Siły zbrojne

Defence24 DAY: Przełamać impas. Jak wygrać lądową bitwę?

Panel III. Fot.Mirosław Mróz
Panel III. Fot.Mirosław Mróz

System walki Wojsk Lądowych musi zostać poważnie wzmocniony, szczególnie o elementy nowoczesnego rozpoznania, obrony przeciwlotniczej i przeciwpancernej. Zdolności buduje się jednak "z pokolenia na pokolenie", a do tego by móc tworzyć je w kraju, niezbędna jest długofalowa współpraca wojska i przemysłu - przekonywali paneliści podczas dyskusji "Przełamać impas. Lądowy system walki w Wojsku Polskim" podczas Defence24 DAY. O tym, że jest to możliwe, świadczy przykład polskiego systemu Grom i jego następcy Piorun, który - odpowiednio rozwinięty - wraz z wprowadzanym właśnie systemem Poprad może skokowo zwiększyć możliwości bojowe całej polskiej obrony przeciwlotniczej.

Trzeci panel konferencji Defenc24 DAY zatytułowany „Przełamać impas. Lądowy system walki w Wojsku Polskim” dotyczył możliwości wzmocnienia potencjału Wojsk Lądowych Sił Zbrojnych RP. Reprezentujący wojsko i przemysł uczestnicy zastanawiali się m.in. nad tym, jak realizować programy modernizacyjne w sposób zapewniający osiągnięcie kompleksowych zdolności bojowych. Rozpoczynając panel Jakub Palowski z Defence24.pl podkreślił, że choć w Wojskach Lądowych po wejściu do NATO prowadzono liczne programy modernizacyjne, to w większości przypadków nie prowadziły one do budowy spójnego systemu walki i w ich wyposażeniu nadal dominuje broń postsowiecka.

Dzieje się tak mimo poniesionych nakładów i wysiłku przez państwo i przemysł czy odniesionych sukcesów. Jako przykład przytoczył KTO Rosomak, którego program jest prowadzony w Polsce od kilkunastu lat i który bez wątpienia jest bardzo dobrą maszyną. Mimo to nie udało się wprowadzić do służby opracowanych na jego podstawie wozów rozpoznania, nie został on też na razie seryjnie wyposażony w wyrzutnie pocisków przeciwpancernych. 

Na tym tle stosunkowo korzystnie prezentują się programy artyleryjskie, które omówił gen. bryg. rez. Jarosław Wierzcholski, były Szef Wojsk Rakietowych i Artylerii. Generał Wierzcholski przytoczył motto oficera Wojska Polskiego z okresu międzywojennego, jako dobrą ilustrację do tego jak były budowane programy artyleryjskie.

Oficer zaznaczył, że artylerii nie buduje się z dnia na dzień, z miesiąca na miesiąc, ani z roku na rok. Artylerię buduje się z pokolenia na pokolenie. Myślę, że przyjęcie takiego założenia jest podstawą do tego, by te programy funkcjonowały dobrze.

gen. bryg. rez. Jarosław Wierzcholski, były Szef Wojsk Rakietowych i Artylerii

Z wypowiedzi generała wynika, że kluczowe dla powodzenia programów dotyczących artylerii są ciągłość planowania i realizacji. Istotne znaczenie ma także współpraca z przemysłem i nie ma wątpliwości, że artyleria jest tym elementem wojsk, który "rozwija się najszybciej". Pomimo tego, zdaniem generała nawet artylerzyści nie zdołali doprowadzić do końca żadnego z prowadzonych programów, mimo że na początku bieżącej dekady prowadzili ich aż cztery spośród 14 dotyczących Wojsk Lądowych. Przypomniał, że nawet program 155 mm haubicy Krab nie może zostać uznany za zakończony, jako że miał on obejmować także haubicę na podwoziu kołowym, czyli Kryla. "Kryl został zawieszony dwa lata temu i moim zdaniem jest wielki błąd" - stwierdził. Generał Wierzcholski mówił, że pewnym minimum powinno być uruchomienie tego programu w formie modelowej, czyli dostarczenie (w docelowej postaci) wszystkich elementów modułu tj. działa, wozów dowodzenia wszystkich szczebli, wozu rozpoznawczego, pojazdów zabezpieczenia.

