Geopolityka

Islamski Emirat Afganistanu: bezpieczna teraźniejszość, niepewna przyszłość [KORESPONDENCJA]

Fot. Witold Repetowicz

Efektywność zarządzania przez talibów państwem jest wciąż mocno problematyczna, w szczególności w zakresie gospodarczym, choć podejmowane są kroki w kierunku pogłębiania kontroli, zwłaszcza w prowincjach. Nowe władze nie są jednak przygotowane merytorycznie do rządów, a ich stosunek do kadr obalonej ekipy cechują sprzeczności. Uprawdopodabnia to załamanie się ich rządów w perspektywie kilku lub kilkunastu miesięcy. Nową wojnę domową mogą wywołać również wyraźne sprzeczności wewnątrz obozu talibów, zwłaszcza między grupą mułły Baradara i siecią Hakkani. Póki co sytuacja bezpieczeństwa znacznie się poprawiła, ale również i w tym zakresie wyzwań nie brakuje.

Ambiwalentny (co najmniej) stosunek wielu Afgańczyków do talibów nie wynika jednak bynajmniej ze wsparcia dla poprzednich władz, a w szczególności Aszrafa Ghaniego czy też Hamida Karzaja. Lista zarzutów do nich jest bardzo długa, a opłakany stan w jakim pozostawili Afganistan po 20 latach, jest dowodem, że nie są one bezpodstawne. Afganistan prawie w ogóle nie ma własnej produkcji i nawet mąkę sprowadza z Kazachstanu, a kurczaki z Pakistanu. Dopuszczenie, by kraj wegetował na kroplówce wsparcia międzynarodowego, z zaledwie 20 % budżetu opartymi na produkcji własnej, było doraźnie wygodne, ale na dłuższą metę było zbrodnią przeciw własnemu krajowi. Dla sponsorów, przede wszystkim USA czy Europy, było to kosztowne, ale jednocześnie prowadziło do trzymania Afganistanu na smyczy, czego efekty widać zresztą obecnie. Odłączenie kroplówki ma katastrofalne skutki dla tego kraju. Mało prawdopodobne jest przy tym to, że talibowie, zwłaszcza zważywszy na to, iż nie mają żadnego planu, a także kompetencji, zdołają w krótkim terminie opanować sytuację jeśli nie zostanie uruchomiona pomoc zagraniczna. Tymczasem innej perspektywy niż krótkoterminowa może dla Islamskiego Emiratu Afganistanu po prostu nie być, gdyż istnieje duże prawdopodobieństwo, że o jeśli pomoc nie nadejdzie, to za kilka lub co najwyżej kilkanaście miesięcy dojdzie do załamania gospodarczego.

Na utrzymywaniu Afganistanu na kroplówce pomocy zagranicznej korzystali również sąsiedzi tego kraju, zwłaszcza Pakistan oraz Iran, i są oni nadal zainteresowani tym, by kraj ten trwał w stanie wegetatywnym. Pozwala im to bowiem traktować Afganistan jako rynek zbytu i przejmować rynki handlowe. Katastrofa jednak nie jest już w ich interesie, ponieważ Afgańczycy muszą przecież czymś płacić za importowane towary. Najlepiej zatem, by robili to pieniędzmi z pomocy z Europy i USA. Poza tym załamanie gospodarcze w Afganistanie oznaczać będzie ogromny exodus, co w pierwszej kolejności uderzy właśnie w Iran i Pakistan, choć docelowo w Europę.

