ile ta polityka lawirowania jest skuteczna?

Zacznijmy może od wskazania osi, na których Rosja obecnie balansuje. To chociażby operowanie pomiędzy Izraelem a Iranem w kwestii Syrii, a także pomiędzy państwami GCC (Rady Współpracy Zatoki) a Katarem podczas dyplomatycznego kryzysu wokół tego ostatniego. Trzecia oś to balansowanie między Turcją a syryjskimi Kurdami. Dobrą ilustracją jest wskazanie, że pomimo współpracy w osi Moskwa-Ankara-Teheran, kilka miesięcy temu Rosjanie spotkali się z Turkami w Katarze, co zostało odebrane jako próba tworzenia nowej platformy współpracy. Rosja stara się przyciągnąć arabskie inwestycje do Syrii, bowiem nie sądzi ona, że dominacja turecka oraz irańska w tym państwie będzie dla niej dobra. Wymaga to lawirowania, by nikogo nie zrazić przeciwko sobie.

Ocena skuteczności takiego polityki zależy od tego, co niby ma pozwolić osiągnąć. W moim odczuciu to sukces w tym sensie, że Rosji udało się uniknąć zantagonizowania jakiejkolwiek ze stron, ale jednocześnie nie umożliwiła ona stworzenia strategicznych rozwiązań istniejących problemów. Spójrzmy na balansowanie pomiędzy Iranem a Izraelem – to drugie państwo może w Syrii robić praktycznie to, co uzna za stosowne, podczas gdy na to pierwsze Rosjanie zbytnio nie naciskają. I znów pojawia się pytanie – czy to celowe działanie Kremla, czy po prostu Moskwa nie jest w stanie wymusić na nich innej polityki? Uważam, że to połączenie obu elementów.

Czy Rosji tak naprawdę zależy na łagodzeniu sporów w regionie?

W odniesieniu do polityki balansowania i istniejących w regionie antagonizmów, intencją Rosji nie jest ich neutralizacja. W interesie Moskwy jest, aby te napięcia istniały. Z jednej strony Rosja nie chce, aby przerodziły się one w otwartą wojnę, ale jednocześnie tak długo jak napięcia występują Rosja może występować jako mediator i rozjemca – to jedyna zewnętrzna, pozaregionalna potęga, która może rozmawiać z każdym. Zupełnie hipotetycznie – gdyby nagle Iran przestał być postrzegany przez arabskie monarchie, Izrael oraz niektóre państwa zachodnie jako problem i wyzwanie, Rosja stałaby się mniej istotna jako negocjator w kwestii irańskiej. Rosja może prowadzić swoją politykę i balansować tylko jeśli konflikty oraz animozje istnieją. To samo odnosi się do napięć Iranu z Zachodem – Moskwa czerpie z nich korzyści. Po stronie rosyjskiej istnieje od dawna przekonanie, że jeśli Teheran porozumie się z Zachodem, to oni stracą w tym państwie swoją pozycję.

Reklama
Reklama

Od pewnego czasu Rosja – szczególnie ustami ministra spraw zagranicznych Ławrowa – proponuje autorską koncepcję regionalnego systemu bezpieczeństwa, w którym udział biorą wszystkie zainteresowane państwa. Jak ocenia Pani te zabiegi Kremla?

Koncepcja ta nie jest nowa, bowiem pojawiła się w latach dziewięćdziesiątych. Ostatnio została przywrócona do życia, co stanowi odpowiedź na intensyfikację napięć w Zatoce Perskiej w 2019 roku. Rosja przedstawili swoją koncepcję w ubiegłym roku na posiedzeniu Rady Bezpieczeństwa ONZ, ale administracja prezydenta Trumpa nie była zainteresowana dyskusją na jej temat. Dla Rosji celem prezentacji takiej wizji jest chęć utrzymania swojej pozycji jako uczestnika regionalnego dialogu politycznego. Moskwa chce być stroną procesów w Zatoce Perskiej, chociaż – biorąc pod uwagę brak stałej obecności wojskowej w regionie – Rosjanie mają nieporównywalnie mniejszą zdolność oddziaływania niż Amerykanie.

