Reklama
Reklama
  • ANALIZA
  • WIADOMOŚCI

To Ukraińcy „zestrzelili” Su-57 nad Moskwą? Winny rosyjski chaos i słabe wyszkolenie

Su-57
Samolot Su-57
Autor. mil.ru

Jest bardzo prawdopodobne, że to Ukraińcy przyczynili się do zestrzelenia samolotu Su-57 koło Moskwy w ramach operacji specjalnej. Trwa jednak dyskusja, czy i jak im się to udało.

Faktycznych i oficjalnych przyczyn utraty samolotu Su-57 nad Moskwą 23 lipca 2026 roku prawdopodobnie nigdy nie poznamy. Rosjanie ich nie ujawnią, by nie przyznać się do porażki i to dodatkowo nad własną stolicą. Z kolei Ukraińcy nie zdradzą swoich sposobów działania, bo być może będą z nich chcieli w przyszłości skorzystać, oczywiście po odpowiedniej modyfikacji.

Reklama

Jest również możliwe, że ukraińskie siły zbrojne nie zrobiły nic w sprawie rosyjskiego myśliwca, ale i w tym przypadku wszelkie plotki na ten temat są Ukrainie po prostu na rękę.

Problemy techniczne przyczyną upadku myśliwca?

Od samego początku Ministerstwo Obrony Rosji wskazywało na awarię techniczną jako przyczynę katastrofy samolotu Su-57 w pobliżu Moskwy. Jest to swego rodzaju akt propagandowej desperacji, ponieważ takie wytłumaczenie kładzie kolejny cień na najnowszym wytworze rosyjskiego przemysłu lotniczego. Rosjanie woleli jednak to wytłumaczenie, niż przyznanie się, że winna jest rosyjska obrona przeciwlotnicza, a tym bardziej, że stało się to z powodu ukraińskiej operacji specjalnej.

Tym bardziej że taka awaria techniczna nie wzbudza w Rosji większego zdziwienia. Samoloty Su-57 już bowiem dawno przestały być traktowane przez Rosjan jako „cud rosyjskiej techniki”. Wszyscy pamiętają przecież problemy, jakie były z uruchomieniem pełnoskalowej produkcji tych maszyn, i trudności w spełnieniu przez te myśliwce wszystkich zakładanych wcześniej wymagań.

Pierwszym i spektakularnym dowodem tej awaryjności było uszkodzenie czujników analizujących zespół napędowy, które na szczęście dla Rosjan doprowadziło tylko do zatrzymania się Su-57 na pasie startowym podczas pokazów lotniczych MAKS – 21 sierpnia 2011 roku. Trzy lata później, 10 czerwca 2014 roku, na lotnisku w Żukowskim pod Moskwą, po rutynowym locie testowym doszło do samozapłonu kadłuba nad prawym wlotem powietrza podczas lądowania Su-57, jednak i w tym przypadku samolot uratowano.

Pierwszy oficjalnie utracony samolot Su-57 rozbił się 24 grudnia 2019 roku w Kraju Chabarowskim. Powodem była podobno awaria systemu sterowania lotem fly-by-wire, przez co pilot musiał się katapultować. Teraz doszedł drugi utracony myśliwiec, który rozbił się 23 lipca 2026 roku w obwodzie moskiewskim.

Te cztery przypadki „awaryjności” myśliwców Su-57 były publicznie zarejestrowane, a więc nie można było ich ukryć. Przypuszcza się jednak, że problemów technicznych z tymi samolotami było o wiele więcej. Początkowo ich duża liczba wynikała z młodego wieku, a obecnie na awaryjność tych maszyn wpływają sankcje nałożone na Rosję przez kraje zachodnie za atak na Ukrainę. Rosjanie z tego powodu musieli na swoich seryjnych samolotach Su-57 zastąpić zachodnie komponenty własnymi lub pozyskanymi z Chin. Było to najczęściej związane nie tylko z pogorszeniem się parametrów, ale również z obniżeniem stopnia niezawodności.

O ile więc na całym świecie w miarę trwania produkcji kolejne egzemplarze samolotów są lepsze (poprzez wprowadzanie nowych generacji elementów), to w odniesieniu do Su-57 jest zupełnie odwrotnie. W ich przypadku im egzemplarz jest starszy, tym jest lepszy, bo zawiera więcej podzespołów zachodnich.

Mogło się więc zdarzyć tak, że nawet nowy samolot rzeczywiście uległ awarii. Jednak w to, by taka awaria mogła doprowadzić do katastrofy myśliwca, nie chcą wierzyć nawet najbardziej zatwardziali, proputinowscy Rosjanie.

Wojskowy bałagan stoi za utratą Su-57?