Władze Islamskiego Emiratu Afganistanu coraz silniej podkreślają, że fatalna sytuacja ekonomiczna to wina USA, w związku z zamrożeniem 9,6 mld dolarów afgańskich rezerw finansowych, a także odcięciem od międzynarodowego systemu bankowego, utrzymywaniem sankcji oraz brakiem uznania międzynarodowego nowych władz (co również wpływa na zdolność Emiratu do rozwijania międzynarodowych relacji handlowych). Jest w tym dużo racji i choć istnieją uzasadnione obawy, że przedwczesne uznanie Emiratu i odmrożenie finansów doprowadzi do zaostrzenia rygorów islamistycznych (zwłaszcza wobec kobiet), to postuluje to nawet część oponentów talibów. Na przykład zdaniem Nasera Szafika, który przed przejęciem władzy przez talibów kierował Radą ds. Kultury i Nauki i jest członkiem władz partii Dżamiate Islami Salahuddina Rabbaniego, obecną politykę USA wobec Islamskiego Emiratu Afganistanu cechuje „okrucieństwo", a wspieranie przez Amerykanów walczącego z talibami Frontu Narodowego Oporu Ahmeda Masouda to „podtrzymywanie wojny, którą Afgańczycy są zmęczeni". Problem w tym, że brak jest racjonalnego wyjaśnienia dlaczego USA miałyby zmienić politykę, skoro na ekonomicznej stabilizacji skorzystałyby przede wszystkim Chiny, które zresztą bynajmniej nie garną się do tego by udzielać jakiejś znaczącej pomocy humanitarnej. To zrzucane jest na barki Europy i USA.

Czytaj też

Naser Szafik, a także wielu innych moich rozmówców opozycyjnie nastawionych do talibów, twierdzi, że jeśli talibowie nie zgodzą się na wybory (i to pod międzynarodową kontrolą) oraz nie zrealizują swoich zobowiązań wynikających z porozumienia z Dohy i dotyczących inkluzyjności (zarówno politycznej jak i etnicznej) rządów, to ich władza upadnie za kilka lub kilkanaście miesięcy. To założenie jest trochę idealistyczne, ale jeśli pasztunzacja (polityczna dominacja Pasztunów) Afganistanu będzie się pogłębiać to opór rzeczywiście może się wzmóc i może dojść do zjednoczenia oponentów rządzącej ekipy talibów (w tym pozostałych frakcji talibów). Niektórzy wskazują też na to, że po interwencji w 2001 r. talibowie również wydawali się pokonani, ale zdołali powrócić bo krok po kroku jednoczyli przeciwników nowego systemu. Pewien test może nastąpić już na wiosnę i niektórzy moi rozmówcy twierdzą, że Front Narodowego Oporu szykuje się do tego, by wtedy odbić Pandższir. Szafik uważa również, że kolonizacja Afganistanu przez Chiny jest niemożliwa, gdyż ewentualna próba zagarnięcia afgańskich zasobów naturalnych przez ten kraj i dogadywanie się Pekinu z Islamabadem, a nie z Kabulem, w sprawie chińskiej roli gospodarczej w Afganistanie, doprowadzi do takiego samego wybuchu sprzeciwu Afgańczyków jak przeciwko ZSRR w latach osiemdziesiątych czy też USA w ostatnim dwudziestoleciu.

Fot. Witold Repetowicz

Wśród Afgańczyków, którzy nie byli beneficjentami poprzedniego systemu, ciężko zatem znaleźć kogoś, kto chwaliłby Ghaniego czy Karzaja i nie oznacza to, że takie osoby są automatycznie zwolennikami obecnych władz. Trudno bowiem spodziewać się by byłych prezydentów popierały osoby takie jak Abdulrahman, niespełna 30-letni sprzedawca w małym sklepiku na obrzeżach Kabulu, który ledwo wiąże koniec z końcem i codziennie traci 2 godziny na dojazd do pracy. Tymczasem Abdulrahman jest absolwentem prawa, zna też angielski. Tyle, że za posadę w administracji Ghaniego kazano mu zapłacić 10 tys. dolarów, a pieniędzy takich nie miał. Jego ojciec, Abdulnabi, jest z kolei byłym pilotem wojskowym jeszcze z czasów Nadżibullaha, ale właśnie dlatego w okresie ostatniego 20-lecia mógł liczyć jedynie na drugorzędną posadę. Obecnie natomiast już od kilku miesięcy nie otrzymuje wynagrodzenia, więc zwolennikiem talibów też nie jest. Władze Emiratu twierdzą, że pensje zostaną wypłacone gdy będą pieniądze i o ich brak oskarżają USA.