Najważniejszym elementem koncepcji jest szerokie działanie – Rosja stwierdza bowiem, że należy wspólnie rozmawiać na tematy różnych wymiarów bezpieczeństwa, w tym nad gospodarką i energetyką. Rosjanie proponują podejście stopniowe – najpierw postulują rozmowy na najbardziej palące problemy, a następnie rozwinięcie dialogu na inne wątki. Wizja Moskwy zakłada utworzenie systemu bezpieczeństwa w Zatoce Perskiej opartego na dwustronnych i wielostronnych konsultacjach, a także na współpracy z innymi podmiotami, w tym z członkami Rady Bezpieczeństwa ONZ. Rosyjska koncepcja stanowi niejako kopię procesu helsińskiego, który doprowadził do utworzenia Organizacji Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie.

image
Fot. kremlin.ru.

Czy ta koncepcja spotyka się w regionie z akceptacją?

Irańczycy, promujący własną inicjatywę HOPE, publicznie wyrazili poparcie dla rosyjskiego pomysłu, co stanowi przykład dyplomatycznej życzliwości. Niemniej jednak dostrzegam tutaj kilka problemów. Po pierwsze, nie widzę możliwości, aby Irańczycy usiedli przy jednym stole z Izraelczykami i rozmawiali o sprawach regionu. Tym samym już na samym początku pojawia się wyzwanie dla rosyjskiego założenia o szerokim udziale państw. Po drugie, z irańskiego punktu widzenia trudne do przyjęcia jest to, iż Kreml postuluje udział w rozmowach sił spoza regionu. Irańczycy niezmiennie stoją na stanowisku, że sprawy regionu powinny być załatwiane tylko przez państwa, które się w nim znajdują.

Nie oznacza to jednak, że rosyjska koncepcja nie ma znaczenia. Wiele osób ma przekonanie, że los JCPOA dobitnie pokazuje, że potrzebna jest nowa inicjatywa, mogąca w jakiś sposób objąć irańską broń rakietową oraz regionalne bojówki. Jeśli nic się nie zmieni to Izrael oraz arabskie monarchie Zatoki Perskiej będą się nadal zbroić – taka sytuacja nie może trwać w nieskończoność. Stany Zjednoczone też mają tego świadomość, aczkolwiek jednocześnie nikt nie wie, jak osiągnąć niezbędny polityczny przełom. Rosyjską koncepcję można łatwo krytykować za to, że jest nierealistyczna, ale powodzenia temu, kto przedstawi plan dający się zrealizować. Niektórzy uważają, że porozumienia abrahamowe – które tworzą podstawę normalizacji relacji Izraela z niektórymi państwami arabskimi – można poszerzyć, ale w pewnym momencie do procesu trzeba dołączyć Irańczyków. Bez nich nie uda się rozwiązać bliskowschodnich problemów.

Ciekawym wątkiem jest budowanie przez Rosję kanałów komunikacji z Hamasem oraz Hezbollahem. Delegacja tego drugiego ugrupowania została zaproszona do Moskwy w marcu 2021 roku.

To nic nowego – delegacja Hamasu wybrała się do Moskwy już w 2006 roku, po wygraniu wyborów w Strefie Gazy. To kolejny dowód ilustrujący chęć Kremla rozmawiania z każdym, kto ma jakąś siłę w regionie. Wyjątkiem są organizacje uznawane przez Rosję za terrorystyczne, jak Państwo Islamskie czy Al Kaida. Poza takimi ugrupowaniami Kreml chce mieć dobre relacje z każdym. Rosyjski pragmatyzm widać w odniesieniu do wojny w Syrii – na różnych jej etapach Moskwa inicjowała dialog z określonymi grupami, próbowała włączyć je w dialog z Astany, aby potem na forum Rady Bezpieczeństwa ONZ poprzeć uznanie ich za terrorystyczne. Rozmowy z Hezbollahem i Hamasem to po prostu logiczna kontynuacja rosyjskiego pragmatyzmu.