Spekulacji na temat rzeczywistych przyczyn utraty przez Rosjan ich cennego samolotu V generacji w mediach społecznościowych jest bardzo dużo, w tym kilka całkiem realistycznych. Ich punktem wspólnym jest to, że samolot Su-57 został zestrzelony przez rosyjską obronę przeciwlotniczą. Różnice widać jednak w sposobach, jakimi Ukraińcy mieli do tego doprowadzić. Najmniej wyrafinowany scenariusz zakłada, że rosyjski samolot został zestrzelony przez pomyłkę w momencie, gdy zwalczał ukraińskie drony nadlatujące nad Moskwę.

Użycie do tego myśliwca V generacji nie jest niczym dziwnym. Naziemny system obrony przeciwlotniczej rosyjskiej stolicy okazał się bowiem niewystarczający, o czym świadczą udane naloty między innymi na rafinerię Kapotnia 16 czerwca 2026 roku oraz na magazyny logistyczne firmy Wildberries 18 lipca 2026 roku.

Rosjanie robią teraz wszystko, by zwiększyć skuteczność obrony przeciwlotniczej Moskwy, angażując każdy dostępny środek. Nie byłoby więc niczym dziwnym, gdyby do zwalczania dronów zaprzęgnięto samoloty Su-57. Są one do tego bardzo dobrze przygotowane: mają zarówno radar, pozwalający na wykrywanie bezzałogowych statków powietrznych, jak i uzbrojenie, które można wykorzystać do ich zwalczania.

Wymaga to jednak działania w bliskiej odległości od atakowanych dronów, a to oznacza, że poszczególne elementy rosyjskiego systemu obrony powietrznej wykrywają dwa obiekty jednocześnie i muszą je przy tym rozróżnić. Przy braku czasu na reakcję mogło to przyczynić się do popełnienia błędu. I prawdopodobnie się przyczyniło.

Reklama

Zestrzelenie Su-57 było największym sukcesem rosyjskiego pospolitego ruszenia?

Jeden z możliwych scenariuszy zestrzelenia Su-57 zgrubnie opisała ukraińska grupa analityczna InformNapalm. Według niej utrata myśliwca była efektem ukraińskiej operacji HUMINT-CYBINT, czyli rozpoznania osobowego i cybernetycznego. Za cel obrano sobie jeden z komponentów systemu obrony przeciwlotniczej rosyjskiej stolicy, określany jako BARS-Moskwa, o którego utworzeniu poinformowano oficjalnie w czerwcu 2026 roku.

Takie rozpoznanie było łatwiejsze niż w przypadku typowych, lepiej zorganizowanych jednostek wojskowych. BARS (Bojewoj Armiejskij Riezerw Strany) jest to bowiem tzw. Bojowa Rezerwa Armii Państwowej, w skład której wchodzą mniej zdyscyplinowani rezerwiści – podobno wcielani do służby ochotniczo.

Ukraińcy z grupy InformNapalm mieli „przechwycić transmisje szkoleniowe, przeanalizować oprogramowanie, sprzęt, procedury bojowe oraz luki w zabezpieczeniach systemu” wykorzystywanego przez „barsowców” i na bazie tych danych stworzyć raport przekazany później do Sił Zbrojnych Ukrainy. W oparciu o taką analizę miał powstać plan operacji specjalnej, której celem było przekształcenie systemu obrony powietrznej, mającego chronić Moskwę przed dronami, w „narzędzie atakujące rosyjskie samoloty”.

BARS
Odpowiedzialność za zestrzelenie samolotu Su-57 próbuje się zrzucić na jednostki BARS. Ale czy słusznie?
Autor. Gubernator Obwodu Królewieckiego

Problem polega na tym, że oddziały BARS teoretycznie nie mają uzbrojenia, które byłoby zdolne do zestrzelenia samolotu „rosyjskiej piątej generacji” bez kontaktu wzrokowego. Początkowo na ich uzbrojeniu były bowiem karabiny maszynowe i przenośne przeciwlotnicze zestawy rakietowe (MANPADS). Później pojawiły się informacje, że „zmobilizowani rezerwiści” są szkoleni w wykorzystaniu dronów przechwytujących Lis-2 i potrzebnego do tego systemu informatycznego.

Za każdym razem operatorzy uzbrojenia muszą jednak odszukać wzrokiem cel, a trudno jest sądzić, żeby nawet słabo wyszkolony rezerwista nie rozróżnił samolotu bojowego Su-57 od wolno lecącego drona. Natomiast nieprawdą jest, że uzbrojenie jednostek BARS nie pozwala na zestrzelenie tego myśliwca. Takie twierdzenie byłoby prawdziwe, gdyby samolot znajdował się na wysokości powyżej 4000 metrów. Tymczasem „awaria” Su-57 według niektórych źródeł miała nastąpić tuż po jego starcie z lotniska Kubinka.