Istotną rolę odgrywa także rozwój amunicji. Generał zauważył, że często dochodziło do sytuacji, w której przygotowano już efektor (działo), ale nie było amunicji. Powodem takiej sytuacji w dużej mierze jest fakt, że programy amunicyjne w Polsce były wstrzymywane, co wynikało często z braku wiary, że uda się zrealizować program samego środka ogniowego. I kiedy nagle okazywało się, że odpowiednie działo jest, dopiero wówczas powracano do tematu amunicji do niego. Dotyczyło to m.in. systemów Krab i Rak. Generał wyraził nadzieję, że przy kolejnych programach uda się uniknąć podobnych okoliczności.

Generał stwierdził też, że amunicja podstawowa do wszystkich środków walki (nie tylko dla artylerii) powinna być produkowana w Polsce. Generał dodał, że biorąc pod uwagę iż w konflikcie na Ukrainie 75-85 proc. strat zostało zadane przez artylerię, i to przy użyciu podstawowej amunicji, nie można więc pozwolić na uzależnianie się od dostaw tej amunicji z zewnątrz. Z kolei w przypadku pozostałych rodzajów amunicji, które są bardziej kosztowne i pozyskiwane w mniejszej ilości, powinny być w miarę możliwości produkowane w Polsce, "ale trzeba też dopuścić sprowadzenie tych specjalistycznych elementów do Polski zza granicy".

Generał przypomniał też o amunicji do systemu Langusta, która już kilka lat temu osiągnęła poziom, który powinien zadowolić armię. Z kolei w wypadku systemu Homar, jeżeli pierwszy dywizjon pozyskano z półki, to już przy kolejnych dywizjonach powinien nastąpić transfer technologii amunicji podstawowej, czyli amunicji GMLRS, która powinna być "produkowana w Polsce".

Polska artyleria ma BSP FlyEye, ale jest ich zdecydowanie za mało - są tylko na szczeblu pułku. Fot. WB Electronics.
Polska artyleria ma BSP FlyEye, ale jest ich zdecydowanie za mało - są tylko na szczeblu pułku. Fot. WB Electronics.

Były szef WRiA ubolewał jednocześnie, że mimo posiadania coraz nowocześniejszych efektorów brakuje odpowiedniego rozpoznania: bezzałogowców i radarów artyleryjskich. Te systemy są w pułkach artylerii, ale brakuje ich w dywizjonach artylerii brygad ogólnowojskowych. Brakuje również - w zasadzie we wszystkich programach - artyleryjskich wozów rozpoznania. Generał stwierdził, że bez rozpoznania nawet najlepsze działo nie będzie miało „do czego strzelać”.

Przypomniał, że w dywizjonach wyrzutni Langusta nadal są stare wozy dowodzenia, wraz ze starym systemem. Jest on sprawny, ale nie zapewnia odpowiedniego czasu na reakcję ogniową, a właśnie on jest we współczesnej (i nie tylko) wojnie kluczowy, co pokazuje chociażby konflikt na Ukrainie. Do rozwoju środków dowodzenia i rozpoznania brakuje też brak odpowiednich platform samochodowych (4X4, 6X6), w oparciu o które można by je stworzyć. Paradoksalnie istnieje system dowodzenia, przetestowano też już w 2012 roku konfigurację wozów rozpoznania, ale nie ma odpowiednich platform, na których można by je osadzić.

Grom, Poprad, Piorun i....?

