- WIADOMOŚCI
- OPINIA
Zełenski nie leci do Gdańska. Polacy nie odbudują Ukrainy?
Autor. Wołodymyr Zełenski/X
Premier Ukrainy, Julija Swyrydenko potwierdziła, że to ona stanie na czele ukraińskiej delegacji, więc prezydent Wołodymyr Zełenski postanowił zignorować Konferencję Odbudowy Ukrainy (URC 2026) w Gdańsku. Zgodnie z protokołem dyplomatycznym to degradacja wydarzenia.
Już dwa tygodnie temu, na łamach Defence24.pl, przestrzegałem, że prawdopodobny jest scenariusz, że Zełenski do Gdańska nie przyjedzie.
„Bez rozładowania napięcia dyplomatycznego między Ukrainą, a Polską, szykuje się „piękna katastrofa” w Gdańsku. Trudno sobie albowiem wyobrazić owocną konferencję, gdy na kilka tygodni przed jej rozpoczęciem pod znakiem zapytania staje skład delegacji Ukrainy i delegacji z Polski. W zeszłym roku, na analogicznej konferencji we Włoszech, pojawił się Wołodymyr Zełenski i to w charakterze gospodarza. Spotkał się tam, z resztą, z polskimi premierem Donaldem Tuskiem, gdzie obaj politycy zapowiadali gdańską edycję konferencji w superlatywach. Z tamtych deklaracji, nie zostało nic. Na obecną chwilę prezydent Zełenski omija nawet Polskę, by skorzystać z samolotu (…) Relacje z Zełenskim coraz bardziej wyglądają na spalone, a sam Zełenski nie pokazuje choćby pozoru szansy by dało się je odbudować po serii jego działań. Nie chodzi tylko o UPA, ale o cykl decyzji i wypowiedzi godzących w Polskę, od słynnego wystąpienia na forum ONZ. Dyplomatyczne trzęsienie ziemi przed konferencją, na pewno nie pomogło” – pisałem w artykule pt. Gdańskie fiasko? Zełenski i odbudowa Ukrainy z UPA w tle.
Ostatnie godziny zaktualizowały moje słowa o tyle, że absencję Zełeńskiego w Gdańsku potwierdzały kolejne źródła, a finalnie wypowiedziała się sama Swyrydenko. Ostatnie tygodnie w Polsce – ku mojemu zaskoczeniu – były pełne zapewnień, że Zełenski jednak na konferencję przyleci, gdy w politycznych kuluarach można było usłyszeć coś zupełnie odmiennego. Dziesięć dni temu, jeden przedstawicieli polskiego rządu twierdził, iż Zełenski w Gdańsku się pojawi. Sześć dni temu w polskich mediach pojawiła się nawet informacja, że polski MSZ dostał notę dyplomatyczną potwierdzającą obecność prezydenta Ukrainy w Gdańsku. Powyższe informacje okazały się nieaktualne, nawet premier Donald Tusk nie deklarował obecności ukraińskiego prezydenta.
O składzie na konferencję mówił enigmatycznie przed ostatnią Radą Ministrów tak: „Ona (konferencja – przyp.red) się odbędzie (…) nie ja będę decydował kto ze strony ukraińskiej przyjedzie na konferencje, niezależnie od tego, bo tam cały czas trwają narady w Kijowie. Niezależnie od tego jaka delegacja przybędzie do Gdańska, my swoją robotę wykonamy” – stwierdził Tusk. O ile do polskich mediów przebijały się sprzeczne komunikaty, w tym czasie Kijów nie przekazywał jednoznacznej odpowiedzi. Jeszcze w poniedziałek podkreślono znak zapytania nad wizytą Zełenskiego.