Myśliwiec znajdował się więc na małej wysokości, tym bardziej że jego zadaniem było prawdopodobnie poszukiwanie ukraińskich dronów kamikaze. A one również, dolatując do celu ataku, lecą na niskim pułapie, nawet poniżej 100 metrów.

Cyberatak doprowadził do strącenia Su-57?

Jeszcze mniej prawdopodobnym wytłumaczeniem całego zdarzenia jest twierdzenie, że Ukraińcom udało się w jakiś sposób dostać do rosyjskiego systemu obrony powietrznej i cyfrowo zmienić klasyfikację „samolot Su-57” na „ukraiński dron”. Dostanie się do rosyjskich serwerów systemu obronnego jest bowiem bardzo trudne. Działają one z zasady w systemie zamkniętym, bez dostępu do „otwartego” Internetu.

Oczywiście Ukraińcy włamywali się wcześniej na różne tajne konta. Jako przykład wskazuje się m.in. cyberoperację pod nazwą OKBMLeaks, w ramach której „wykradziono” dokumenty rosyjskiego producenta komponentów do systemów samolotu Su-57. Jednak zrobiono to z zewnątrz, co w przypadku rosyjskiego systemu obrony powietrznej nie powinno być w ogóle możliwe.

Su-57
Odpowiedzialność za ewentualne zestrzelenie samolotu Su-57 spada bardziej na operatorów, niż na sprzęt
Autor. mil.ru

Dlatego jest mało prawdopodobne, by po zainfekowaniu w jakiś sposób oprogramowania można było w obrazie sytuacji powietrznej zmienić klasyfikację celu ze „swój” na „wrogi”, co automatycznie dawałoby zielone światło rosyjskim zestawom przeciwlotniczym do otwarcia ognia. Trudne jest również zablokowanie z zewnątrz systemu samoobrony samolotu, który nie poinformował pilota o zbliżającym się niebezpieczeństwie. Bardziej prawdopodobne jest jednak to, że te systemy na Su-57 po prostu nie działają albo działają źle.

A skutkiem takiej niesprawności była utrata samolotu wartego z uzbrojeniem co najmniej sto milionów dolarów.

A może po prostu bratobójcze zestrzelenie przez „ruską mentalność"?

Jeżeli rzeczywiście samolot Su-57 został zestrzelony przez rosyjską obronę przeciwlotniczą, to na pewno nie nastąpiło to przez pomyłkę. Operator strzelającego zestawu przeciwlotniczego widział bowiem na ekranie radaru cel, rozpoczął jego śledzenie i wysłał do niego rakietę przeciwlotniczą. Oczywiście tuż przed oddaniem strzału, każdy zestaw przeciwlotniczy powinien sprawdzić przynależność obiektu wykorzystując do tego system identyfikacji radiolokacyjnej „swój-obcy”.

Z jakiegoś powodu system ten jednak nie zadziałał albo też nie został włączony. By temu zapobiec, przy identyfikacji i klasyfikacji celów powietrznych wykorzystuje się jeszcze inne źródła informacji, które obejmują np. plany lotów w danym sektorze powietrznym oraz meldunki przekazywane bezpośrednio z rosyjskich Sił Powietrzno-Kosmicznych.

Jednak do takich danych ma dostęp tylko centralne stanowisko dowodzenia obroną powietrzną, odpowiadające za tworzenie tzw. rozpoznanego obrazu sytuacji powietrznej RAP. Natomiast nie są one dostępne na pojedynczych zestawach przeciwlotniczych rozstawionych wokół Moskwy. Jeżeli więc z jakiegoś powodu nie uda się przekazać obrazu RAP na poszczególne stanowiska ogniowe, to stanowiska te muszą działać w pełni autonomicznie, samodzielnie identyfikując widziane na ekranach obiekty.

Su-57
Samolot Su-57
Autor. mil.ru

A to przy rosyjskim podejściu „strzelać do wszystkiego co widzę” może doprowadzić do pomyłek. I pod Moskwą prawdopodobnie doprowadziło.

Reklama

Winny nie system, ale jego obsługa

Rosyjska propaganda jest w o tyle trudnej sytuacji, że nie może zrzucić winy na samą rakietę. Oczywiście pocisk przeciwlotniczy, działający według zasady „wystrzel i zapomnij”, może zerwać śledzenie ze wskazanym obiektem i przerzucić się na inny, z jakiegoś powodu bardziej dla niej „atrakcyjny” (np. dający silniejszy obraz termiczny).

Jednak do obrony nieba nad Moskwą Rosjanie wykorzystują głównie rakiety naprowadzane radiokomendowo (tak jak np. w zestawach Pancyr-S1). System kierowania ogniem takiego zestawu przeciwlotniczego musi więc śledzić cel, by pocisk otrzymał jego odpowiednie koordynaty przed startem oraz śledzić cel i ten pocisk po starcie, by wprowadzać odpowiednie korekty podczas lotu.