Janusz Noga, prezes zarządu CRW Telesystem-Mesko, przedstawił program przenośnych systemów przeciwlotniczych Grom i Piorun, jako przykład kompleksowego projektu realizowanego w przemyśle. Zaznaczył, że to przykład ponad 20-letniej pracy zespołu inżynierów i naukowców w Polsce. Jednocześnie podkreślił, że systemów przenośnych "nigdzie na świecie się nie lekceważy". Podkreślił w ten sposób wagę systemów klasy MANPADS, które wracają do łask, również w US Army, i – jak pokazują ostatnie konflikty zbrojne – usuwają lotnictwo przeciwnika z działań na najmniejszych wysokościach, co wpływa na zwiększenie bezpieczeństwa sił naziemnych. Prezes Noga podkreślił przy tym, że zarówno Grom jak i Piorun są skuteczne już od wysokości około 10 m.

Jednocześnie, dzięki temu że program był realizowany w Polsce, umożliwił łatwą integrację z innymi zestawami budowanymi w kraju: Biała i Jodek (z komponentem artyleryjskim), a także z nowym zestawem Poprad, w pełni włączonym w system dowodzenia obroną powietrzną, i systemem Pilica. Prezes Noga podkreślił, że to iż Piorun powstał to nie tylko zasługa inżynierów, ale też konsekwencja "działań państwa, zmierzających do pozyskania nowoczesnego systemu rakietowego". 

Zaznaczył, że opracowany przez Telesystem układ naprowadzania okazał się bardziej precyzyjny niż oczekiwano, "dokładność trafienia przewyższyła nasze oczekiwania". W związku z tym system ma "znakomitą" możliwość zwalczania celów małogabarytowych, takich jak rakiety skrzydlate czy drony. Zostało to potwierdzone badaniami poligonowymi.

image
Pocisk opracowany na bazie Pioruna mógłby wejść bezpośrednio na uzbrojenie systemów Poprad. Fot. st. szer. Wojciech Król/CO MON

Prezes Noga zadeklarował możliwość zbudowania pocisku przeciwlotniczego o znacznie większym zasięgu i możliwościach niż te znajdujące się obecnie w produkcji w Mesko. To stosunkowo proste, ponieważ głowica samonaprowadzająca Pioruna "widzi" dzisiaj znacznie dalej niż jest w stanie dolecieć pocisk. To ma szczególne znaczenie, bo wcześniej największym wyzwaniem było uchwycenie celu przez głowicę samonaprowadzającą, a nie zbudowanie układu napędowego rakiet o odpowiednich możliwościach (co powinno być prostsze w realizacji). "Zapas technologiczny, który powstał umożliwia zbudowanie rakiety o dużo większym zasięgu". Budowa systemu przeciwlotniczego o zasięgu 12, czy 14 km jest "w zasięgu ręki, możliwości Polski" - podkreślił prezes Telesystem-Mesko. 

Janusz Noga przypomniał też o innych projektach prowadzonych przez spółkę z myślą o Wojskach Lądowych, w dużej mierze z wykorzystaniem doświadczeń projektu Piorun. Pierwszym jest amunicja artyleryjska precyzyjnego rażenia, dla haubic 155 mm (a także dla moździerzy samobieżnych Rak). Drugim z kolei jest przeciwpancerny pocisk kierowany Pirat. Wspomniane rozwiązania są naprowadzane na odbity promień lasera, za pomocą zbliżonego systemu.

Pirat to lekki, prosty w obsłudze system przeciwpancerny, z głowicą zdolną do przebijania ekwiwalentu około 500 mm stali pancernej RHA. W tym kontekście prezes Noga przypomniał że "nie każdy cel to czołg". Może jednak być używany do zwalczania innych pojazdów (tak jak ma to miejsce na Ukrainie, gdzie większość rakiet przeciwpancernych nowej generacji - kierowanych laserowo - zwalcza transportery opancerzone i inne pociski. Z kolei amunicja 155 mm, zdolna do zwalczania celów na dystansie do 20 km, może razić cele z dokładnością kilkunastu centymetrów. Prezes Noga zaapelował o konsekwencję w realizacji prac rozwojowych. 