Ukraiński prezydent świadomie zdegradował Konferencję Odbudowy Ukrainy, i nawet nie udawał, że w tej sprawie się waha. Nie pokazał, że impreza jest dla niego priorytetem, wręcz przeciwnie. „Kwestia wizyty w Polsce prezydenta Ukrainy Wołodymyra Zełenskiego jest wciąż analizowana” – poinformował w poniedziałek doradca prezydenta Ukrainy ds. komunikacji Dmytro Łytwyn. Jak zauważył na antenie RMF24 ambasador Bartosz Cichocki, były szef polskiej placówki w Kijowie, decyzja o braku obecności Zełenskiego zapadła wcześniej. „Według moich informacji decyzja o nieprzyjechaniu do Gdańska zapadła, zanim prezydent Nawrocki zdecydował o odebraniu Orderu Orła Białego” – stwierdził ambasador.
Dlaczego premier Swyrydenko to za mało
Z informacji, do których dotarł Polsat News, a które następnie potwierdziła ukraińska premier, wynika że Zełenskiego na Kongresie Odbudowy Ukrainy nie będzie. Na wydarzeniu pojawić ma się premier Julija Swyrydenko, szefowa rządu. Zgodnie z protokołem dyplomatycznym głowę państwa podejmuje prezydent, więc sytuacja, w której na Kongresie jest Zełenski, a nie ma Karola Nawrockiego (albo na odwrót) doprowadziłaby do międzynarodowego skandalu. Gdy nie będzie obu prezydentów rolę przewodnią przejmuje spotkanie Tusk-Swyrydenko.
Problem w tym, że Julija Swyrydenko ma mniejszy zakres władzy na Ukrainie niż polski premier nad Wisłą i zdecydowanie mniejszy wpływ na bieg spraw w kraju. A to decyzyjność na najwyższym szczeblu władzy w Ukrainie jest potrzebna polskiemu biznesowi. Oba państwa – Polska i Ukraina, mają niejasny ustrój, w którym to w zależności od siły politycznej ważniejszy jest albo obóz prezydencki, albo obóz parlamentarny. Przedłużona przez wojnę kadencja Zełenskiego to zdecydowanie przewaga wpływów na ul. Bankowej w Kijowie, a z mocy urzędu prezydent Ukrainy ma także kompetencje odpowiadające polskiemu szefowi MSWiA, bo posiada pod sobą służby specjalne.
Nie trzeba tłumaczyć dlaczego w najważniejszych spotkaniach uczestniczy właśnie Zełenski. Swyrydenko ma także politycznego pecha i dlatego zazwyczaj nie jest frontmenką takich wydarzeń. Rekonstrukcja ukraińskiego rządu i powołanie jej gabinetu w 2025 roku miało być remedium na piętrzące się problemy korupcyjne. Problem w tym, że minister sprawiedliwości w jej rządzie – Herman Hałuszczenko został aresztowany pod zarzutem korupcji, a gabinet Swyrydenko musiał pod dyktando prezydenta, przeforsować niepopularne ograniczanie autonomii NABU – Narodowego Biura Antykorupcyjnego Ukrainy. Swyrydenko, więc nie jest uznawana nad Dnieprem za polityka z dużą autonomią. O władzy decyduje Zełenski i już piszę dlaczego jego obecność była pożądana na Kongresie.
Przy autentycznych i dużych chęciach Polski, by z tej konferencji uczynić pik poprawy relacji polsko-ukraińskich, sam Zełenski nie przywiązywał do niej większej wagi, a to, iż się nie zjawi, uznać należy za wyraźny afront nie tylko wobec polskich władz, ale także potencjalnych przedsiębiorców, którzy w odbudowie Ukrainy chcieliby uczestniczyć. A przecież tego ma dotyczyć Kongres. Od lat ostrzegam, że z odbudową Ukrainy możemy skończyć jak z tzw. kontraktami w Iraku.