Czy Izrael ma z tym problem? Sądzę, że Izraelczycy doskonale wiedzą, że Rosja po prostu tak działa. Nie doprowadzi to do napięć w relacjach izraelsko-rosyjskich, bo Izrael ma świadomość z kim przychodzi mu współpracować. To samo tyczy się relacji Rosji z Iranem. Izrael postrzega Rosję jako państwo, które nie zamierza ograniczać irańskich działań w regionie, ani też wpływać na irański program jądrowy – a przynajmniej nie w zakresie równym oczekiwaniom samych Izraelczyków. Ci nie zamierzają opierać swojego bezpieczeństwa na Rosji, ale jednocześnie rozumieją, że z Kremlem muszą współpracować.

Nie sposób nie zapytać o obecny kryzys pomiędzy Palestyńczykami a Izraelczykami. Czy Rosja planuje coś na nim ugrać?

Rosja zawsze stara się być w ten konflikt zaangażowana. Rosjanie mają świadomość, że w czasach prezydentury Trumpa byli w tej kwestii całkowicie zmarginalizowani. Rosja stara się pozostać w grze. W tym celu zorganizowano w Moskwie palestyński szczyt, a teraz proponuje obu stronom zorganizowanie u siebie bezpośrednich rozmów. Ostatni kryzys to dla Rosji szansa na odegranie aktywniejszej dyplomatycznie roli. Moskwa jest zadowolona, że administracja Bidena wyraża zainteresowanie ożywieniem Kwartetu Bliskowschodniego (ONZ, UE, Rosja, Stany Zjednoczone). Rosjanie przygotowują się do takiego scenariusza. W zeszłym roku przedstawicielem przy Kwartecie został doświadczony dyplomata Władimir Safrankow, zastępca przedstawiciela Federacji Rosyjskiej przy ONZ. Rosjanie mają swoją rolę do odegranie, aczkolwiek muszą zdawać sobie sprawie, że to nie oni są stroną o największej sile oddziaływania na ten konflikt.

Jak widzi Pani politykę Rosji na Bliskim Wschodzie w perspektywie pięciu, dziesięciu lat?

Rosja chce być istotnym filarem świata, który staje się coraz bardziej wielobiegunowy i coraz mniej zdominowany przez Zachód. Bliski Wschód będzie odgrywał istotne miejsce w rosyjskiej polityce – także jako instrument do projekcji siły przeciwko NATO. Na Kremlu zdają się dominować opinie, że relacje z Zachodem szybko nie ulegną poprawie.

Ważnym elementem pozostanie próba eksportu broni oraz technologii nuklearnych, a także chęć posiadania instrumentów oddziaływania na regionalnych producentów ropy naftowej i gazu ziemnego. Niemniej jednak nie spodziewam się, aby w najbliższej przyszłości Rosji udało się znacząco zwiększyć swoją pozycję na Bliskim Wschodzie – trudno podejrzewać, że wybuchnie wojna podobna swoją skalą i charakterem do tej w Syrii, co dawałoby Rosji możliwość kolejnej interwencji zbrojnej.

Dziękuję za rozmowę.


Dr Hanna Notte – starsza ekspertka James Martin Center for Nonproliferation Studies (CNS) przy Middlebury Institute of International Studies w Monterey (Kalifornia). Zajmuje się tematyką kontroli zbrojeń oraz polityką bezpieczeństwa Rosji, Bliskim Wschodem oraz konsekwencjami działań Moskwy dla Stanów Zjednoczonych i Europy. Pracę doktorską na temat rosyjsko-amerykańskiej współpracy na Bliskim Wschodzie obroniła na Oxford University (2018 r.). Odbyła staże badawcze w Rosyjskiej Akademii Nauk, Carnegie Moscow Center, a także w Biurze Bliskowschodnim International Institute for Strategic Studies w Bahrajnie oraz Biurze Fundacji Konrada Adenauera w Libanie.

Komentarze