Ukraińskie doświadczenia a Polska

Gen. bryg. (rez.) pil.  Dariusz Wroński, były Szef Wojsk Aeromobilnych i Zmotoryzowanych, pytany o kwestię rozpoznania stwierdził krótko: "bez rozpoznania nie działamy". Zasada ta dotyczy różnych elementów Wojsk Lądowych, które - jak wskazano w trakcie panelu - generalnie borykają się z brakami systemów rozpoznania. Posiadanie pełnej informacji o sytuacji na polu walki może przesądzić o powodzeniu w walce, ale też o ograniczeniu strat własnych, czy strat ludności cywilnej.

Odnosząc się natomiast do działań Wojsk Lądowych gen. Wroński stwierdził, że cechą charakterystyczną jest bliskie współdziałanie jednostek Wojsk Rakietowych i Artylerii, jednostek obrony przeciwlotniczej i właśnie Wojsk Aeromobilnych. Dodał, że systemy obrony ułożone są piętrowo, od poziomu kosmicznego aż do najniższego, i powodzenie gwarantuje warstwowa obrona, ze szczególnym uwzględnieniem najniższego poziomu.

Przywołał tutaj doświadczenia Sił Zbrojnych Ukrainy, gdzie - po wprowadzeniu do działań przez stronę rosyjską systemów obrony klasy Pancyra, Tunguski czy nawet ZSU - tamtejsze lotnictwo  Wojsk Lądowych poniosło bardzo duże straty. Odpowiedzią powinno być "odsunięcie" własnego lotnictwa od źródeł zagrożenia - o 8-15 km, a nawet o 15-20 km. Oprócz tego wprowadzono jednak zmiany w taktyce działań. Ukraińskie śmigłowce wykonują loty w ciszy radiowej (aby utrudnić wykrycie), w rozproszeniu, i z wsparciem maszyn bojowego poszukiwania i ratownictwa.

Oczywiście niezbędne jest współdziałanie śmigłowców uderzeniowych i transportowych. Potrzebne są jednak środki, które "oddalą zagrożenie" na dystans kilkunastu, bądź nawet 20-30 kilometrów. Zdaniem generała mogą one powstawać w Polsce, choćby w ramach współpracy przemysłowej. Gen. Wroński przypomniał, że w taki sposób wprowadzono do służby pociski Spike-LR, które w dużej liczbie trafiły m.in. do Wojsk Aeromobilnych. Do ich wykorzystania potrzebne jest jednak, choćby czasowe, panowanie w powietrzu. 

Generał Wroński przypomniał o potrzebie wyposażenia polskich śmigłowców w nowoczesne systemy samoobrony, niezbędne w obliczu rozwijających się środków obrony przeciwlotniczej. Większą uwagę powinno też się poświęcić szkoleniu w prowadzeniu lotów profilowych nisko nad powierzchnią ziemi. Na pytanie czy modernizować posiadane już śmigłowce Mi-24 i W-3 Sokół odpowiedział twierdząco. Jego zdaniem ich utrzymanie w służbie pozwoli na zachowanie ciągłości pokoleniowej i utrzymanie nawyków u załóg. W takich warunkach będzie można w spokoju zaczekać na nowe platformy. Dodał, że wyselekcjonowano już nawet około 30 W-3 które mogą przejść modernizację w najbliższym czasie.

Fot. Andrzej Hładij/Defence24.pl
Fot. Andrzej Hładij/Defence24.pl

Kawaleria powietrzna bez wsparcia powietrznego

Z kolei płk rez. Wiesław Kałkowski, były zastępca Szefa Wojsk Aeromobilnych stwierdził odpowiadając na pytanie o nasycenie tych jednostek bronią przeciwpancerną, że owszem są one nasycone, ale „nie przesycone”. Przypomniał, że na ziemi żołnierze Wojsk Aeromobilnych, w przeciwieństwie do innych jednostek WL nie będą mogli liczyć np. na wsparcie innych jednostek naziemnych artylerii, a jedynie na to co jest przenoszone przez żołnierzy. 