W teorii, przed Polską są dwie palące sprawy, które Konferencja Odbudowy Ukrainy mogłaby zresetować, ale do tego jest potrzebny wyraźny sygnał z Kijowa, do ukraińskiej administracji i najlepiej ze strony decyzyjnego Zełenskiego, a nie Swyrydenko. Piszmy otwarcie: polscy przedsiębiorcy potrzebują impulsu, że są nad Dnieprem potrzebni. Nie pomaga, z pewnością, skandal we Lwowie, gdzie spółka Control Process, która po zrealizowaniu 95 proc. budowy zakładu przetwarzania odpadów została bezprawnie wywłaszczona z inwestycji przez władze miasta i Lwowskie Przedsiębiorstwo Komunalne.
Był to bardzo zły sygnał dla polskiego biznesu, który nie tylko bojąc się wojny, może obawiać się także wschodniej wersji kapitalizmu. W mojej opinii bez względu na ten przykry przypadek, z powodzeniem wchodzić na ukraiński rynek zbrojeniowy powinny polskie firmy, bo bezsprzecznie nad Dnieprem są wdrażane na bieżąco, sprawdzone w boju rozwiązania. Szansy nad Dnieprem mogą szukać także firmy detaliczne, może z mniejszą skalą, ale wchodząc w obszary zaniedbane przez gigantów. Bo z tzw. mapą odbudowy nie wiązałbym wielkich nadziei.
Polski biznes bez ochrony Kijowa
Polski biznes powinien poczuć ze strony władz Ukrainy, że ma pewien priorytet w odbudowie zrujnowanego wojną kraju, że jest traktowany z uznaniem i – zabrzmi to brutalnie – ma pierwszeństwo przed innymi państwami, których wolumen pomocy dla walczącej Ukrainy był mniejszy niż ten z Polski. Od lipca 2022 roku widzimy niebezpieczny odwrotny trend. Za pierwszy symptom należy uznać deklarację z Lugano, a zwłaszcza tzw. mapę z Lugano, niekorzystną dla Polski. Co prawda wielu uważa ją za nieaktualną, ale była ona dzwonem alarmowym dla naszych interesów.
W lipcu 2022 r. w tzw. deklaracji z Lugano środowisko międzynarodowe zadeklarowało pomoc w odbudowie zniszczonego wojną kraju. Deklarację złożyło ponad 40 państw oraz organizacje międzynarodowe takie jak Europejski Bank Inwestycyjny i Organizacja Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD). „Lugano” to wsparcie polityczne, finansowe i techniczne. W „Lugano Principals” pojawił się niestety podział obwodów Ukrainy, którego odbudowę wesprze konkretne państwo. Na konferencji wyświetlono przyszłą mapę odbudowy. Niemcom przypadł w „mapie z Lugano” obwód czernihowski, Polsce – obwód doniecki i to we współpracy z Włochami, którzy ponadto dostali do odbudowy obwód rówieński na zachodniej Ukrainie.
Korzystniejsze tereny do odbudowy dostały takie „zaangażowane” w pomoc Ukrainie „mocarstwa” europejskie jak: Austria, Belgia, Norwegia i Szwajcaria. Przypomnę, że w Czernichowie można cały czas prowadzić prace budowlane, a w Donbasie już nie. Zwłaszcza, że od 2022 r. Ukraina straciła duże tereny Donbasu na rzecz Rosji. W grupie „frontowej”, czyli tych państw, które wypchnięto na wschód, poza Polską, znalazły się Finlandia, Czechy i Szwecja.
Z uwagi na brak prezydentów obu państw (Zełenskiego, a w następstwie jego działań – Nawrockiego) ranga wydarzenia jest niższa. Względem edycji włoskiej, Polskę Zełenski przedstawia w świetle państwa mniej liczącego się w odbudowie niż inni europejscy partnerzy. To bardzo źle wróży w kontekście inicjatyw biznesowych Polska-Ukraina. Nie jest też budujące w dyplomatycznych relacjach Warszawy, z Kijowem. Pamiętajmy wszelako, że obrażony na Polskę, Zełenski może latać samolotem z Kiszyniowa, ale armatohaubice Krab będą serwisowane w Polsce, a nie Mołdawii, a Starlinki są rejestrowane i częściowo finansowane nad Wisłą.