Niektórzy liczą, że finansowe dociskanie Emiratu doprowadzi do upadku obecnych władz, ale jest to dość ryzykowna strategia. Talibowie obwinią bowiem o to USA i blokującą ich uznanie społeczność międzynarodową. Jeśli ten przekaz będzie skuteczny wpłynie to na kanalizację społecznego niezadowolenia, w przypadku katastrofy humanitarnej, w kierunku wroga zewnętrznego. Warto przy tym pamiętać, że przez 20 lat USA nie zdołały wykształcić zaufania do demokracji w Afganistanie, a w ostatnich wyborach głosowało tylko niespełna 19 % uprawnionych. Prezydent Ghani jest natomiast oskarżany przez swoich przeciwników politycznych (np. z Dżamiate Islami) o zlecanie zabójstw swoich oponentów i zwalanie odpowiedzialności na talibów. Zdaniem wielu moich rozmówców w Afganistanie, również przeciwnych talibom, nowe rządy doprowadziły do ograniczenia korupcji. Wynika to jednak bardziej ze strachu przed karą niż z jakichś systemowych reform, a to niesie za sobą zagrożenie, że ta pozytywna zmiana jest tylko chwilowa. Dotyczy to zresztą również takich zjawisk jak handel organami, który również obecnie zamarł. Wśród innych pozytywnych działań talibów można też wymienić zwalczanie narkomanii poprzez kierowanie osób uzależnionych do specjalnych ośrodków odwykowych.

Gospodarcze problemy Afganistanu nie wynikają jednak tylko z czynników zewnętrznych, o których była mowa wyżej . Znaczna część zasobów naturalnych, m.in. w Badachszanie i w Logarze, eksploatowana jest nielegalnie przez różnych komendantów. Dotyczy to również kontroli nad rynkiem opium. Zdaniem prof. Saifuddina Saihuna z Uniwersytetu w Kabulu, obecna wartość PKB Afganistanu to ok. 4 mld usd i jest to spadek o połowę w stosunku do czasów sprzed dojścia talibow do władzy. Saihun ocenia też, że Afganistanowi brakuje obecnie ok. 5 mld usd, by nie doszło do katastrofy humanitarnej i jedyną szansą na uzyskanie tych środków jest pomoc zagraniczna. Z drugiej jednak strony wartość produkcji w szarej strefie, w szczególności nielegalnym wydobyciu oraz produkcji opium, to 5-6 mld usd, a więc tyle ile akurat Afganistanowi brakuje. Ostatnio minister ds. kopalni i ropy zapowiedział walkę z nielegalnym wydobyciem ,ale praktyka może się okazać w tym zakresie dla rządu Emiratu ogromnym wyzwaniem, podobnie zresztą jak zapowiedziana walka z opium, gdyż dochody zgarniają lokalni komendanci talibów. Może to być jednym, ale z całą pewnością nie jedynym, powodem konfliktu wewnętrznego w obozie talibów, w tym walk. Sprzyjać temu będzie również to, że w kierownictwie talibów ścierają się dwie frakcje: stronnicy mułły Baradara oraz sieć Hakkani. Ci pierwsi są bardziej pragmatyczni, a zarazem nacjonalistyczni, nastawieni na utrzymanie równowagi w stosunkach zagranicznych (w tym dogadania się z USA), zwiększenie etniczno-politycznej reprezentatywności rządu oraz nie zaostrzanie reguł społecznych, w tym tych dotyczących kobiet. Hakkani mają zdecydowanie antyamerykańskie i antyzachodnie nastawienie i mają ścisły związek z Pakistanem, a w szczególności z tamtejszym wywiadem ISI. Promują również układ z Chinami oraz są zwolennikami narzucenia surowszych reguł społecznych. Dążą też do pasztunizacji Afganistanu, uważając Tadżyków, Chazarów i inne grupy etniczne za obcych. Szczególna niechęć Hakkani kierowana jest w kierunku mieszkańców Pandższiru, który zawsze był bastionem antytalibańskiej opozycji.