Płk Kałkowski ocenił jednocześnie, że brak zdolności prowadzenia obrony przeciwpancernej przez śmigłowce powoduje, że mamy niepełny system ognia. Patrząc na ukształtowanie terenu, wojska naziemne mogą strzelać jedynie na odległość do 2-2,5 km. Ogień na większe odległości powinny prowadzić na ich korzyść właśnie uzbrojone śmigłowce. Także one powinny zabezpieczać rejon desantowania dla kawalerii powietrznej.  

Płk Kałkowski przypomniał, że wśród zadań jednostek aeromobilnych są między innymi działania powietrzno-szturmowe, wsparcie pododdziałów Wojsk Lądowych w natarciu lub w obronie na konkretnej rubieży. "Jest to walka z odwodami przeciwnika, z pierwszym rzutem, ze środkami najbardziej zagrażającymi naszym wojskom, czyli czołgami i środkami opancerzonymi" - powiedział. Bez śmigłowców uzbrojonych w ppk jednostki aeromobilne w zasadzie nie są w stanie realizować tego zadania, lub też będą narażone na duże straty. Ponadto, w wypadku systemu ognia 25 Brygady Kawalerii Powietrznej, śmigłowiec pełni w systemie ognia podobną rolę jak "wóz bojowy", i po desantowaniu nadal powinien wspierać żołnierzy piechoty. Wreszcie, to właśnie śmigłowce powinny służyć jednostkom aeromobilnym np. do zwalczania pochodzących odwodów i zwalczania jednostek nieprzyjaciela na większych odległościach.

Płk Kałkowski stwierdził, że jednostki aeromobilne potrzebują nie tylko śmigłowców uderzeniowych ("to tylko jeden z elementów"), ale też wielozadaniowych i transportowych. Dodał, że potrzeby są bardzo duże, gdyż 1 Brygada Lotnictwa Wojsk Lądowych ma coraz bardziej "uszczuploną" flotę powietrzną (ze względu na starzenie się i wycofywanie śmigłowców), nowych maszyn potrzebuje również 25 Brygada. Jednocześnie odniósł się sceptycznie - w przeciwieństwie do gen. Wrońskiego - do koncepcji modernizacji istniejących maszyn, z uwagi na to, że to stare śmigłowce, a ich resursy były przedłużane wielokrotnie.

Płk Kałkowski opowiedział się za zakupem nowych śmigłowców, ale sprawdzonych, bez podejmowania ryzyka związanego z wdrażaniem całkiem nowych rozwiązań. "Moim zdaniem jedynym rozsądnym rozwiązaniem jest zakup nowego środka. Takiego, który istnieje, funkcjonuje i jest sprawdzony. Według mnie nie stać nas na kupowanie czegoś, co zacznie służyć jako środek bojowy za 10-15 lat. A tyle trzeba na najnowszą technikę" - stwierdził.

W te założenia, zdaniem płk. Kałkowskiego wpisuje się Black Hawk, który - jak podkreślił - ma zdolności przeciwpancerne i jednocześnie jest produkowany w kraju. Śmigłowiec Black Hawk może w krótkim czasie wejść do służby i wykonywać zadania na korzyść Wojsk Lądowych - jednostek pancernych czy zmechanizowanych, Wojsk Obrony Terytorialnej, "ale też w pełni zabezpieczy działanie 25 Brygady Kawalerii Powietrznej". "Jest to śmigłowiec, który może walczyć, ma kilka wariantów uzbrojenia w zależności od zadania, ale może też przenosić kierowane środki przeciwpancerne, i wtedy wpisuje się w system ognia pododdziałów aeromobilnych". Pułkownik przypomniał, że Black Hawk jest "sprawdzony na polu walki", kompatybilny z innymi jednostkami NATO, i wreszcie - został zakupiony dla polskich Wojsk Specjalnych.