Operatorzy strzelającego zestawu przeciwlotniczego wiedzieli więc od początku do końca, że atakują konkretny obiekt powietrzny. A to, że zestrzelili własny myśliwiec oznacza, że tego obiektu po prostu w odpowiedni sposób nie zidentyfikowali i nie sklasyfikowali. W przypadku Rosji nie byłaby to zresztą sytuacja wyjątkowa. Już niejednokrotnie odnotowano bowiem przypadki, gdy Rosjanie strzelali po prostu do wszystkiego, co znajduje się w powietrzu, nie analizując ani sytuacji taktycznej, ani też sposobu działania atakowanego statku powietrznego.

Najbardziej tragicznym przykładem takiego podejścia było zestrzelenie samolotu pasażerskiego malezyjskich linii lotniczych MH17, nad okupowaną częścią Ukrainy 17 lipca 2014 roku. A dokonała tego nie grupa niedouczonych bojowników, ale podobno bardzo dobrze wyszkoleni, rosyjscy przeciwlotnicy z 53. Rakietowej Brygady Przeciwlotniczej z Kurska, obsługujący wyrzutnię nr 332 zestawu Buk M1. Nie miało dla nich wtedy żadnego znaczenia, że samolot MH17 leciał w korytarzu powietrznym, na „cywilnym” pułapie i z „cywilną” prędkością. Strzelili, bo coś leciało.

W podobny sposób mogli zadziałać rosyjscy operatorzy w okolicach Moskwy. Tym bardziej że tam dochodziła jeszcze presja kary za przepuszczenie celu oraz zamieszanie wywołane możliwością działania w okolicy kilkudziesięciu czy nawet kilkuset dronów. Ostrzeżenia o zagrożeniu ze strony bezzałogowych statków powietrznych w obwodzie moskiewskim pojawiły się bowiem już między godziną 11:20 a 11:40, natomiast do katastrofy Su-57 doszło tuż przed godziną 13:20.

Pancyr
Wnętrze kabiny zestawu przeciwlotniczego Pancyr-S1
Autor. AiF-Tula/O.Stiepanowa

Pomyłce sprzyjała też sama organizacja rosyjskiego systemu obrony powietrznej. Zakłada ona na pewno centralne wskazywanie celów, jednak w przypadku dronów ten sposób działania nie zawsze się sprawdza. Nie wszystkie z nich są bowiem wykrywane i śledzone. Gdyby Rosjanie wiedzieli o wszystkich bezzałogowych samolotach, jakie nadlatują nad Moskwę, zestrzeliliby je jeszcze na trasie. I jest na to stosunkowo dużo czasu, ponieważ większość dronów lecących znad Ukrainy do Moskwy musi przebywać w powietrzu często ponad 5 godzin.

Rosjanie, wiedząc o tym, że część bezzałogowców nie zostanie wykryta, zdecydowali się prawdopodobnie na to, by zestawy przeciwlotnicze rozstawione wokół rosyjskiej stolicy działały również w trybie autonomicznym, samodzielnie podejmując decyzję o otwarciu ognia. Odbywa się to prawdopodobnie według zasady: „jeżeli coś się pojawi w konkretnym sektorze na określonym zakresie wysokości, to strzelaj”. Problemem pilota Su-57 mogło być to, że się zapędził właśnie do takiego sektora. Oczywiście dobrze wyszkolonemu operatorowi powinna się zapalić czerwona lampka, ale w okolicach Moskwy takich dobrych specjalistów może nie być wcale tak dużo.

Bezpieczeństwa stolicy pilnuje 1. Moskiewska Armia Specjalnego Przeznaczenia Obrony Powietrznej i Przeciwrakietowej, jednak zwiększając liczbę zestawów Pancyr-S1 wokół Moskwy, posiłkowano się systemami ściąganymi z całej Rosji. Trudno się więc dziwić, że jeżeli jakaś jednostka np. w Południowym Okręgu Wojskowym miała coś oddać, to oddała system z wcale nie najlepszą załogą i nie najnowszy.

I ci niedoświadczeni ludzie stanęli nagle pod presją, potęgowaną przez przełożonych i samych Ukraińców, którzy atakując Moskwę wykorzystują jednocześnie wiele dronów. Na ekranach radarów pojawia się więc wiele plamek, co przy starych systemach obrony powietrznej, z monitorami o małej rozdzielczości może już powodować konkretne problemy. I to zamieszanie oraz słabe wyszkolenie mogło z największym prawdopodobieństwem doprowadzić do zestrzelenia cennego dla Rosjan samolotu Su-57.

Reklama
Reklama

Polecane

czytaj więcej

Wojna na Ukrainie

Mogą Cię zainteresować