Fot. Witold Repetowicz

Obecnie między obiema grupami utrzymywana jest równowaga, ale wiele wskazuje na to, że nie będzie to sytuacja trwała. Formalny lider Emiratu, Hajbatullah Achundzada, nie pokazał się jeszcze ani razu publicznie od czasu przejęcia władzy i wielu Afgańczyków wątpi w to czy osoba ta w ogóle żyje. Szeregowi talibowie deklarują jednak ślepe posłuszeństwo Achundzadzie, którego określają mianem amir al-muminin. Oznacza to uznawanie go nie tylko za przywódcę Islamskiego Emiratu Afganistanu ale za przywódcę wszystkich muzułmanów. Tymczasem siły talibów zostały podzielone między Ministerstwo Spraw Wewnętrznych kierowane przez Siradżuddnia Hakkaniego oraz Ministerstwo Obrony kierowane przez Mułłę Jakuba. Ten drugi jest synem pierwszego emira, Mułły Omara, i trzyma z Mułłą Baradarem. Rzecznik Anajutallah Chorezmi, pytany przeze mnie według jakich kryteriów następuje podział dotychczasowych mudżahedinów talibańskich na nową armię podlegającą Ministerstwu Obrony i siły MSW wymijająco odpowiedział, że oceniane są kompetencje poszczególnych bojowników. W rzeczywistości, chodzi jednak bardziej o podział według lojalności poszczególnych komendantów. Siły MSW budowane są na bazie sieci Hakkani.

Te podziały nie dotyczą, oczywiście, tylko kierownictwa talibów, ale już przekładają się na rywalizację o kontrolę w terenie. Na przykład przejście graniczne w Turcham kontrolowane było przez grupę podległą Ministerstwu Obrony, której liderem jest zresztą były oficer policji jeszcze z czasów Nadżibullaha. Mimo oficjalnie deklarowanej motywacji islamistycznej, faktycznie przyłączył się on do talibów po tym jak w czasie rządów Karzaja kazano mu zapłacić sporą łapówkę za jakąkolwiek posadę. Osób, które taka polityka ekip Karzaja i Ghaniego wpędziła w ramiona talibów jest znacznie więcej. Ma to też inne konsekwencje. W Turcham zostałem bowiem zapytany przez jednego z tamtejszych talibów, czy mogę mu pomóc w emigracji do USA. I nie były to, niestety, żarty. Choć oficjalnie Ministerstwo Obrony twierdzi, że to kłamstwa, faktycznie większość bojowników nie dostaje żadnego wynagrodzenia i czasem ma problemy z utrzymaniem rodzin, a nawet zdobyciem jedzenia dla siebie. Wspomniana grupa z Turcham przyznała, że mięsa nie widziała od dawna. Dlatego też pojawił się nowy zwyczaj polegający na tym, że grupy talibów wchodzą na cudze wesela, aby się najeść. Działa to jednak w miastach, gdzie uroczystości takie organizowane są wciąż z rozmachem, podczas gdy na prowincji możliwości są znacznie bardziej ograniczone.

W Turcham doszło też do starć z siłami pakistańskimi, które próbowały przesunąć granicę na niekorzyść Afganistanu. Chorezmi pośrednio potwierdził, że incydenty takie mają miejsce, podkreślając, w odpowiedzi na pytanie o nie, że „będziemy bronić naszego terytorium". Starcia te były jednak prawdopodobnie powodem pojawienia się na tym przejściu granicznym konkurencyjnego oddziału Hakkanich, który zdołał przejąć kontrolę nad przejściem. Za krokami tymi mógł stać wywiad pakistański ISI. Część afgańskich talibów wręcz rwała się bowiem do odbijania spornych terenów. Do starć między obiema grupami talibów wprawdzie nie doszło, ale napięcia pozostały.