Spike: "od 50 m do 30 km"

Doktor Robi Stark reprezentujący firmę Rafael Advanced Defense Systems zwrócił uwagę, że w dyskusji o wzmocnieniu systemu obronnego Polski na ogół przebija się kilka ważnych wniosków. Pierwszym jest to, że polskie Siły Zbrojne potrzebują silnie zaawansowanego, nowoczesnego uzbrojenia, opartego na zaawansowanych technologiach i zdolnego przeciwstawić się potencjalnemu zagrożeniu. Drugi, to dążenie do interoperacyjności z NATO, do szerokiej zdolności współdziałania z państwami sojuszniczymi. Wreszcie trzeci to transfer technologii i współpraca przemysłowa.

image
Wyrzutnia Spike-SR. Fot. Rafael

Zdaniem przedstawiciela Rafael w te założenia wpisuje się system przeciwpancerny Spike. "To nie jeden pocisk, to cała rodzina pocisków" - powiedział. Co za tym idzie, może być używany w różnych zastosowaniach zarówno do zwalczania celów na bliższych odległościach, jak i do rażenia celów na większych dystansach, przy założeniu integracji na różnych platformach. I tak, lekkie pociski Spike-SR mogą niszczyć cele oddalone już o ok. 50 m (zasięg minimalny), podczas gdy najcięższe Spike-NLOS mają zasięg maksymalny rzędu 30 km. 

Dr Robi Stark podkreślił też, że pociski rodziny Spike są rozwijane także jeśli chodzi o możliwość zwalczania celów innych niż opancerzone wozy bojowe, dzięki zastosowaniu nowych głowic. Do dyspozycji są zatem nie tylko ładunki tandemowe kumulacyjne, ale też na przykład przeciwbetonowe czy programowalne. Dodał, iż obecnie rakiety rodziny Spike znajdują się na uzbrojeniu ponad 30 państw. 

"Nasze pociski są pociskami wieloplatformowymi. Mogą być używane przez piechotę, na bojowych wozach piechoty, na Rosomaku" - stwierdził. Z kolei rakiety Spike w wersji ER mogą być wystrzeliwane zarówno z platform lądowych (dając zasięg 10 km), ale i ze śmigłowców. W kontekście prowadzonej dyskusji w trakcie panelu stwierdził, że Spike mogą być integrowane z różnymi śmigłowcami. Gdyby więc dziś zintegrowano je z istniejącymi maszynami, to za pewien czas ten sam system uzbrojenia będzie można przenieść na nowe wiropłaty.

Zauważył również, że systemy uzbrojenia oferowane przez Rafael są całkowicie niezależne od nawigacji satelitarnej GPS, co jego zdaniem jest szczególnie ważne w środowisku zagrożeń, z jakim mamy do czynienia w Europie Środkowo-Wschodniej. Przykładem takiego podejścia jest również system EPIK, pozwalający na uczynienie z wyrzutni rakiet 122 mm broni precyzyjnego rażenia. To zestaw konwersyjny, pozwalający na integrację systemu kierowania opartego o system nawigacji inercyjnej oraz naprowadzania termowizyjnego na istniejących rakietach 122 mm, takich jak te używane w wyrzutniach WR-40 Langusta.

Dr Robi Stark podkreślił jednocześnie, iż izraelskie doświadczenia wskazują że współpraca przemysłu obronnego i wojska ma kluczowe znaczenie. Chodzi między innymi o to, aby komunikować wymagania sił zbrojnych w taki sposób, by przemysł mógł na nie realnie odpowiedzieć. Zaznaczył, że systemy Rafael takie jak Spike mają możliwość działania w środowisku sieciocentrycznym, na przykład współdziałając w sieci B4NET. Dodał, że koncern opracował również system amunicji szybującej Firefly, mogący także zwiększyć świadomość sytuacyjną pojedynczych żołnierzy.

Wnioski z dyskusji były jednoznaczne. Aby osiągnąć wymierne efekty dla obronności kraju, programy modernizacyjne muszą być realizowane w sposób kompleksowy, pamiętając nie tylko o efektorach, ale także o wszystkich niezbędnych elementach towarzyszących, jak: rozpoznanie, czy amunicja, łączność. Podkreślono, że do tego potrzebna jest efektywna współpraca wojska i sektora przemysłu obronnego. Wreszcie, zwrócono uwagę na konieczność długofalowego planowania i realizacji prac rozwojowych.

Komentarze