Fot. Witold Repetowicz

Natomiast starcia jakie miały miejsce na granicy z Iranem 1 grudnia były zdaniem Chorezmiego po prostu „pomyłką". Jego zdaniem również ani Front Narodowego Oporu ani Państwo Islamskie nie stanowią jakiegokolwiek wyzwania dla Emiratu i na pytanie o to jakie kraje wspierają te organizacje odpowiedział, że żadne, gdyż „nie można popierać czegoś co nie istnieje". Chorezmi stwierdził wręcz, że Państwo Islamskie i Front Narodowego Oporu „istnieją tylko na Facebooku". Faktem jest przy tym, że póki co obie formacje nie stanowią poważnego wyzwania dla Emiratu, gdyż talibowie dysponują ok. 160 tys. bojowników, a siły Frontu Narodowego Oporu w najlepszym wypadku ocenia się na 5 tys. Są one jednak zdolne do dokonywania permanentnych zamachów bombowych na posterunki talibów.

Talibowie do pewnego stopnia są świadomi tego, że potrzebują, przynajmniej przez jakiś czas, kadr poprzedniego systemu. Tyle, że pracownicy urzędów państwowych, nie związani z talibami, nie tylko, że nie dostają obecnie pensji, ale w dodatku narzekają na to, że są traktowani jako „kolaboranci okupantów". W wielu miejscach talibowie wezwali też do powrotu do pracy byłych policjantów i żołnierzy. Nie jest to przy tym celowa pułapka, gdyż są oni po prostu potrzebni. Chorezmi wprawdzie twierdził, że budują nową, profesjonalną i dobrze wyposażoną w broń armię w oparciu o kadry talibów, ale talibowie nie mają przecież żadnego doświadczenia choćby w zakresie sił powietrznych. Tyle, że władze Emiratu, które potrzebują byłych funkcjonariuszy nie są w stanie zagwarantować im bezpieczeństwa i wielu z nich ginie po kilku dniach w „niewyjaśnionych okolicznościach".

Czytaj też

Jednak zdaniem Chawani Hemata, dziekana wydziału dziennikarstwa Uniwersytetu Bachtar w Kabulu, nie jest to celowa polityka nowych władz, lecz wynika to z panującej w Afganistanie kultury zemsty. Jest to więc wyrównywanie indywidualnych porachunków, tyle że dotyczy bardzo dużej liczby osób wciąż pozostających w Afganistanie. Paradoksalnie, ci polityczni liderzy, związani z poprzednim systemem, którzy nie opuścili Afganistanu, nie są zagrożeni (przynajmniej póki co), gdyż sami nikogo nie zabijali. Co więcej, talibowie pozwalają dalej funkcjonować np. telewizji Nur należącej do Siradżuddnia Rabbaniego mimo, że on sam przebywa na emigracji i zwalcza stamtąd nowe władze. Na terenie telewizji Nur stacjonuje przy tym grupa talibów z Badachszanu, czyli regionu z którego pochodzi Rabbani. Jest to zresztą kolejna cecha charakterystyczna obecnej sytuacji: relacje personalne czy klanowe są skutecznym parasolem ochronnym dla wielu przeciwników talibów. Problem w tym, że nie ma gwarancji, iż sytuacja taka będzie trwała.

Talibowie starają się stopniowo wprowadzać nowe porządki w rożnych dziedzinach życia. ale póki co z różną efektywnością. Czystka postępuje w szeregach wymiaru sprawiedliwości, a talibowie szykują nowych sędziów, wysyłając swoich kandydatów na kilkumiesięczne kursy. Można się również spodziewać zastępowania tradycyjnego systemu prawnego prawem szariatu, choć moi rozmówcy wątpią póki co, by talibowie zaczęli stosować takie kary jak np. obcinanie rąk za kradzież (przynajmniej publicznie). W wielu innych dziedzinach kontrola jest jednak powierzchowna albo zasady, które talibowie próbują wprowadzać po prostu sądotchczas ignorowane (zwłaszcza w Kabulu). Talibowie wysyłają ostrzeżenia do osób łamiących te zasady ale ma to ograniczoną skuteczność. Hemat tłumaczy to tym, że talibowie po prostu nie mają kadr, by stosować efektywną kontrolę poza sferą bezpieczeństwa. Faktem jest, że talibowie zamknęli uczelnie publiczne, a w większości prowincji zamknęli (ponoć tymczasowo) dziewczynom dostęp do szkół średnich, ale w prywatnych szkołach, zarówno średnich jak i wyższych, edukacja trwa, a talibowie nie kontrolują procesu nauczania, podręczników itp. (przynajmniej w tej chwili). Wysłali wprawdzie do prywatnych uczelni swoich kontrolerów, ale pilnują oni raczej płciowej segregacji (oddzielania kobiet od mężczyzn kotarą) i nie sprawdzają tego jakie książki są dostępne w bibliotekach, gdyż nie mają do tego kompetencji intelektualnych.

Z całą pewnością jednym z bardzo istotnych problemów jest groźba ogromnej fali migracji. Hemat, zapytany jaki odsetek Afgańczyków chce opuścić Afganistan odpowiedział: „wszyscy". Jest też przekonany, że jeśli kontynuowana będzie polityka sankcji, to za kilka miesięcy z Afganistanu może do Europy ruszyć nawet kilka milionów Afgańczyków. W dodatku będzie wśród nich wielu talibów, jeśli nadal nie będą oni otrzymywać wynagrodzenia. Znaczna część z nich to ludzie, którzy dotąd nie mieli możliwości założenia rodziny. Teraz teoretycznie mają taką możliwość, bo zeszli z gór do miasta. Tyle, że wciąż nie mają na to pieniędzy. Zdaniem Hemata jedynym wyjściem będzie zatem dla nich migracja i to już w perspektywie maksimum 6 miesięcy.

Komentarze (4)

  1. Ech

    Usa bandycki kraj.zaprawdę

    1. Zenek

      Talibowie umiłowali pokój... Nauczeni doświadczeniem robią dobrą minę do złej gry, ale wcześniej czy później ponownie pokażą prawdziwe oblicze. Wtedy biada tym, którzy nie zdążą stamtąd zwiać.

  2. Monkey

    Jak się kogoś zapędzi do kąta, to w desperacji może uczynić wszystko. A ci ludzie zostali postawieni pod ścianą. Jakim prawem Amerykanie blokują ich pieniądze, odcinają ich od rynków finansowych i nie uznają rządu? Talibowie są kim są, ale władzę zdobyli za milczącym przyzwoleniem większości mieszkańców kraju.

    1. Niutek

      Dla ciebie wszystko jedno, kto sprawuje władzę w innym państwie, prawda? To mogą być faszyści, komuniści, ekstremalni islamiści. Wszak "zdobyli władzę", więc należy ich uznać, i głaskać po główce.

  3. Był czas_3 dekady

    Bezpieczna teraźniejszość w islamie? To chyba żart. Islam jest wojujący na całym świecie. Cel? Opanować kontynenty, wprowadzać szariat i kalifat.

  4. Gulden

    Skrótowo-Wyniszczony Kraj,pełzająca wojna domowa,niezbyt przychylni sąsiedzi,gospodarka na skraju przepaści,MNÓSTWO osób z"bombą w głowie",kalek,poszkodowanych przez niekończącą się wojnę/okupację czy to przez rosjan,czy amerykanów....i to już tak od LAT trwa.Naprawdę żal mi tych ludzi.Żeby choć z 10 lat spokoju mieli,jakoś tam poukładali sobie wzajemne stosunki.Nawet tyle nie było im dane.No,na chwilę obecną to i chińczycy patrzą na ten Kraj.Coś tam musi być,że się nim interesują.